~Jackob.
-Nie ma mowy. -Stwierdził Jackob i wrócił wzrokiem do Willa.
Chłopak stał za ladą baru, naprzeciwko niego, opierając się całym swoim ciężarem na łokciach.
-Czemu nie? -Mruknął z niezadowoleniem brunet.
-Bo nie. -Jackob podniósł głos. Speszył się i dodał ciszej. -Nie jest w moim typie.
-A, kto jest? -Uśmiechnął się Will i pochylił nad młodszym.
Jackob nie odpowiedział. Odwrócił wzrok i zaczął bawić się słomką, którą dostał w zestawie
do swojej coli.
-Kai? -Szepnął Will i zmarszczył brwi.
Jackob drgnął i spojrzał na niego wrogo. -Nie. -Syknął.
-W takim razie porozmawiaj z nim. -Kiwnął głową i wskazał palcem blondyna stojącego
przy, oklejonych plakatami, drzwiach wejściowych.
-Nie. Przecież to facet. -Skrzywił się Jackob.
Ponad dwie godziny wcześniej przyszedł do "Men Only" i od razu usadowił się przy barze.
Rozmawiali z Willem o mało istotnych tematach, kiedy nagle chłopak zaproponował, żeby
Jackob spróbował się z kimś zaprzyjaźnić. Miał oczywiście na myśli tego rodzaju przyjaźń.
Wskazał barczystego bruneta, pijącego drinka przy jednym ze stolików. Kiedy Jackob odrzucił jego
propozycję, pokazał mu jakiegoś szatyna w rozpiętej czarnej koszuli i podartych dżinsach,
wijącego się na parkiecie. On również nie został mile odebrany przez Jackoba.
W końcu padło na blondyna w okularach, który wchodził właśnie do baru. Will zauważył go
pierwszy i szturchnął młodszego w ramię, aby ten się odwrócił. Jackob musiał przyznać,
że chłopak był przystojny, bardzo. Gdyby był Willem podszedłby do niego i powiedział jeden
z tych zabawnych tekstów na podryw, ale niestety był sobą. Nieśmiałym, zwyczajnym, chuderlawym
licealistą. Nie mógł tak po prostu wstać i zacząć podrywać kogoś z "wyższej ligi".
-Jeśli nie interesują Cię faceci, to umów się z dziewczyną. -Odpowiedział Will.
-Nie znoszę dziewczyn. -Mruknął blondyn i opadł czołem na blat baru.
-To będziesz musiał je polubić, bo zamieniasz się w jedną z nich. -Will wywrócił oczami i podszedł
do mężczyzny, który najwidoczniej chciał zamówić drinka.
"Zabawne" pomyślał Jackob i podniósł gwałtownie głowę. Wyciągnął z kieszeni spodni telefon i zaczął
wpatrywać się w ekran. Chciał pograć w jakąś grę i poczekać, aż jego przyjaciel skończy
obsługiwać klientów. Jackob domyślił się, że nie potrwa krótko. Był piątek wieczór,
więc ruch w barze był duży. W czasie, kiedy jeden mężczyzna wychodził, do środka wchodziło
co najmniej dwóch na jego miejsce. Większość kierowała się od razu w stronę baru. Niektórzy w celu kupienia
jakiegoś alkoholu, ale znajdywali się też tacy, którzy chcieli po prostu porozmawiać
- lub jak uważał Jackob - zacząć podrywać, przystojnego barmana. Poczuł wibrację.
Na ekranie telefonu pojawił się komunikat "nowa wiadomość". Jackob od razu ją wyświetlił.
"Od: Amber
Hej JB! Pożyczysz mi notatki z matmy? Jestem teraz w pobliżu Twojego domu. Odpisz!
xoxo."
"Xoxo?" Jackob zmarszczył czoło. Nie rozumiał, po co dziewczyna dopisała owe pozdrowienia
pod koniec wiadomości. Przecież nie był żadną z jej przyjaciółek. "Dlatego właśnie nie
lubię dziewczyn" pomyślał i przeczesał palcami włosy. Zatknął kosmyk dłuższej grzywki
za ucho i zabrał się za odpisywanie.
"Do: Amber
Ok. Będę w domu za pół godziny. Możemy spotkać się na stacji metra."
Zastanawiał się przez chwilę, czy nie dopisać na końcu "xoxo", ale szybko skarcił się w myślach,
za ten pomysł. Wstał, założył kurtkę, która wisiała na oparciu jego krzesła, przewiesił przez ramie torbę
i udał się w stronę wyjścia.
-Wychodzisz? -Usłyszał zza pleców znajomy głos.
-Musze iść. -Odpowiedział nie odwracając się.
-Szkoda. -Mruknął w odpowiedzi chłopak i poczochrał Jackoba po włosach.
-Mhm. -Wymamrotał licealista, odwrócił głowę do tyłu i wykrzywił kąciki ust w niezdarny uśmiech.
Will stał za nim, z tacą pełną pustych szklanek w jednej ręce. Przyglądał się Jackobowi z zadziornym
uśmiechem na twarzy.
-To leć. - Mrugnął do niego znacząco i klepnął go w tyłek wolą dłonią.
Jackob wciągnął z sykiem powietrze. Ścisnął usta w wąską linię i uderzył pięścią w pierś Willa.
Chłopak odszedł śmiejąc się pod nosem, zbierając po drodze puste szklanki ze stolików.
Zawsze taki był. Traktował Jackoba jak dziecko, dokuczał mu i prowokował. Przez rok nic się nie
zmieniło, ani Will, ani bar, w którym pracował. Jasnoniebieskie ściany z wiszącymi na nich
neonoami. Kilka stolików w rogu pomieszczenia, dwie skórzane kanapy. Duży parkiet przy
stanowisku Dj'a i najbardziej wyeksponowany bar. Duża kamienna lada, półki z butelkami
alkoholu. Wszystko oświetlone niebieskozielonymi światłami. Jackob poprawił kurtkę i wyszedł
na zewnątrz.
***
Podróże metrem nie należały do jego ulubionych. Tłum ludzi, dziwnych ludzi, ale czego innego
można się spodziewać po Amerykańskich środkach komunikacji miejskiej. Chichoczące dziewczyny
w krótkich spódniczkach, nie zważając na porę roku. Kilka staruszek z torbami zapełnionymi
domowymi zakupami. Chłopak w podartej dżinsowej kurtce z czapką naciągniętą na oczy, grający
na gitarze. Mężczyzna w garniturze głośno rozmawiający przez telefon. Kobieta z dwójką płaczących
dzieci i Jackob oparty o drzwi z słuchawkami w uszach. Wpatrywał się w widok zza okna,
przeklinając w duchu wszystkich ludzi, którzy ocierali się o niego ramionami. Kiedy
metro przystanęło na jego stacji, niemal wyskoczył na zewnątrz i zaczął wypatrywać w tłumie
Amber. Zauważył ją przy bramkach wejściowych. Machała do niego energicznie z szerokim uśmiechem
na twarzy. Miała rumieńce na policzkach. Ubrana w różowy płaszcz sięgający bioder, przepasany
materiałowym paskiem w talii. Brązowe kozaki na niskich koturnach idealnie komponowały się
z jasnymi, dopasowanymi dżinsami. Czarne włosy, sięgające ramion z kosmykami zetkniętymi
za uszami powiewały na wietrze opadając na twarz dziewczyny.
-Zeszyt od matematyki mam w pokoju, więc musimy iść do mnie. -Oznajmił bez wstępów Jackob,
kiedy znalazł się obok niej.
-Nie ma problemu. -Zaśmiała się dziewczyna i położyła w koleżeńskim geście dłoń na ramieniu
blondyna.
Ruszyli w stronę schodów. Jackob szedł z rękami schowanymi w tylnych kieszeniach spodni,
Amber prawie biegła za nim, stukając głośno obcasami.
-Zwolnij trochę. -Wysapała łapiąc go za pasek spodni. -Mam krótsze nogi, nie dam rady tak szybko
iść. -Zaśmiała się, zerkając w dół na swoje stopy.
-Wybacz. -Jackob uśmiechnął się i zaczął iść wolniej, oglądając się przez ramię, sprawdzając
czy dziewczyna dorównuje mu tempa.
Dotarli na miejsce, stanęli przed drzwiami wejściowymi, prowadzącymi na klatkę schodową.
Jackob wystukał kod na domofonie wiszącym na ścianie i machnął ręką do Amber, dając jej
do zrozumienia, aby ta szła przodem. Wjechali windą na odpowiednie piętro.
Chłopak zaczął szukać kluczy w torbie.
-Czarna dziura, co? -Powiedziała Amber pochylając się przy ramieniu Jackoba.
-Co? -Spojrzał na nią pytającym wzrokiem.
-Torba. -Wskazała palcem. -Czarna dziura. Ciężko coś w niej znaleźć.
-O to Ci chodzi. -Mruknął Jackob i uniósł kącik ust.
-Mówią, że tylko dziewczyny maja takie problemy. -Zaśmiała się i klasnęła w dłonie, kiedy
chłopka pomachał jej kluczami przed nosem.
-Mam. -Powiedział z dumą. -Sezamie otwórz się. -Dodał i otworzył szeroko drzwi.
Dziewczyna wślizgnęła się do środka, oboje zdjęli buty.
-Możesz poczekać na mnie w kuchni. Zaraz przyjdę.
-Którędy do kuchni? -Obróciła się na pięcie wokół własnej osi i rozłożyła ręce. Ten gest
wyraźnie oznaczał "nie wiem, gdzie mam iść".
-Prosto i pierwsze drzwi po prawej. -Krzyknął Jackob i zniknął w ciemnym korytarzu.
Wszedł do swojego pokoju, zapalił światło i rzucił torbę na łóżko. Kucnął przy szafce stojącej
przy biurku i zaczął szukać zeszytu od matematyki. Znalazł go za stosem zapisanych i zgniecionych
w kulki kartek papieru. Uśmiechnął się zadowolony z udanych poszukiwań i udał się w stronę kuchni.
-Nie, przyszłam tylko po notatki. -Usłyszał zza drzwi głos Amber.
Wszedł do środka, jego oczom ukazała się dziewczyna siedząca na jednym z krzeseł, a obok
niej stojąca kobieta ubrana w czarną spódnicę sięgającą kolan i beżową bluzkę bez rękawów.
-Nie miałaś być do późna w szpitalu? -Zapytał patrząc jej w oczy.
-Liczyłam na cieplejsze powitanie. -Zaśmiała się i złapała kubek stojący na szafce kuchennej.
-Cześć mamo. -Uśmiechnął się od niechcenia i spojrzał na Amber. -Trzymaj. -Wyciągnął rękę
przez jej ramię i położył zeszyt na stole.
-Dzięki. -Czarnowłosa uniosła głowę i puściła chłopakowi oczko.
Usłyszał stłumiony chichot matki. Kobieta upiła łyk płynu z kubka, złapała teczkę z dokumentami
leżącymi za nią i wyszła z kuchni.
-Będę w gabinecie, gdybyś mnie szukał. -Krzyknęła.
Jackob usiadł na jednym z krzeseł.
-Pytała Cię o coś? -Szturchnął Amber w ramię.
-Pomijając to, czy jestem Twoją dziewczyną, to nie, o nic nie pytała. -Zaśmiała się i odwdzięczyła
Jackobowi uderzeniem pięścią w jego bok.
-Znowu? -Westchnął i potarł dłonią czoło.
-Pyta o to za każdym razem, kiedy przychodzę. Można się przyzwyczaić. -Dziewczyna postawiła
łokieć na stole i oparła brodę na dłoni.
-Wybacz, wiesz, za te przesłuchania. -Odpowiedział nie patrząc w jej stronę.
-Masz zamiar im powiedzieć? -Ściszyła głos i pochyliła się bliżej chłopaka.
-Powiedzieć, o czym? -Odsunął dłoń od twarzy i spojrzał na nią, marszcząc brwi.
Dziewczyna westchnęła teatralnie.
-Wiesz, o czym mówię. -Wywróciła oczami. -Że jesteś... że wolisz... -Znowu westchnęła.
Wpatrywała się w chłopaka matczynym spojrzeniem.
-Kim jestem? Żółwiem ninja? -Zaśmiał się i odwrócił wzrok, który zdradzał, że śmiech nie był
szczery.
-Że wolisz chłopców. -Wyszeptała.
Jackob podskoczył na krześle.
-Co...
-Proszę Cię! Nie mów mi, że zamierzasz udawać, że coś mi się przyśniło. -Machnęła gwałtownie
ręką. -Jak zawsze masz w zwyczaju. -Dodała widząc, że chłopak ma zamiar coś powiedzieć.
Jackob otworzył usta, ale zaraz je zamknął. Milczał przez chwilę, wpatrując się w nastolatkę.
Przyłożył dłoń do ust i przygryzł paznokieć palca wskazującego.
-Skąd? Skąd wiesz? -Wyszeptał. Nic więcej nie zdołał powiedzieć, bo miał ściśnięte gardło.
Zaschło mu w ustach, w głowie odbijały się echem słowa Amber.
-Jackob. -Położyła mu dłoń na ramieniu. -Ej, nie denerwuj się. -Złapała go za dłoń i odsunęła
ją od jego ust. -Dziewczyny wiedzą takie rzeczy, przynajmniej ja. -Uśmiechnęła się ciepło.
-Nie mam nic przeciwko. Wręcz przeciwnie, uważam, że to słodkie.
-Co?! -Jackob otworzył szerzej oczy. Poczuł, że jego policzki zaczynają płonąć. Gdyby ktoś
postanowił usmażyć jajecznicę, mógłby robić za patelnię.
Amber się zaśmiała.
-W szkole nie krążą żadne plotki, jeśli tego się obawiasz. -Jej głos był niezwykle kojący.
Jackob odetchnął z ulgą. Uspokoiło go to, co powiedziała dziewczyna, ale jeśli ona się
domyśliła, to inni też prędzej, czy później to zrobią.
Spojrzał na nią i uśmiechnął się niezdarnie.
-Masz chłopaka? -Powiedziała z rozbawieniem i ogromnym uśmiechem na ustach. Jej oczy świeciły
z podekscytowania.
-Przestań. -Jackob skarcił ją wzrokiem.
-Oj, no nie wstydź się! -Krzyknęła.
-Ciszej wariatko. -Rzucił blondyn i uderzył czubkiem palca w czoło zielonookiej.
Amber napuściła powietrza w policzki i zacisnęła usta w wąską linię.
- Oddam Ci. -Zagroziła i połaskotała chłopaka po szyi.
-Chyba dobrze się bawicie. -Usłyszeli donośny, zachrypnięty męski głos.
Oboje podskoczyli i odwrócili gwałtownie głowy w stronę drzwi. Zobaczyli jasnowłosego, ubranego
w garnitur mężczyznę w średnim wieku, opierającego się o framugę.
-Cześć tato. -Powiedział Jackob, unikając rozbawionego wzroku ojca.
-Dzień dobry. -Stłumiła śmiech Amber.
-Cześć dzieciaki. -Mężczyzna podszedł i poczochrał syna po włosach.
-Już jesteś kochanie? -Do kuchni weszła matka Jackoba, która musiała się przebrać, bo miała
na sobie zwyczaje dżinsy, fioletową koszulkę z wyeksponowanym dekoltem i włosy związane w
coś na wzór koka opadającego na kark. Podeszła do męża i musnęła wargami jego usta.
Jackob i Amber wymienili spojrzenia i niemal równocześnie wstali.
-My już pójdziemy. -Odchrząknął blondyn, złapał Amber za ramię i popchnął przed siebie.
-Do widzenia. -Dziewczyna ukłoniła się uprzejmie i zakryła dłonią usta, ukrywając uśmiech.
-Nie wróć późno. -Krzyknęła za nimi blond włosa kobieta i oparła głowę o ramię męża.
***
-Masz czadowych rodziców. -Zaśmiała się Amber.
-Zawsze jesteś taka wesoła? -Mruknął Jackob. -Nic, tylko się śmiejesz.
-Zawsze. -Odpowiedziała z dumą w głosie i uniosła głowę. Jackob był od niej tylko o kilka centymetrów
wyższy, ale kiedy chciała spojrzeć mu w oczy, musiała podnosić wzrok.
-Irytujące. -Blondyn wywrócił oczami i ruszył naprzód.
Dziewczyna podbiegła i zrównała ich tempo.
-Musisz się przyzwyczaić.
-Muszę?
-Musisz, bo od teraz się ode mnie nie odpędzisz. -Klepnęła go w ramię.
-A Ty?
-Co ja? -Spojrzał na nią pytającym wzrokiem.
-Umiesz się śmiać? -Uniosła brwi.
-Umiem. -Powiedział stanowczym tonem.
-Trudno w to uwierzyć, bo zawsze narzekasz i masz ponurą minę. -Wycelowała palcem w pierś
chłopaka.
-Nie prawda. Jestem całkiem charyzmatyczny. -Machnął teatralnie ręka i odsunął palec dziewczyny.
-Charyzmatyczny? No prószę Cię, nikt już tak nie mówi. -Amber wywróciła oczami.
-To opowiedz mi jakiś żart.
-Co? -Jackob zmarszczył czoło.
-Żart, dowcip, kawał. -Zaczęła wyliczać na palcach.
-Masz zamiar wymienić mi wszystkie synonimy? -Spojrzał na nią z góry i uniósł kącik ust.
-Jeśli będzie taka potrzeba. -Zaśmiała się Amber.
Oboje usłyszeli dźwięk oznaczający wiadomość. Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni telefon.
Wystukała coś długimi paznokciami na ekranie i wróciła wzrokiem do Jackoba.
-Narka. Dzięki z to. -Pomachała mu zeszytem przed oczami. Wyprzedziła go i zniknęła w jednej
z bocznych uliczek.
Został sam na środku chodnika. Rozejrzał się. Ulice zapełnione sklepami i blokami mieszkalnymi,
ani jednego domku rodzinnego. Drzewa zasadzone w równej linii, obdzielające chodnik od ruchliwej
ulicy. Wyciągnął telefon z kieszeni i zaczął wystukiwać na klawiaturze treść wiadomości.
"Do: Głupi barman
O której kończysz?"
Na odpowiedź nie musiał długo czekać.
"Od: Głupi barman
Tęsknisz?"
Jackob spojrzał wściekle na ekran, cmoknął z niezadowoleniem. Nie odpisał. Wibracja.
"Od: Głupi barman
Żartuję paskudo. Kończę o dwudziestej."
Jackob spojrzał na godzinę wyświetlająca się na ekranie. Dziewiętnasta czterdzieści.
Przeczesał palcami włosy. Schował telefon do kieszeni i ruszył w stronę stacji metra.
***
Dotarł do "Men Only" pół godziny później.
"Will na pewno już skończył." Pomyślał i wszedł do środka. W oczy od razu rzucił mu się
brunet stojący przy barze. Nie miał na sobie ciuchów roboczych, tylko brązowe spodnie, czarną
lekko obcisłą koszulkę i zarzuconą na ramiona dresową, szarą bluzę. Jackob miał rację, Will
skończył pracę. Kiedy nastolatek przyjrzał mu się uważniej, zauważył, że chłopak nie stał sam.
Rozmawiał z kimś, kto stał blisko niego. Bardzo, bardzo blisko. Jackob zamarł. Mężczyzna
rozmawiający z Willem, był od niego o głowę wyższy. Czarnowłosy, ubrany w elegancki, dopasowany
garnitur. Musiał być starszy, Jackob oszacował go na około trzydzieści lat. Jasnowłosy
zrobił krok do przodu, chciał podejść bliżej, ale szybko się zatrzymał. Mężczyzna ujął
Willa pod brodę, uniósł jego twarz i... pocałował namiętnie. Jackob z zaskoczenia otworzył
usta. Przyglądał się tej scenie jakby przez mgłę. Will objął ramieniem szyje mężczyzny.
"Co?" Przeszło przez myśl Jackoba. Przypomniał sobie, jak na ich pierwszym spotkaniu Will
opowiedział mu o swoim - byłym już - chłopaku. Był biznesmenem, zdradzającym żonę. Kolejny
mężczyzna w życiu Willa, był właścicielem salonu fryzjerskiego. "Lubi starszych?" Jackob
odwrócił wzrok i skupił się na swoich myślach. "Elegancik jest wyższy i starszy, więc w ich
związku to Will jest tym, który...Nie!" Pokręcił głową, odpędzając od siebie dziwne myśli.
Nie mógł się wtrącać w prywatne życie przyjaciela. "Czy on zawsze jest...?" Ponownie spojrzał
na Willa, który stał teraz sam. "Nie, przecież tutaj podrywa zawsze typy uroczych chłopców.
Więc może odgrywać obie role?" Przyłożył rękę do czoła. Zaschło mu w ustach. W gardle czuł
gulę, ciężka, wielkości kuli bilardowej gulę.
-Jesteś. -Will nagle znalazł się przed nim.
-Kto to był? -Wyrwało się Jackobowi. Miał nadzieję, że jego głos brzmiał stanowczo, a nie
żałośnie, tak jak w jego głowie.
-Widziałeś? -Will pomasował dłonią kark. -Mój nowy facet.
-Fajny. -Jackob uśmiechnął się i uniósł głowę, patrząc chłopakowi w oczy.
-Nie przeszkadza Ci to? No wiesz, że widziałeś? -Will położył mu dłoń na ramieniu.
-Nie. -Nastolatek zaprzeczył ruchem głowy. -Cieszę się, że kogoś masz.
Cieszył się, zawsze kibicował Willowi w jego związkach.
-Super. -Brunet objął go ramieniem. -Gdzie idziemy?
-Możesz mnie odprowadzić do domu. -Mruknął Jackob i jak zwykle odsunął się od chłopaka.
-Dopiero, co przyjechałeś. -Zaśmiał się Will.
-Odebrałem Cię po pracy, więc w ramach wdzięczności mnie odprowadzisz.
-Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, wasza wysokość. -Will poczochrał młodszego po włosach
i oboje wyszli z baru.
Mimo pozorów Jackob czuł się nieswojo. Nie z powodu związku Willa. Uświadomił sobie, że
mu zazdrości. Zazdrości mu chłopaka, powodzenia i szczęścia. Nie miał zbyt wielu przyjaciół.
Chłopak z jego dzieciństwa Kai. Szkolny przyjaciel Matt i Amber, ale to Will stał mu się
w ostatnim czasie najbliższy. Jeśli zbytnio pochłonie go jego nowy związek, Jackob zostanie
zepchnięty na boczny tor.
***
3/13/2017
3/05/2017
Rozdział IX
~Mikito.
Jak znalazła się w tej sytuacji? Była teraz w jakieś kawiarni, której nazwy nie
zapamiętała. Siedziała na kanapie wypełnionej pstrokatymi poduszkami. Wystrój wnętrza był według
klientów kiczowaty, ale Miki bardzo odpowiadał. Ściany pomalowane na morski odcień błękitu
z namalowanymi pawimi piórami. Białe meble połączone z dużą ilością koców i poszewek w różnorodne
wzory. Czuła się tu jak w swoim pokoju i bardzo jej to odpowiadało. Jedynym szczegółem, który
różnił kawiarenkę i jej pokój, byli jej towarzysze - na przeciw Miki siedział czarnowłosy
Hiszpan i jego o wiele mniejsza wersja. Maluch zajadał lody a jego starszy brat wpatrywał się
w dziewczynę.
-Możesz się na mnie nie gapić? -Powiedziała nie patrząc w jego stronę.
-Mogę. -Odpowiedział drwiącym tonem. Skupił swoją uwagę na młodszym bracie.
Spotkali się w parku. Rafael - bo tak miał na imię - zaskoczył ją pocałunkiem, a kiedy miała
go spoliczkować i odejść zatrzymał ją jego młodszy brat. Jako wynagrodzenie zażądała
gorącej czekolady. Jesień nadeszła kilka tygodni temu i dała jej mocno w kość. Ku jej
niezadowoleniu nie mogła odkrywać już swoich atutów dzięki ukochanym szortom i krótkim topom.
Było coraz zimniej, więc wyciągnęła z szafy stylowy czarny płaszcz przewiązywany w pasie z
kapturem, który aktualnie leżał obok niej na jednej z poduszek.
Po dłuższej chwili do stolika podeszła drobna blondynka ubrana w fartuszek kelnerki.
Bujając się na swoich wysokich obcasach postawiła przed nimi dwa kubki. Jeden z czarną kawą
Rafaela i drugi nieco wyższy z gorącą czekoladą i duża ilością bitej śmietany dla Miki.
Dziewczyna nie odeszła. Stała nad nimi, oblana rumieńcem wpatrując się w Rafaela.
-To wszystko. -Upomniała ją Miki, wychylając się nieco żeby złapać jej wzrok.
Dziewczyna potrząsnęła głową, posłała jej kwaśne spojrzenie i odeszła pośpiesznym krokiem.
Miki zauważyła, że Rafael przygląda się jej z szerokim uśmiechem na twarzy.
-Co? -Odwróciła głowę w jego stronę i założyła nogę na nogę oplatając kolano dłońmi.
-Mówił Ci ktoś kiedyś, że jesteś bezczelna? -Rafael ułożył wygodnie ramię na oparciu kanapy.
-A Tobie?
-Zapytałem pierwszy. -Uniósł brwi.
-Zapytałam przed chwilą. - Miki pochyliła się nieco do przodu.
-Przynajmniej trzy razy dziennie. -Odpowiedział. Przymrużył oczy.
-Mi przynajmniej pięć. -Miki przechyliła lekko głowę w wywyższającym geście.
-Nie wiedziałem, że konkurujemy.
-Bo nie konkurujemy. -Wymierzyła palcem w jego pierś i dźgnęła go nim.
Rafael uniósł kącik ust.
-Masz jakieś imię?
-Mikito. -Odpowiedziała łapiąc kubek z upragnioną czekoladą.
-Hiszpańskie? Nie wyglądasz na Hiszpankę.
-Jestem mieszańcem. Moja matka była Latynoską. -Upiła duży łyk czekolady.
-Była? -Zainteresował się chłopak i wrócił do normalnej postawy. Oparł łokcie o stolik.
-Była. -Mruknęła. -Ojciec jest Amerykaninem, z czego wynika to, że jestem mieszań...
Zaskoczona spontanicznym ruchem Rafaela instynktownie odsunęła się w tył.
-Spokojnie. -Zaśmiał się i przetarł kciukiem po górnej wardze dziewczyny. Uniósł go w
górę w poddańczym geście, pokazując plamę z bitej śmietany.
Miki poczuła chropowatą powierzchnię jego dłoni. Ręce miał zimne. Może to, dlatego, że
nie dotykał jeszcze gorącego kubka z kawą?
-Dzięki. -Wymamrotała i zakaszlała cicho. Chciała ukryć zawstydzenie, którym zaskoczyła
samą siebie.
Rafael zaśmiał się cicho.
-Co robicie? -Usłyszała dziecięcy głos.
Kompletnie zapomniała o obecności młodszego brata Rafaela, Remigio.
-Nic. -Powiedziała szybko i uśmiechnęła się do chłopca. -Chcesz trochę? -Podsunęła
mu pod nos swój kubek z czekoladą.
Kasztanowe oczy Remigio otworzyły się szerzej, przez co źrenice wydawały się większe.
-Mogę? -Nie czekając na odpowiedź chwycił łyżkę i zaczął wyjadać bitą śmietanę.
Jakby zapomniał o dużej porcji lodów, które zjadł przed chwilą.
-Będziesz dobrą matką. -Rafael przejechał wzrokiem po bracie i utkwił go w dziewczynie.
Jego twarz zdobiła udawana poważna mina.
-Pewnie. -Miki machnęła ręką z rezygnacją.
-Jakieś plany na wieczór? -Kontynuował chłopak, napierając całym swoim ciężarem na łokcie
oparte na stoliku.
-Na pewno nie ma w nich Ciebie. -Zmrużyła oczy i uśmiechnęła się słodko. -Was. -Poprawiła
się widząc wzrok młodszego z towarzyszy.
-Nie bądź tego taka pewna. -Zamruczał w odpowiedzi.
-No tak. Zapomniałam, że jesteś moim stalkerem i znowu na siebie wpadniemy. Który to już
będzie raz? Trzeci? -Spojrzała na niego z lekkim wyrzutem i przyjęła taką samą pozycję.
Oparła łokcie na stole i naparła na nie całym swoim ciężarem. Ich czoła prawie się stykały.
-Mówiłem. To przeznaczenie...
-Albo Twoje psychopatyczne urojenia. - Weszła mu w słowo.
Rafael westchnął z rezygnacją.
-Nie przekonam Cię?
-Nie. -Odpowiedziała z satysfakcją.
-Ohyda. -Odezwał się Remigio.
-Co? -Rafael nie zmieniając pozycji, odchylił głowę w bok i spojrzał na brata.
-Będziecie się całować. Ohyda. -Skrzywił się czarnulek.
Miki wymieniła spojrzenie z Hiszpanem. Zaśmiali się, nie odsuwając się od siebie.
Miki pokazała młodszemu język, a Rafael zmierzwił ręką jego gęste czarne loki.
***
Wpatrywała się w ekran telefonu. Cisza. Minęły prawie dwa tygodnie, od kiedy pokłócili
się z Simonem. Nie do końca pokłócili. Miki nie pamiętała, kiedy ostatnio tak długo się
do siebie nie odzywali. Przypuszczała, że było to w piątej klasie szkoły podstawowej.
Pokłócili się o to, kogo powinna wybrać główna bohaterka Zmierzchu. Simon zawsze wolał
wilkołaka, Miki natomiast wampira. Teraz na drodze stała Eva, a nie jakieś postacie
nadnaturalne.
-Co robisz? -Zapytał Remigio.
-Nic. -Uśmiechnęła się i odłożyła telefon na stolik.
Siedzieli we dwójkę. Rafael postanowił skorzystać z okazji i porozmawiać z drobną kelnerką.
-Ile masz lat? -Czarnulek przechylił głowę w bok.
-Osiemnaście. -Miki skrzyżowała ręce na piersi. -A Ty?
-Siedem. -Powiedział z dumą w głosie.
-Wyglądasz na starszego. -Miki mrugnęła do niego znacząco.
Chłopiec aż podskoczył z zadowolenia.
-Rafael mówi, że wyglądam na pięć.
-Kłamie. -Zaśmiała się Miki.
-Tere mówi, że nie wolno kłamać. -Siedmiolatek spojrzał jej prosto w oczy.
-Ma rację. -Odpowiedziała szybko. Oparła łokcie o stolik i oparła brodę na dłoniach.
-Kim jest Tere?
-Narzeczoną Ramiro. -Rzucił i zaczął się rozglądać. Prawdopodobnie szukał brata.
A kim jest Ramiro? -Przeciągała samogłoski. Uśmiechnęła się szeroko, kiedy młodszy
wrócił do niej wzrokiem.
-Moim bratem. -Przechylił lekko głowę, zaskoczony dalszymi pytaniami.
-Masz dwóch braci? Super.
-Mam czterech. -Odpowiedział z dumą w głosie. - I siostrę.
-Twoja mama musi kochać tatę, co? -Wyciągnęła rękę i uszczypnęła młodszego w nos.
-Mama jest najlepsza. -Wyszczerzył się, pokazując rząd zębów.
-Nie wątpię. -Mrugnęła do Remigio i spojrzała na ekran telefonu.
Rozwinęła listę kontaktów. "Simon" znalazła poszukiwany numer. Wybrała opcję pisania wiadomości.
-Chłopak? -Usłyszała znajomy głos przy uchu.
-Powtarzasz się wiesz? -Wymamrotała i odłożyła telefon.
Rafael wrócił na wcześniej zajmowane miejsce.
-O, czym rozmawialiście? -Zapytał zerkając na brata.
-O niczym ciekawym. - Odpowiedziała Miki, wyprzedzając Remigio.
-Mówiłem o was i Rii. -Powiedział młodszy nie zwracając uwagi na odpowiedz dziewczyny.
-No proszę, już chcesz poznać moją rodzinkę? - Wyszczerzył się Rafael. Wrócił do niej wzrokiem.
-Wiesz, nie mam nic przeciwko przedstawienia Cię im. Równie dobrze możemy ustalić datę ślubu.
-Głupek. -Przerwała mu dziewczyna.
-W takim razie oświadczę się April. -Westchnął Rafael machając małą karteczką, którą trzymał w dłoni.
-Kto to? -Zapytał Remigio.
-Podejrzewam, ze to ta pani, która przyniosła Ci lody. -Odpowiedziała Miki zrezygnowanym tonem.
-Bingo. -Zaśmiał się Rafael.
-Szybki jesteś. -Miki skrzyżowała ręce na piersi. -Już zdobyłeś numer?
-Ucz się od mistrza młody. -Odpowiedział nie patrząc na nią i poczochrał brata po włosach.
Miki pokręciła głową, na co Rafael odpowiedział szerokim uśmiechem.
Usłyszała głośną wibrację.
-To Twój. -Powiedział Hiszpan wskazując palcem telefon dziewczyny.
"Simon" pomyślała dziewczyna i złapała urządzenie. Wstała i odeszła kilka kroków od stolika.
Spojrzała na ekran - "Połączenie przychodzące: Simon."
Dziewczyna głośno wciągnęła powietrze. Chciała od razu odebrać. Przyłożyć telefon do ucha
i usłyszeć głos przyjaciela, ale ciało nie słuchało. Nie mogła się ruszyć. Stała jak
wryta z telefonem w dłoni i wpatrywała się w niego.
"Odbierz!" Krzyczała na siebie w myślach. "Odbierz ten cholerny telefon! Na co czekasz?"
Nie odebrała. Telefon ucichł po chwili. Miki westchnęła głośno, w gardle zapiekły ją łzy.
Powstrzymała się przed płaczem. Szybkim ruchem ręki poprawiła włosy i wróciła do stolika.
-Było miło, ale ja już pójdę. -Rzuciła i złapała płaszcz leżący na poduszce.
-Odprowadzimy Cię. -Powiedział szybko Rafael wstając. Machnął ręką, dając do zrozumienia bratu, że
ma zrobić to samo.
-Nie posądziłabym Cię o rycerstwo. -Miki przewróciła oczami.
-Uwielbiam zaskakiwać piękne niewiasty. -Odpowiedział. Kąciki jego ust wygięły się w szeroki
uśmiech.
Miki domyśliła się, że pod jej nieobecność chłopak zdążył zapłacić rachunek. Wyszli na zewnątrz.
Czuła dotyk ramienia chłopaka na swoim ramieniu. Musieli iść bardzo blisko siebie.
Remigio szedł przed nimi kopiąc pojedyncze kamienie i poprawiając wełnianą czapkę, która
co jakiś czas opadała mu na oczy zasłaniając pole widzenia.
-Tutaj będzie okej. -Zatrzymała się i uniosła głowę patrząc na Rafaela.
-Przy dziecku? -Rafael otworzył usta i udał oburzonego.
-Rozstać się tutaj. -Skarciła go wzrokiem.
-Aha. -Mruknął z niezadowoleniem chłopak.
-Mieszkasz tu? -Zapytał Remigio.
-Nie ja. -Uśmiechnęła się i spojrzała na dom przed sobą.
Duży ogród ogrodzony białym płotem, z drewnianą huśtawką na samym środku. Długie schody prowadzące
do drzwi.
-Kto tu mieszka? -Kontynuował Remigio.
-Wystarczy. -Skarcił go Rafael i zacisnął rękę na jego ramieniu. -W tył zwrot.
-Pa pa. -Młodszy zdążył pomachać dziewczynie na pożegnanie i pozwolił Rafaelowi popchnąć
się w drugą stronę ulicy.
-Pamiętaj o przeznaczeniu. -Rafael obejrzał się przez ramię. -Znajdę Cię jeszcze.
Miki nie odpowiedziała. Pokręciła głową i udała się w stronę znajomego domu.
***
Przeszła przez bramę. Weszła po schodach i zatrzymała się przed drzwiami z doczepioną plakietką
i umieszczonym na niej napisem "Holmes". Zapukała. Mogła skorzystać z klucza schowanego pod
brązową doniczką stojącą przy drzwiach. Uznała jednak, że w tej sytuacji wypada zapukać.
Chwilę później w wejściu stanął Simon. Dziewczyna zastanawiała się, czy serce zabiło jej
szybciej ze szczęścia, czy złości.
-Simon. -Wykrztusiła z siebie cicho.
Spodziewała się, że chłopak zacznie na nią krzyczeć. Zamknie jej drzwi przed nosem.
Ewentualnie nie zamieni z nią ani jednego słowa i będzie patrzył na nią zbolałym wzrokiem.
-Miki. -Zamykając drzwi, chwycił ją za nadgarstek. Przyciągnął do siebie i wtulił głowę w
jej szyję.
Dziewczyna objęła jego szyję ramionami. Uniosła głowę i oparła brodę o jego ramię.
Ściskał ją tak mocno, jakby bał się, że zniknie. Odwdzięczyła się tym samym. Stanęła na palcach
i wtuliła się mocniej w jego klatkę piersiową. Czuła szybkie bicie jego serca i wodę kolońską,
która kojarzyła się jej z ojcem Simona.
-Tydzień, cztery dni i dwie godziny. -Powiedział wprost do jej ucha, nie rozluźniając
uścisku. -Sekund nie liczyłem.
-Głupek. -Walnęła go lekko w tył głowy. -Chyba mamy nowy rekord.
Usłyszała jak Simon się zaśmiał.
-Nadal uważam, że powinna wybrać wilkołaka.
Miki nie wytrzymała i roześmiała się głośno. Stali wtuleni jeszcze przez dłuższą chwilę.
-Przepraszam. -Powiedziała w końcu.
-Nie przepraszaj. To moja wina. -Poczuła dotyk Simona na swoich plecach. Delikatnie głaskał
ją po włosach.
-Nie. -Zaprotestowała i odsunęła się od chłopaka. -Tym razem mnie nie usprawiedliwiaj.
-Dzień po wydarzeniach przed parkiem dotarło do mnie jak ja zareagowałem, kiedy zostawiłaś
mnie po rozmowie z tym czarnowłosym chłopakiem.
-Musiałam iść...
-Cicho. -Potarł kciukiem po policzku dziewczyny. -I ja zrobiłem to samo.
-Simon. -Wyszeptała.
-Ja... -Odwrócił wzrok. -Nie wiem, czy to z Evą to tak na poważnie, ale...
-Nie tłumacz się. -Uśmiechnęła się delikatnie. Podeszła bliżej i po raz kolejny wtuliła
się w pierś chłopaka.
-Stęskniłaś się? -Zaśmiał się i pogłaskał ją po karku.
-Zamknij się. -Uderzyła go pięścią w plecy.
-Ja też tęskniłem. -Był od niej wyższy, więc oparł brodę o czubek głowy dziewczyny.
-Chodź. -Odsunął ją od siebie, otworzył drzwi i pociągnął za rękę wciągając ją do środka.
Wziął od niej płaszcz, odwiesił go do szafy stojącej w przedpokoju i zdjął buty.
Złapał ją za rękę i splótł ich palce razem. Pociągnął ją za sobą w stronę schodów. Weszli
na górę i udali się do pokoju chłopaka. Miki uśmiechnęła się widząc charakterystyczny dla
tego pomieszczenia bałagan na biurku.
-Ty... -Zaczęła.
Simon spojrzał na nią pytającym wzrokiem, uśmiechnął się delikatnie i oparł o szafkę nocną.
-Nic. Nieważne. -Odwzajemniła uśmiech i upadła plecami na łóżko. -Masz jakieś słodycze?
-Mam. -Zaśmiał się chłopak i otworzył szafkę, odsłaniając górę cukierków, paczkę chipsów,
kilka batoników i dużą czekoladę.
-Super. Zostaję na noc. - Zaśmiała się i zmieniła pozycję z leżącej na siedzącą.
-Nie ma problemu. -Simon podszedł do szafy, wyciągnął z niej czarną koszulkę i rzucił nią
w dziewczynę. -Pidżama. -Powiedział widząc pytający wzrok przyjaciółki.
-Uwielbiam Cię. -Odpowiedziała i po raz kolejny się położyła.
-Mam nowa mangę. Szykuj się, będziemy czytać. -Powiedział dumnym głosem i usiadł obok niej.
-Mamo! -Zasłoniła oczy dłońmi. -Za jakie grzechy?
Simon uderzył ją w bok i cmoknął z oburzeniem.
-Żartuję. -Zaśmiała się nie odsłaniając twarzy. -Dawaj ją tu.
Była szczęśliwa. Rzadko się kłócili, ale kiedy już to robili, bardzo szybko się godzili.
Tak jak teraz. Pogodzili się i zapomnieli o bezsensownej kłótni, która według Miki nie
była kłótnią. Siedziała oparta plecami o ścianę ze skrzyżowanymi nogami i poduszką między
nimi. Wpatrywała się w przyjaciela z uśmiechem na twarzy. Simon czytał z przejęciem dialogi
wymachując rękami. Kochała obserwować go, kiedy jest szczęśliwy. Uwielbiała ten błysk w jego
oczach i to, że kiedy się uśmiecha zawsze odsłania przednie zęby. Tak jakby jego uśmiech
był najpiękniejszą rzeczą na świecie, której za żadne skarby nie chciała oddać.
-Patrzysz się. -Simon uderzył lekko dziewczynę w czoło.
-Nie zabronisz mi. -Zaśmiała się i rzuciła w jego stronę. Runęła na plecy lądując głową
na jego udzie.
-Nie zabronię. -Przytaknął i zaczął głaskać ją po włosach.
Obudziła się leżąc na brzuchu z twarzą schowaną w poduszce.
-Dzień dobry. -Usłyszała głos przyjaciela.
Odwróciła się i zobaczyła go leżącego obok siebie.
-Cześć. Która godzina?
-Chyba po dziesiątej.
-Musze się zbierać, ojciec zaraz wraca.
-Skoro musisz. -Wzruszył ramionami chłopak i podniósł się wstając z łóżka.
Miki ziewnęła i również wstała. Odnalazła wzrokiem swoje spodnie i wełniany sweter, który
miała na sobie dzień wcześniej. Zabrała je i udała się w stronę łazienki.
Na drodze stanęła jej drobna postać. Dziewczyna u krótkiej, różowej koszuli nocnej z włosami
zaplecionymi w warkocz opadający na ramię.
-O, cześć. -Powiedziała rudowłosa na widok dziewczyny.
-Cześć. -Odpowiedziała Miki.
-Zostałaś na noc? -Zapytała Victoria.
-Bingo mała. -Uśmiechnęła się Miki.
***
Poranek w domu przyjaciela wyglądał jak zawsze. Śniadanie w kuchni, krótkie przesłuchanie
Christine. Głośne krzątanie się Vici po domu. Kilka głupich kawałów Simona i leżenie
na podłodze w jego pokoju. Teraz szła wzdłuż chodnika. Z rękami w kieszeniach płaszcza.
Uśmiechała się myśląc o wczorajszym przytulaniu się do przyjaciela. Brakowało go jej.
Byłą dumna z siebie, za to, że przyszła wczoraj prosto do jego domu, za to, że przeprosiła.
Szła zamyślona, kiedy poczuła, że jej kostka nagle się wygina a ona traci równowagę.
Złamała obcas.
-Świetnie. -Westchnęła głośno i przeklęła pod nosem.
-Szkoda butów. -Usłyszała męski głos. -Dziwię się, jak wy dziewczyny dajecie radę w nich
chodzić. Ja nie dałbym rady stać mając je na nogach, nie mówiąc już o normalnych ruchach.
Boję się nawet pomyśleć o bieganiu. -Zaśmiał się.
Miki podniosła wzrok. Tuż przed nią stał wysoki chłopak. Szeroki w ramionach z wąską talią
i wąskimi biodrami. Włosy miał krótko ścięte, lekko wygolone po bokach. Ubrany u czarne
spodnie podarte na kolanach, białą koszulkę i markową, dżinsową kurtkę zapiętą na dwa ostatnie guziki.
Na nosie spoczywały okulary z grubymi czarnymi oprawkami, zakrywające błękitnie oczy.
Ręką, na której widniał złoty (wyglądający na drogi) zegarek, przytrzymywał pasek brązowej
torby, którą miał zawieszoną na ramieniu.
-Cześć. -Uśmiechnął się i złapał dziewczynę za ramiona, przytrzymując ją, aby nie straciła
równowagi.
Miki czuła jak jej policzki płoną. Speszona odskoczyła od chłopaka, ale szybko pożałowała
swojego czynu. Przez złamany obcas po raz kolejny strąciła równowagę. Chłopak objął ją
ramieniem, ratując przed upadkiem.
-Spokojnie. -Zaśmiał się i odsunął. Poprawił palcem okulary i spojrzał na Miki rozbawionym
wzrokiem.
-Po raz kolejny uratowałem świat.
Miki parsknęła.
-Hej, nie śmiej się. -Szturchnął ją lekko w ramię.
-Cześć. -Powiedziała tłumiąc śmiech. -Miki. -Wyciągnęła rękę.
-Milo. -Odpowiedział i przyłożył usta do dłoni dziewczyny.
Miki wstrzymała oddech. Chłopak nie zmieniając pozycji uniósł wzrok i zaśmiał się cicho.
Pocałował delikatnie jej dłoń. -Uwielbiam ratować damy w opałach.
Miki po raz kolejny się zaśmiała.
-Miki i Milo. Brzmi fajnie, co? -Poprawił torbę, podciągając jej pasek wyżej.
-Załóżmy zespół. Porwiemy tłumy. -Odpowiedziała i pokręciła głową.
-Wielkie umysły myślą podobnie. -Milo szczerzył się pokazując rząd białych zębów z małą
przerwą pomiędzy jedynkami. -Przykro mi z powodu obcasa. -Wskazał palcem but dziewczyny.
-Gdybym miał jakąś nadprzyrodzoną moc, przywołałbym Ci nowe buty. -Podrapał się po głowie,
spoglądając z ukosa na twarz Miki.
-Co powiesz na kawę? -Zaśmiała się. Wciąż czuła, że się czerwieni.
-Och. -Powiedział podekscytowanym głosem. Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
-Widzę, że Ty już takową posiadasz. Umiesz czytać w myślach! - Klasnął w dłonie.
-O nie! Zdemaskowałeś mnie!
Milo zaśmiał się głośno.
-Co powiem na kawę? Bardzo chętnie. -Odpowiedział normalnym już głosem. -Później zacznę Cię
podrywać, a Ty dasz mi swój numer. Co Ty na to?
-Chętnie. -Uśmiechnęła się zadziornie i odwróciła.
Chłopak poszedł za nią. Miki trochę kulała przez złamany obcas. Szli ramię w ramię. Milo
szedł raz po prawej stronie, raz po lewej. Przez chwile szedł tyłem tuż przed nią.
Oboje zaśmiali się głośno. Widocznie Milo musiał powiedzieć coś zabawnego.
Miki czuła motyle w brzuchu. Zarumieniła się i wciągnęła z sykiem powietrze, kiedy chłopak
odgarnął długi kosmyk jej włosów i zahaczył go jej za uchem.
"Śmiały ruch" pomyślała. Milo miał w sobie coś, co intrygowało dziewczynę. Coś, co sprawiało,
że chciała go poznać. Coś, co powodowało pojawienia się rumieńców na jej twarzy. Coś "innego".
Coś, co bardzo się jej spodobało.
***
Jak znalazła się w tej sytuacji? Była teraz w jakieś kawiarni, której nazwy nie
zapamiętała. Siedziała na kanapie wypełnionej pstrokatymi poduszkami. Wystrój wnętrza był według
klientów kiczowaty, ale Miki bardzo odpowiadał. Ściany pomalowane na morski odcień błękitu
z namalowanymi pawimi piórami. Białe meble połączone z dużą ilością koców i poszewek w różnorodne
wzory. Czuła się tu jak w swoim pokoju i bardzo jej to odpowiadało. Jedynym szczegółem, który
różnił kawiarenkę i jej pokój, byli jej towarzysze - na przeciw Miki siedział czarnowłosy
Hiszpan i jego o wiele mniejsza wersja. Maluch zajadał lody a jego starszy brat wpatrywał się
w dziewczynę.
-Możesz się na mnie nie gapić? -Powiedziała nie patrząc w jego stronę.
-Mogę. -Odpowiedział drwiącym tonem. Skupił swoją uwagę na młodszym bracie.
Spotkali się w parku. Rafael - bo tak miał na imię - zaskoczył ją pocałunkiem, a kiedy miała
go spoliczkować i odejść zatrzymał ją jego młodszy brat. Jako wynagrodzenie zażądała
gorącej czekolady. Jesień nadeszła kilka tygodni temu i dała jej mocno w kość. Ku jej
niezadowoleniu nie mogła odkrywać już swoich atutów dzięki ukochanym szortom i krótkim topom.
Było coraz zimniej, więc wyciągnęła z szafy stylowy czarny płaszcz przewiązywany w pasie z
kapturem, który aktualnie leżał obok niej na jednej z poduszek.
Po dłuższej chwili do stolika podeszła drobna blondynka ubrana w fartuszek kelnerki.
Bujając się na swoich wysokich obcasach postawiła przed nimi dwa kubki. Jeden z czarną kawą
Rafaela i drugi nieco wyższy z gorącą czekoladą i duża ilością bitej śmietany dla Miki.
Dziewczyna nie odeszła. Stała nad nimi, oblana rumieńcem wpatrując się w Rafaela.
-To wszystko. -Upomniała ją Miki, wychylając się nieco żeby złapać jej wzrok.
Dziewczyna potrząsnęła głową, posłała jej kwaśne spojrzenie i odeszła pośpiesznym krokiem.
Miki zauważyła, że Rafael przygląda się jej z szerokim uśmiechem na twarzy.
-Co? -Odwróciła głowę w jego stronę i założyła nogę na nogę oplatając kolano dłońmi.
-Mówił Ci ktoś kiedyś, że jesteś bezczelna? -Rafael ułożył wygodnie ramię na oparciu kanapy.
-A Tobie?
-Zapytałem pierwszy. -Uniósł brwi.
-Zapytałam przed chwilą. - Miki pochyliła się nieco do przodu.
-Przynajmniej trzy razy dziennie. -Odpowiedział. Przymrużył oczy.
-Mi przynajmniej pięć. -Miki przechyliła lekko głowę w wywyższającym geście.
-Nie wiedziałem, że konkurujemy.
-Bo nie konkurujemy. -Wymierzyła palcem w jego pierś i dźgnęła go nim.
Rafael uniósł kącik ust.
-Masz jakieś imię?
-Mikito. -Odpowiedziała łapiąc kubek z upragnioną czekoladą.
-Hiszpańskie? Nie wyglądasz na Hiszpankę.
-Jestem mieszańcem. Moja matka była Latynoską. -Upiła duży łyk czekolady.
-Była? -Zainteresował się chłopak i wrócił do normalnej postawy. Oparł łokcie o stolik.
-Była. -Mruknęła. -Ojciec jest Amerykaninem, z czego wynika to, że jestem mieszań...
Zaskoczona spontanicznym ruchem Rafaela instynktownie odsunęła się w tył.
-Spokojnie. -Zaśmiał się i przetarł kciukiem po górnej wardze dziewczyny. Uniósł go w
górę w poddańczym geście, pokazując plamę z bitej śmietany.
Miki poczuła chropowatą powierzchnię jego dłoni. Ręce miał zimne. Może to, dlatego, że
nie dotykał jeszcze gorącego kubka z kawą?
-Dzięki. -Wymamrotała i zakaszlała cicho. Chciała ukryć zawstydzenie, którym zaskoczyła
samą siebie.
Rafael zaśmiał się cicho.
-Co robicie? -Usłyszała dziecięcy głos.
Kompletnie zapomniała o obecności młodszego brata Rafaela, Remigio.
-Nic. -Powiedziała szybko i uśmiechnęła się do chłopca. -Chcesz trochę? -Podsunęła
mu pod nos swój kubek z czekoladą.
Kasztanowe oczy Remigio otworzyły się szerzej, przez co źrenice wydawały się większe.
-Mogę? -Nie czekając na odpowiedź chwycił łyżkę i zaczął wyjadać bitą śmietanę.
Jakby zapomniał o dużej porcji lodów, które zjadł przed chwilą.
-Będziesz dobrą matką. -Rafael przejechał wzrokiem po bracie i utkwił go w dziewczynie.
Jego twarz zdobiła udawana poważna mina.
-Pewnie. -Miki machnęła ręką z rezygnacją.
-Jakieś plany na wieczór? -Kontynuował chłopak, napierając całym swoim ciężarem na łokcie
oparte na stoliku.
-Na pewno nie ma w nich Ciebie. -Zmrużyła oczy i uśmiechnęła się słodko. -Was. -Poprawiła
się widząc wzrok młodszego z towarzyszy.
-Nie bądź tego taka pewna. -Zamruczał w odpowiedzi.
-No tak. Zapomniałam, że jesteś moim stalkerem i znowu na siebie wpadniemy. Który to już
będzie raz? Trzeci? -Spojrzała na niego z lekkim wyrzutem i przyjęła taką samą pozycję.
Oparła łokcie na stole i naparła na nie całym swoim ciężarem. Ich czoła prawie się stykały.
-Mówiłem. To przeznaczenie...
-Albo Twoje psychopatyczne urojenia. - Weszła mu w słowo.
Rafael westchnął z rezygnacją.
-Nie przekonam Cię?
-Nie. -Odpowiedziała z satysfakcją.
-Ohyda. -Odezwał się Remigio.
-Co? -Rafael nie zmieniając pozycji, odchylił głowę w bok i spojrzał na brata.
-Będziecie się całować. Ohyda. -Skrzywił się czarnulek.
Miki wymieniła spojrzenie z Hiszpanem. Zaśmiali się, nie odsuwając się od siebie.
Miki pokazała młodszemu język, a Rafael zmierzwił ręką jego gęste czarne loki.
***
Wpatrywała się w ekran telefonu. Cisza. Minęły prawie dwa tygodnie, od kiedy pokłócili
się z Simonem. Nie do końca pokłócili. Miki nie pamiętała, kiedy ostatnio tak długo się
do siebie nie odzywali. Przypuszczała, że było to w piątej klasie szkoły podstawowej.
Pokłócili się o to, kogo powinna wybrać główna bohaterka Zmierzchu. Simon zawsze wolał
wilkołaka, Miki natomiast wampira. Teraz na drodze stała Eva, a nie jakieś postacie
nadnaturalne.
-Co robisz? -Zapytał Remigio.
-Nic. -Uśmiechnęła się i odłożyła telefon na stolik.
Siedzieli we dwójkę. Rafael postanowił skorzystać z okazji i porozmawiać z drobną kelnerką.
-Ile masz lat? -Czarnulek przechylił głowę w bok.
-Osiemnaście. -Miki skrzyżowała ręce na piersi. -A Ty?
-Siedem. -Powiedział z dumą w głosie.
-Wyglądasz na starszego. -Miki mrugnęła do niego znacząco.
Chłopiec aż podskoczył z zadowolenia.
-Rafael mówi, że wyglądam na pięć.
-Kłamie. -Zaśmiała się Miki.
-Tere mówi, że nie wolno kłamać. -Siedmiolatek spojrzał jej prosto w oczy.
-Ma rację. -Odpowiedziała szybko. Oparła łokcie o stolik i oparła brodę na dłoniach.
-Kim jest Tere?
-Narzeczoną Ramiro. -Rzucił i zaczął się rozglądać. Prawdopodobnie szukał brata.
A kim jest Ramiro? -Przeciągała samogłoski. Uśmiechnęła się szeroko, kiedy młodszy
wrócił do niej wzrokiem.
-Moim bratem. -Przechylił lekko głowę, zaskoczony dalszymi pytaniami.
-Masz dwóch braci? Super.
-Mam czterech. -Odpowiedział z dumą w głosie. - I siostrę.
-Twoja mama musi kochać tatę, co? -Wyciągnęła rękę i uszczypnęła młodszego w nos.
-Mama jest najlepsza. -Wyszczerzył się, pokazując rząd zębów.
-Nie wątpię. -Mrugnęła do Remigio i spojrzała na ekran telefonu.
Rozwinęła listę kontaktów. "Simon" znalazła poszukiwany numer. Wybrała opcję pisania wiadomości.
-Chłopak? -Usłyszała znajomy głos przy uchu.
-Powtarzasz się wiesz? -Wymamrotała i odłożyła telefon.
Rafael wrócił na wcześniej zajmowane miejsce.
-O, czym rozmawialiście? -Zapytał zerkając na brata.
-O niczym ciekawym. - Odpowiedziała Miki, wyprzedzając Remigio.
-Mówiłem o was i Rii. -Powiedział młodszy nie zwracając uwagi na odpowiedz dziewczyny.
-No proszę, już chcesz poznać moją rodzinkę? - Wyszczerzył się Rafael. Wrócił do niej wzrokiem.
-Wiesz, nie mam nic przeciwko przedstawienia Cię im. Równie dobrze możemy ustalić datę ślubu.
-Głupek. -Przerwała mu dziewczyna.
-W takim razie oświadczę się April. -Westchnął Rafael machając małą karteczką, którą trzymał w dłoni.
-Kto to? -Zapytał Remigio.
-Podejrzewam, ze to ta pani, która przyniosła Ci lody. -Odpowiedziała Miki zrezygnowanym tonem.
-Bingo. -Zaśmiał się Rafael.
-Szybki jesteś. -Miki skrzyżowała ręce na piersi. -Już zdobyłeś numer?
-Ucz się od mistrza młody. -Odpowiedział nie patrząc na nią i poczochrał brata po włosach.
Miki pokręciła głową, na co Rafael odpowiedział szerokim uśmiechem.
Usłyszała głośną wibrację.
-To Twój. -Powiedział Hiszpan wskazując palcem telefon dziewczyny.
"Simon" pomyślała dziewczyna i złapała urządzenie. Wstała i odeszła kilka kroków od stolika.
Spojrzała na ekran - "Połączenie przychodzące: Simon."
Dziewczyna głośno wciągnęła powietrze. Chciała od razu odebrać. Przyłożyć telefon do ucha
i usłyszeć głos przyjaciela, ale ciało nie słuchało. Nie mogła się ruszyć. Stała jak
wryta z telefonem w dłoni i wpatrywała się w niego.
"Odbierz!" Krzyczała na siebie w myślach. "Odbierz ten cholerny telefon! Na co czekasz?"
Nie odebrała. Telefon ucichł po chwili. Miki westchnęła głośno, w gardle zapiekły ją łzy.
Powstrzymała się przed płaczem. Szybkim ruchem ręki poprawiła włosy i wróciła do stolika.
-Było miło, ale ja już pójdę. -Rzuciła i złapała płaszcz leżący na poduszce.
-Odprowadzimy Cię. -Powiedział szybko Rafael wstając. Machnął ręką, dając do zrozumienia bratu, że
ma zrobić to samo.
-Nie posądziłabym Cię o rycerstwo. -Miki przewróciła oczami.
-Uwielbiam zaskakiwać piękne niewiasty. -Odpowiedział. Kąciki jego ust wygięły się w szeroki
uśmiech.
Miki domyśliła się, że pod jej nieobecność chłopak zdążył zapłacić rachunek. Wyszli na zewnątrz.
Czuła dotyk ramienia chłopaka na swoim ramieniu. Musieli iść bardzo blisko siebie.
Remigio szedł przed nimi kopiąc pojedyncze kamienie i poprawiając wełnianą czapkę, która
co jakiś czas opadała mu na oczy zasłaniając pole widzenia.
-Tutaj będzie okej. -Zatrzymała się i uniosła głowę patrząc na Rafaela.
-Przy dziecku? -Rafael otworzył usta i udał oburzonego.
-Rozstać się tutaj. -Skarciła go wzrokiem.
-Aha. -Mruknął z niezadowoleniem chłopak.
-Mieszkasz tu? -Zapytał Remigio.
-Nie ja. -Uśmiechnęła się i spojrzała na dom przed sobą.
Duży ogród ogrodzony białym płotem, z drewnianą huśtawką na samym środku. Długie schody prowadzące
do drzwi.
-Kto tu mieszka? -Kontynuował Remigio.
-Wystarczy. -Skarcił go Rafael i zacisnął rękę na jego ramieniu. -W tył zwrot.
-Pa pa. -Młodszy zdążył pomachać dziewczynie na pożegnanie i pozwolił Rafaelowi popchnąć
się w drugą stronę ulicy.
-Pamiętaj o przeznaczeniu. -Rafael obejrzał się przez ramię. -Znajdę Cię jeszcze.
Miki nie odpowiedziała. Pokręciła głową i udała się w stronę znajomego domu.
***
Przeszła przez bramę. Weszła po schodach i zatrzymała się przed drzwiami z doczepioną plakietką
i umieszczonym na niej napisem "Holmes". Zapukała. Mogła skorzystać z klucza schowanego pod
brązową doniczką stojącą przy drzwiach. Uznała jednak, że w tej sytuacji wypada zapukać.
Chwilę później w wejściu stanął Simon. Dziewczyna zastanawiała się, czy serce zabiło jej
szybciej ze szczęścia, czy złości.
-Simon. -Wykrztusiła z siebie cicho.
Spodziewała się, że chłopak zacznie na nią krzyczeć. Zamknie jej drzwi przed nosem.
Ewentualnie nie zamieni z nią ani jednego słowa i będzie patrzył na nią zbolałym wzrokiem.
-Miki. -Zamykając drzwi, chwycił ją za nadgarstek. Przyciągnął do siebie i wtulił głowę w
jej szyję.
Dziewczyna objęła jego szyję ramionami. Uniosła głowę i oparła brodę o jego ramię.
Ściskał ją tak mocno, jakby bał się, że zniknie. Odwdzięczyła się tym samym. Stanęła na palcach
i wtuliła się mocniej w jego klatkę piersiową. Czuła szybkie bicie jego serca i wodę kolońską,
która kojarzyła się jej z ojcem Simona.
-Tydzień, cztery dni i dwie godziny. -Powiedział wprost do jej ucha, nie rozluźniając
uścisku. -Sekund nie liczyłem.
-Głupek. -Walnęła go lekko w tył głowy. -Chyba mamy nowy rekord.
Usłyszała jak Simon się zaśmiał.
-Nadal uważam, że powinna wybrać wilkołaka.
Miki nie wytrzymała i roześmiała się głośno. Stali wtuleni jeszcze przez dłuższą chwilę.
-Przepraszam. -Powiedziała w końcu.
-Nie przepraszaj. To moja wina. -Poczuła dotyk Simona na swoich plecach. Delikatnie głaskał
ją po włosach.
-Nie. -Zaprotestowała i odsunęła się od chłopaka. -Tym razem mnie nie usprawiedliwiaj.
-Dzień po wydarzeniach przed parkiem dotarło do mnie jak ja zareagowałem, kiedy zostawiłaś
mnie po rozmowie z tym czarnowłosym chłopakiem.
-Musiałam iść...
-Cicho. -Potarł kciukiem po policzku dziewczyny. -I ja zrobiłem to samo.
-Simon. -Wyszeptała.
-Ja... -Odwrócił wzrok. -Nie wiem, czy to z Evą to tak na poważnie, ale...
-Nie tłumacz się. -Uśmiechnęła się delikatnie. Podeszła bliżej i po raz kolejny wtuliła
się w pierś chłopaka.
-Stęskniłaś się? -Zaśmiał się i pogłaskał ją po karku.
-Zamknij się. -Uderzyła go pięścią w plecy.
-Ja też tęskniłem. -Był od niej wyższy, więc oparł brodę o czubek głowy dziewczyny.
-Chodź. -Odsunął ją od siebie, otworzył drzwi i pociągnął za rękę wciągając ją do środka.
Wziął od niej płaszcz, odwiesił go do szafy stojącej w przedpokoju i zdjął buty.
Złapał ją za rękę i splótł ich palce razem. Pociągnął ją za sobą w stronę schodów. Weszli
na górę i udali się do pokoju chłopaka. Miki uśmiechnęła się widząc charakterystyczny dla
tego pomieszczenia bałagan na biurku.
-Ty... -Zaczęła.
Simon spojrzał na nią pytającym wzrokiem, uśmiechnął się delikatnie i oparł o szafkę nocną.
-Nic. Nieważne. -Odwzajemniła uśmiech i upadła plecami na łóżko. -Masz jakieś słodycze?
-Mam. -Zaśmiał się chłopak i otworzył szafkę, odsłaniając górę cukierków, paczkę chipsów,
kilka batoników i dużą czekoladę.
-Super. Zostaję na noc. - Zaśmiała się i zmieniła pozycję z leżącej na siedzącą.
-Nie ma problemu. -Simon podszedł do szafy, wyciągnął z niej czarną koszulkę i rzucił nią
w dziewczynę. -Pidżama. -Powiedział widząc pytający wzrok przyjaciółki.
-Uwielbiam Cię. -Odpowiedziała i po raz kolejny się położyła.
-Mam nowa mangę. Szykuj się, będziemy czytać. -Powiedział dumnym głosem i usiadł obok niej.
-Mamo! -Zasłoniła oczy dłońmi. -Za jakie grzechy?
Simon uderzył ją w bok i cmoknął z oburzeniem.
-Żartuję. -Zaśmiała się nie odsłaniając twarzy. -Dawaj ją tu.
Była szczęśliwa. Rzadko się kłócili, ale kiedy już to robili, bardzo szybko się godzili.
Tak jak teraz. Pogodzili się i zapomnieli o bezsensownej kłótni, która według Miki nie
była kłótnią. Siedziała oparta plecami o ścianę ze skrzyżowanymi nogami i poduszką między
nimi. Wpatrywała się w przyjaciela z uśmiechem na twarzy. Simon czytał z przejęciem dialogi
wymachując rękami. Kochała obserwować go, kiedy jest szczęśliwy. Uwielbiała ten błysk w jego
oczach i to, że kiedy się uśmiecha zawsze odsłania przednie zęby. Tak jakby jego uśmiech
był najpiękniejszą rzeczą na świecie, której za żadne skarby nie chciała oddać.
-Patrzysz się. -Simon uderzył lekko dziewczynę w czoło.
-Nie zabronisz mi. -Zaśmiała się i rzuciła w jego stronę. Runęła na plecy lądując głową
na jego udzie.
-Nie zabronię. -Przytaknął i zaczął głaskać ją po włosach.
Obudziła się leżąc na brzuchu z twarzą schowaną w poduszce.
-Dzień dobry. -Usłyszała głos przyjaciela.
Odwróciła się i zobaczyła go leżącego obok siebie.
-Cześć. Która godzina?
-Chyba po dziesiątej.
-Musze się zbierać, ojciec zaraz wraca.
-Skoro musisz. -Wzruszył ramionami chłopak i podniósł się wstając z łóżka.
Miki ziewnęła i również wstała. Odnalazła wzrokiem swoje spodnie i wełniany sweter, który
miała na sobie dzień wcześniej. Zabrała je i udała się w stronę łazienki.
Na drodze stanęła jej drobna postać. Dziewczyna u krótkiej, różowej koszuli nocnej z włosami
zaplecionymi w warkocz opadający na ramię.
-O, cześć. -Powiedziała rudowłosa na widok dziewczyny.
-Cześć. -Odpowiedziała Miki.
-Zostałaś na noc? -Zapytała Victoria.
-Bingo mała. -Uśmiechnęła się Miki.
***
Poranek w domu przyjaciela wyglądał jak zawsze. Śniadanie w kuchni, krótkie przesłuchanie
Christine. Głośne krzątanie się Vici po domu. Kilka głupich kawałów Simona i leżenie
na podłodze w jego pokoju. Teraz szła wzdłuż chodnika. Z rękami w kieszeniach płaszcza.
Uśmiechała się myśląc o wczorajszym przytulaniu się do przyjaciela. Brakowało go jej.
Byłą dumna z siebie, za to, że przyszła wczoraj prosto do jego domu, za to, że przeprosiła.
Szła zamyślona, kiedy poczuła, że jej kostka nagle się wygina a ona traci równowagę.
Złamała obcas.
-Świetnie. -Westchnęła głośno i przeklęła pod nosem.
-Szkoda butów. -Usłyszała męski głos. -Dziwię się, jak wy dziewczyny dajecie radę w nich
chodzić. Ja nie dałbym rady stać mając je na nogach, nie mówiąc już o normalnych ruchach.
Boję się nawet pomyśleć o bieganiu. -Zaśmiał się.
Miki podniosła wzrok. Tuż przed nią stał wysoki chłopak. Szeroki w ramionach z wąską talią
i wąskimi biodrami. Włosy miał krótko ścięte, lekko wygolone po bokach. Ubrany u czarne
spodnie podarte na kolanach, białą koszulkę i markową, dżinsową kurtkę zapiętą na dwa ostatnie guziki.
Na nosie spoczywały okulary z grubymi czarnymi oprawkami, zakrywające błękitnie oczy.
Ręką, na której widniał złoty (wyglądający na drogi) zegarek, przytrzymywał pasek brązowej
torby, którą miał zawieszoną na ramieniu.
-Cześć. -Uśmiechnął się i złapał dziewczynę za ramiona, przytrzymując ją, aby nie straciła
równowagi.
Miki czuła jak jej policzki płoną. Speszona odskoczyła od chłopaka, ale szybko pożałowała
swojego czynu. Przez złamany obcas po raz kolejny strąciła równowagę. Chłopak objął ją
ramieniem, ratując przed upadkiem.
-Spokojnie. -Zaśmiał się i odsunął. Poprawił palcem okulary i spojrzał na Miki rozbawionym
wzrokiem.
-Po raz kolejny uratowałem świat.
Miki parsknęła.
-Hej, nie śmiej się. -Szturchnął ją lekko w ramię.
-Cześć. -Powiedziała tłumiąc śmiech. -Miki. -Wyciągnęła rękę.
-Milo. -Odpowiedział i przyłożył usta do dłoni dziewczyny.
Miki wstrzymała oddech. Chłopak nie zmieniając pozycji uniósł wzrok i zaśmiał się cicho.
Pocałował delikatnie jej dłoń. -Uwielbiam ratować damy w opałach.
Miki po raz kolejny się zaśmiała.
-Miki i Milo. Brzmi fajnie, co? -Poprawił torbę, podciągając jej pasek wyżej.
-Załóżmy zespół. Porwiemy tłumy. -Odpowiedziała i pokręciła głową.
-Wielkie umysły myślą podobnie. -Milo szczerzył się pokazując rząd białych zębów z małą
przerwą pomiędzy jedynkami. -Przykro mi z powodu obcasa. -Wskazał palcem but dziewczyny.
-Gdybym miał jakąś nadprzyrodzoną moc, przywołałbym Ci nowe buty. -Podrapał się po głowie,
spoglądając z ukosa na twarz Miki.
-Co powiesz na kawę? -Zaśmiała się. Wciąż czuła, że się czerwieni.
-Och. -Powiedział podekscytowanym głosem. Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
-Widzę, że Ty już takową posiadasz. Umiesz czytać w myślach! - Klasnął w dłonie.
-O nie! Zdemaskowałeś mnie!
Milo zaśmiał się głośno.
-Co powiem na kawę? Bardzo chętnie. -Odpowiedział normalnym już głosem. -Później zacznę Cię
podrywać, a Ty dasz mi swój numer. Co Ty na to?
-Chętnie. -Uśmiechnęła się zadziornie i odwróciła.
Chłopak poszedł za nią. Miki trochę kulała przez złamany obcas. Szli ramię w ramię. Milo
szedł raz po prawej stronie, raz po lewej. Przez chwile szedł tyłem tuż przed nią.
Oboje zaśmiali się głośno. Widocznie Milo musiał powiedzieć coś zabawnego.
Miki czuła motyle w brzuchu. Zarumieniła się i wciągnęła z sykiem powietrze, kiedy chłopak
odgarnął długi kosmyk jej włosów i zahaczył go jej za uchem.
"Śmiały ruch" pomyślała. Milo miał w sobie coś, co intrygowało dziewczynę. Coś, co sprawiało,
że chciała go poznać. Coś, co powodowało pojawienia się rumieńców na jej twarzy. Coś "innego".
Coś, co bardzo się jej spodobało.
***
2/26/2017
Rozdział VIII
~Rafael.
Ten tydzień na pewno nie należał do jego najlepszych. Alonzo i jego banda pojawili się
w mieście, a Adam go o tym nie poinformował, chciał wyciągnąć informacje od, jak przypuszczał
jego dziewczyny, ale nie poszło to po jego myśli. Dziewczyna przerwała rozmowę i uciekła.
Kiedy spotkał ją tydzień temu w knajpce rodziców, nie mógł z nią porozmawiać, bo nie była
sama, a Rafael nie miał zamiaru wdawać się w kłótnie z jej towarzyszem. Tere od paru dni
nie dawała mu spokoju w sprawie Raimunda. Bała się, że jego młodszy brat wpadł w złe
towarzystwo, co oczywiście miał sprawdzić Rafael i zdawać jej relacje ze śledztwa.
Niezbyt podobała mu się wizja biegania za bratem i z powrotem do "Banda lunch". Do tego
wszystkiego dochodził fakt, że rodzice i Tere pilnowali go na każdym kroku, żeby ten nie
zniknął na kolejne kilka dni.
"Męczące" pomyślał i oparł się o szafkę kuchenną. Stał tak w bezruchu przez kilka minut
kiedy do kuchni weszła Ria, rzucając torbę na stół i siadając wściekle na jednym z
krzeseł.
-Co za kretyn! -Wrzasnęła i skrzyżowała ręce na piersi.
-Oho. -Rafael odsunął się od szafki i stanął bliżej siostry. -Kto?
-Joe! -Syknęła Ria nie patrząc na brata.
-Kim jest Joe? -Rafael zmarszczył czoło i przeczesał palcami włosy.
-Teraz już nikim. -Wymruczała, postawiła łokcie na stole i ukryła twarz w dłoniach.
-Faceci to idioci. -Dodała.
-Będziemy rozmawiać o chłopcach? Gdybym wiedział przyniósłbym mój ulubiony lakier do
paznokci i pudełko lodów czekoladowych. -Rafael wywrócił oczami i udał się do wyjścia.
Uskoczył w bok, dzięki czemu uniknął uderzenia kluczy, które Ria rzuciła w jego stronę.
Wyszedł z kuchni. Przez chwilę myślał o tym, żeby wyjść z domu, ale szybko z tego
zrezygnował, widząc Tere stojącą w przedpokoju.
-Wybierasz się gdzieś? -Mruknęła dziewczyna, opierając się o ścianę.
-Nie. -Spojrzał na nią wrogo.
-Co się stało z Rią? -Tere kiwnęła brodą w stronę kuchni. -Wpadła do domu i trzasnęła
drzwiami. Nie ściągnęła nawet butów -skarżyła się Tere, wymachując teatralnie rękami.
-Oczywiście później będzie musiała po sobie posprzątać, ale teraz nie wygląda najlepiej.
-Nie wiem. Mówiła coś o jakimś chłopaku. Joe? -Wymamrotał Rafael w odpowiedzi.
Z jego tonu wynikało, że mało interesuje go życie uczuciowe siostry.
-Joe? -Tere spojrzała na niego pytająco i odrzuciła włosy do tyłu. -Ostatnio mówiła coś
o Adamie. -Dodała z nutą rozbawienia w głosie.
"Adam" to imię rozbrzmiało echem w głowie chłopaka.
-Aha. -Rzucił, zmarszczył czoło i spojrzał na dziewczynę. Jego wzrok mówił "mogę już iść?",
ale Tere to zignorowała.
-Martwię się o Was. -Jej głos złagodniał i lekko przycichł.
-"Nas"? -Rafael sprawiał wrażenie, jakby dopiero przed chwilą zdał sobie sprawę z obecności
dziewczyny. Spojrzał jej prosto w oczy. -Wzięła Cię ochota na matkowanie?
-Bądź poważny. -Tere skarciła go wzrokiem.
-Wybacz. -Mruknął i machnął ręką.
-Wiesz coś o Rajmundzie? -Jej głos stał się ledwo słyszalny. Widocznie posmutniała.
-A, co miałbym wiedzieć? Nie wychodzę z domu, bo postanowiłyście z matką bawić się w
domowy areszt. Tere błagam Cię! Nie mam pięciu lat. -Rzucił oskarżycielskim tonem.
Schował ręce do kieszeni dżinsów i przygarbił się.
-To zacznij się zachowywać tak, jak przystało na Twój wiek. -Odbiła piłeczkę. -Miałeś
się dowiedzieć, czy coś mu nie grodzi! To, że nie jest Twoim bratem...
-Jest moim bratem. -Syknął Rafael, przerywając dziewczynie w połowie zdania. -
Pani wybaczy, "pani starsza", ale niczego się nie dowiedziałem. -Zgrywał się tonem małego
dziecka, zaznaczając w powietrzu cudzysłów.
Tere zacisnęła usta w wąską linię, chcąc ukryć uśmiech, który mimowolnie pojawił się na
jej twarzy.
-Przestań.
-To Ty przestań przesadzać Tere. Wyjdę, ale wrócę. Ria w końcu znajdzie miłość swojego
życia i przestanie narzekać na chłopców. -Rafael wyciągnął jedną rękę z kieszeni spodni i
podszedł bliżej dziewczyny. -Jeśli tak Cię to martwi, to sprawdzę, w co wpakował się
Raimundo. -Objął dziewczynę ramieniem i pomasował delikatnie po plecach.
-Dziękuje. -Brunetka uśmiechnęła się smutno, odsunęła od młodszego i weszła do kuchni.
"Babskie pogaduchy, co?" zaśmiał się pod nosem Rafael. Założył ulubiony komplet - glany
i skórzana kurtkę i zniknął za drzwiami.
***
Zatrzymał się przy szklanych drzwiach wejściowych do jednego z osiedlowych sklepów.
Chwile wcześniej wyciągnął paczkę papierosów z kurtki. Chciał zapalić jednego z nich, ale na
jego nieszczęście nie miał przy sobie nic, czym mógłby go podpalić. Odnalazł w kieszeni
spodni kilka monet, przeliczył je i z zadowoleniem stwierdził, że starczy mu na zakup
nowej zapalniczki. Obejrzał się przez ramię. Kilku ludzi w garniturach - lub eleganckich
garsonkach w przypadku kobiet - spacerowało wzdłuż chodnika.
Niektórzy głośno rozmawiali przez telefon, inni pośpiesznie popijali kawę z papierowych kubków.
Rafael nigdy nie mógł zrozumieć, gdzie ci ludzie się spieszą. Po co wybrali sobie pracę,
w której nie mają czasu napić się spokojnie kawy i z kim tak głośno dyskutują.
Wszedł do sklepu. Miał zamiar udać się prosto do kasy i tam poszukać zapalniczki, ale
w oczy rzuciły mu się długie blond włosy. Uśmiechnął się szeroko, przyspieszył kroku i
podszedł do dziewczyny.
-Dawno się nie widzieliśmy. -Powiedział wprost do jej ucha, pochylając się tak, że mógł
położyć brodę na jej ramieniu.
Poczuł, że mięśnie dziewczyny lekko się napięły, ale nie odwróciła się.
-Boisz się? -Zniżył głos, wciąż mówiąc wprost do jej prawego ucha, nurkując nosem w
jej długich rozpuszczonych włosach.
-Nie. -Odpowiedziała niemal automatycznie, tonem pozbawionym emocji. Odwróciła się twarzą
do chłopaka i odsunęła kilka kroków.
-To dobrze. -Uśmiechnął się szeroko i oparł ramieniem o jedną z półek. -Gdzie Twój chłopaczek?
-Pytasz o Adama? -Mruknęła. Wzięła butelkę z lemoniadą z półki i powędrowała w stronę kasy.
Rafael przeczesał włosy i podbiegł, żeby ją dogonić.
-Nie uciekaj. -Zrównał jej kroku.
-Nie uciekam. -Odpowiedziała. -Nie wiem, czy zauważyłeś bystrzaku, ale jesteśmy w miejscu,
do którego przychodzi się, żeby coś kupić. Sklepie. -Kontynuowała nie patrząc na chłopaka.
-Jak się pewnie już domyślasz, przyszłam tu coś kupić. Prościej mówiąc, to. -Pomachała
mu butelką przed nosem.
Rafael roześmiał się głośno. Spróbował zabrać jej przedmiot, ale ona była szybsza. Zabrała
rękę.
-Powiedziałam coś śmiesznego? - Zmarszczyła czoło.
-Nie. -Rafael zacisnął usta w wąską linię.
-Śmiejesz się. -Wskazała palcem jego twarz. Położyła butelkę przed sprzedawczynią.
-Wcale nie. -Drażnił się z nią Rafael.
Blondynka zapłaciła za lemoniadę i nie zwracając uwagi na chłopaka udała się do wyjścia.
Rafael już miał poprosić o zapalniczkę, ale szybko z tego zrezygnował i pobiegł za dziewczyną.
Było w niej coś, co go do niej ciągnęło. Jak magnez.
-Nie tak szybko. -Zatrzymał się przed drzwiami i przepuścił w nich blondynę.
-Śledzisz mnie? Jeśli tak, to słabo Ci to wychodzi, bo Cię widzę.
-Zabawna jesteś.
-Jestem? -Dziewczyna spojrzała na niego swoimi dużymi granatowymi oczami i uniosła kącik
ust.
Rafael skamieniał. Przez moment poczuł jak jego serce przyśpiesza. Jego rytm wrócił, co prawda
do normy, ale wydawało mu się, że jego policzki poczerwieniały. Te oczy sprawiały wrażenie,
jakby zaglądały w głąb jego. Bardzo głęboko. Jakby potrafiły wyczytać wszystko z jego umysłu
i duszy. Dziwne uczucie.
Potrząsnął głową, przez co włosy zakryły mu pole widzenia. Poprawił je szybko.
-Jesteś. -Wykrztusił z siebie, starając się brzmieć naturalnie.
Szli chwilę ramię w ramię w ciszy, którą dziewczyna przerwała.
-Słuchaj. Nie narzekam, bo zawsze miło mieć przy sobie kogoś tak zabójczo przystojnego,
ale powiesz mi, czego ode mnie oczekujesz? Nie wiem, kim jesteś i dlaczego tak się mnie
uczepiłeś.
"Zabójczo przystojny" od tego określenia Rafael obrósł w piórka. Uśmiechnął się szeroko i
złapał dziewczynę za ramię. Zatrzymali się.
-Nie uczepiłem. Po prostu wydajesz się być interesująca, no i znasz kogoś, kogo znam ja.
Mamy ze sobą coś wspólnego. -Puścił jej rękę i odwrócił się do niej ramieniem, blokując
drogę.
-Adama? On jest naszą wspólna rzeczą? -Spojrzała na niego pytająco i skrzyżowała ręce, w taki
sposób, że jej piersi uniosły się lekko. Pod czarnym płaszczykiem, ubrana była w granatową
bokserkę z wyciętym dekoltem. Rafael przeklinał się w duchu i walczył sam ze sobą, aby
utrzymać wzrok na poziomie jej oczu.
-Dokładnie. -Odchrząknął.
-Już Ci mówiłam, nie mieszam się w Wasze sprawy. -Syknęła przez zaciśnięte zęby.
-Nie musisz, się mieszać. Wręcz nie powinnaś. -Zaśmiał się, ale w jego śmiechu nie było ani
krzty rozbawienia.
-Więc, o co Ci do cholery chodzi? -Próbowała go wyminąć, ale Rafael szybko jej przeszkodził.
-O ni... już nieważne. Adam mi już teraz nie pomoże. -Odpowiedział.
-Nie rozumiem. -Blond włosa wywróciła oczami.
-Trudno. -Hiszpan wzruszył ramionami. Odsunął się, pozwalając dziewczynie zmienić pozycję.
-Widziałem Cię ostatnio. -Wymamrotał.
-Aha. -Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni telefon i zaczęła stukać długimi paznokciami w
ekran.
-Może to przeznaczenie, że tak często na siebie wpadamy? -Przysunął się bliżej, uśmiechając
się szeroko.
-Albo jesteś psychopatą, który nie daje mi spokoju. -Odpowiedziała i spojrzała na niego
prowokująco.
-Wolę wersję z przeznaczeniem. -Westchnął i odsłonił oczy, zaczesując grzywkę do tyłu.
-Tylko się nie zakochaj. -Wpatrywała się w niego tym samym prowokującym wzrokiem.
Rafael odsłonił rząd białych zębów i pochylił głowę. Przysunął powoli swoją twarz do
twarzy niebieskookiej.
-Nawet nie próbuj. -Zatrzymała go, kładąc dłoń na jego ustach. -Miło było, ale musze lecieć.
-Pomachała mu przed nosem jasnym ekranem telefonu.
-Chłopak? -Zaciekawił się Rafael i odsunął od dziewczyny.
-Blisko. Siostra. -Zaśmiała się cicho. Nie czekając na odpowiedź wyminęła go z gracją i
powędrowała wzdłuż chodnika. Rafael wpatrywał się w jej znikającą sylwetkę. Odgłos jej
stukających obcasów ucichł. Przetarł dłonią po twarzy, zaklął po hiszpańsku i z uśmiechem
na twarzy wrócił do sklepu.
***
-Może być czerwona. -Odpowiedział na pytanie sprzedawczyni, odnośnie koloru zapalniczki.
Mówił tak niskim tonem, że prawie mruczał.
Dziewczyna za ladą oblała się rumieńcem i szybko podała mu czerwony przedmiot.
-Dzięki. -Zapłacił i po raz kolejny wyszedł na zewnątrz.
"Deja vu?" podrapał się po głowie. Rozejrzał się dookoła. Nic ciekawego nie przykuło jego
wzroku. Przez moment zastanawiał się, czy nie podejść do krótkowłosej dziewczyny siedzącej na
ławce po drugiej stronie ulicy. Zrezygnował z tego i udał się w stronę ulicy zabudowanej
starymi kamienicami.
Szedł wolno, kopiąc, co jakiś czas pojedyncze kamienie. Zatrzymał się. Nie dotarł, co prawda
na miejsce, ale zauważył coś dziwnego.
Na przeciwko stał znajomy chłopak. Ubrany w przetarte dżinsy i czarną bluzę z kapturem.
Raimundo. Rozpoznał go od razu. Szesnastolatek nie był jednak sam. Po jego prawej stronie
stał wysoki, barczysty mężczyzna.
Rozmawiali, po czym wyższy poklepał Rajmunda po ramieniu i odwrócił się na
pięcie. Rafael zwrócił szczególną uwagę na plecy mężczyzny. Na kurtce wyszyty był duży
smok, wijący się wzdłuż litery "A".
"Alonzo" pomyślał Rafael i ruszył w stronę brata.
-Kto to? -Zapytał nie witając się.
-Kumpel. -Odpowiedział młodszy i uśmiechnął się delikatnie.
-Dziwny. -Rafael wpatrywał się w brata podejrzliwie.
-Sam jesteś dziwny. -Zaśmiał się nerwowo Raimundo i pobiegł schodami przed siebie.
Kiedy Rafael dotarł na górę, młodszy zniknął za drzwiami swojego pokoju.
Podrapał się po głowie i westchnął głośno. Czego Alonzo mógł chcieć od jego młodszego brata?
"Głupie pytanie" skarcił się w duchu. To oczywiste, że chciał przez Raimunda dotrzeć do
Ramira. Zdjął buty i wszedł do kuchni. Otworzył lodówkę i wyciągnął z niej butelkę z wodą.
-Szybko wróciłeś. -Usłyszał zza pleców.
Odwrócił się. Jego oczom ukazała się szczupła kobieta z lekko kręconymi, długimi, kruczoczarnymi
włosami. Uśmiechała się do niego ciepło.
-Madre. -Powiedział na powitanie. -Miło Cię widzieć w domu. -Dodał i upił łyk wody.
-Ciebie również. -Zachichotała cicho.
Rafael oparł się o szafkę kuchenną. Matka podeszła bliżej. Odrzuciła włosy do tyłu i oparła
się tyłkiem o szafkę, stała ramię w ramię z synem.
Stali w ciszy. Rafael zdał sobie sprawę z tego, że dawno tego nie robili. Nie potrzebował
rozmowy. Cieszył się z obecności matki. Przypomniał sobie, jak razem z starszym bratem
pomagali jej gotować. Biegali po kuchni, tucząc naczynia. Idoya nigdy się nie złościła,
uśmiechała się smutno i spoglądała na nich karcącym wzrokiem, ale nigdy nie krzyczała.
Kiedy do domu wracał ojciec, nigdy nie wydała dzieci. Mówiła, że talerz, czy szklanka
wypadły jej z rąk podczas sprzątania.
Rozmyślania przerwał mu radosny okrzyk dziecka. Do kuchni wpadł mały czarnulek - Remigio.
Maluch podbiegł do brata z szerokim uśmiechem.
-Rafael! - Krzyknął i uczepił się nogawki jego spodni.
-Cześć łobuzie. -Rafael poczochrał go po włosach. Pochylił się i wziął brata na ręce.
Chłopiec złapał się mocno jego ramion, zaciskając piąstki na skórzanej kurtce.
-Cóż za radość. -Zaśmiała się Idoya.
Rafael uśmiechnął się do niej ciepło i spojrzał w stronę drzwi.
-Cześć. -Powiedział widząc szczupłego bruneta stojącego w progu.
Chłopak kiwnął głową i uśmiechnął się nieśmiało.
-Renato. -Zwróciła się do niego matka. -To już wiem, skąd wziął się tu Remigio.
-Usłyszał, że wrócił Rafael i nie dałem rady zatrzymać go w pokoju. -Powiedział cicho
Renato, odwracając wzrok. Zaczął bawić się łańcuchem przyczepionym do spodni.
-Nic się nie stało. -Rafael wrócił wzrokiem do najmłodszego. -Dzięki za miłe powitanie,
ale idę do pokoju. -Odstawił brata na podłogę. Zabrał swoją butelkę i udał się w stronę drzwi.
Poklepał Renata po ramieniu.
***
Siedział na ławce w parku i przyglądał się biegającemu młodszemu bratu. Remigio wymachiwał
patykiem i straszył ptaki dziobiące w ziemi. Rafael od kilku dni był grzecznym i przykładnym
synem i bratem. Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i zapalniczkę. Zapalił jednego.
Przeszkadzał mu wiatr, więc postanowił zmienić miejsce. Wstał i podszedł do dużego drzewa.
Oparł się ramieniem o jego korę. Nagle poczuł, że coś wbija mu się w plecy.
-Banda. -Usłyszał zachrypnięty męski głos zza pleców. -Dawno się nie widzieliśmy.
Rafael nie musiał się odwracać, żeby dowiedzieć się, kto do niego mówił.
Manuel Alonzo.
-Jestem z dzieciakiem. -Syknął przez zęby Rafael. -Odłóż, chociaż klamkę. -Dodał czując
broń, która coraz mocniej wbijała się w jego plecy.
-Starszy braciszek, co? -Zaśmiał się, rechocząc Alonzo.
Rafael odwrócił się. Jego oczom ukazał się niższy o pół głowy mężczyzna. Ubrany w czarne
spodnie i rozpiętą elegancką marynarkę. Jego szpakowate włosy opadały na twarz, na której
malował się okropny, szeroki uśmiech.
-Czekam na kogoś. -Skłamał Rafael.
-Na nas? -Manuel wskazał brodą dwóch mężczyzn stojących po jego lewej stronie.
Rafael rozpoznał w nich mężczyznę z wczoraj. Miał rację, wokół jego brata kręcił się Alonzo.
-Czego chcesz? -Banda spojrzał na niego wściekle. Jego mięśnie mimowolnie się napięły.
-Spokojnie. -Zaśmiał się Alonzo.
Rafael przeklął po hiszpańsku.
-Nie będziemy tu rozmawiać. -Odpowiedział Manuel, chowając broń za kamizelkę. -Masz.
-Cisnął w chłopaka kartką z adresem. -Przyjdź tu, to porozmawiamy. Sam.
Rafael rozejrzał się, szukając wzrokiem brata.
-Chyba, że pójdziesz z nami teraz. -Alonzo uśmiechnął się nieszczerze.
Kątem oka Rafael zauważył zarys dobrze znanej mu sylwetki.
-Wybaczcie panowie, ale teraz nie mogę. -Odwrócił się szybko i pobiegł przed siebie.
Podszedł od tyłu do dziewczyny, chwycił ją mocno za ramię powyżej łokcia i odwrócił
twarzą w swoją stronę.
-Ja prowadzę. -Rzucił i uśmiechnął się szeroko.
-Co? -Zapytała zdziwiona blondyna, ale nie zdążyła nic więcej powiedzieć, bo Rafael ujął jej wargi
w swoje i pocałował namiętnie.
Chłopak objął ją w tali i przyciągnął bliżej siebie. Chciał, żeby wyglądali realistycznie.
Nie przerywając pocałunku spojrzał w stronę drzewa, pod którym stał chwilę wcześniej.
Alonza i jego towarzyszy już nie było. "Kochani" pomyślał. "Dali mi na chwilę
prywatności."
Odsunął się od dziewczyny.
-Nieźle pogrywasz. – Niebieskooka prawie krzyczała.
Uniosła rękę, chciała spoliczkować Rafaela, ale ten uchylił się w porę.
Blond włosa odwróciła głowę i spojrzała w dół. Rafael powtórzył jej czyn.
Zobaczył Remigio stojącego tuż za nią i trzymającego kawałek materiału jej płaszcza w
rączce.
-Jesteś dziewczyną Rafaela? -Zapytał piskliwym głosem.
-Rafael? -Dziewczyna wróciła wzrokiem do czarnowłosego. Uniosła brew. -Grabisz sobie Rafael.
Remigio spoglądał to na nią, to na brata. Starszy nie wiedział, co odpowiedzieć, więc wpatrywał się
w blondynkę w ciszy.
***
Ten tydzień na pewno nie należał do jego najlepszych. Alonzo i jego banda pojawili się
w mieście, a Adam go o tym nie poinformował, chciał wyciągnąć informacje od, jak przypuszczał
jego dziewczyny, ale nie poszło to po jego myśli. Dziewczyna przerwała rozmowę i uciekła.
Kiedy spotkał ją tydzień temu w knajpce rodziców, nie mógł z nią porozmawiać, bo nie była
sama, a Rafael nie miał zamiaru wdawać się w kłótnie z jej towarzyszem. Tere od paru dni
nie dawała mu spokoju w sprawie Raimunda. Bała się, że jego młodszy brat wpadł w złe
towarzystwo, co oczywiście miał sprawdzić Rafael i zdawać jej relacje ze śledztwa.
Niezbyt podobała mu się wizja biegania za bratem i z powrotem do "Banda lunch". Do tego
wszystkiego dochodził fakt, że rodzice i Tere pilnowali go na każdym kroku, żeby ten nie
zniknął na kolejne kilka dni.
"Męczące" pomyślał i oparł się o szafkę kuchenną. Stał tak w bezruchu przez kilka minut
kiedy do kuchni weszła Ria, rzucając torbę na stół i siadając wściekle na jednym z
krzeseł.
-Co za kretyn! -Wrzasnęła i skrzyżowała ręce na piersi.
-Oho. -Rafael odsunął się od szafki i stanął bliżej siostry. -Kto?
-Joe! -Syknęła Ria nie patrząc na brata.
-Kim jest Joe? -Rafael zmarszczył czoło i przeczesał palcami włosy.
-Teraz już nikim. -Wymruczała, postawiła łokcie na stole i ukryła twarz w dłoniach.
-Faceci to idioci. -Dodała.
-Będziemy rozmawiać o chłopcach? Gdybym wiedział przyniósłbym mój ulubiony lakier do
paznokci i pudełko lodów czekoladowych. -Rafael wywrócił oczami i udał się do wyjścia.
Uskoczył w bok, dzięki czemu uniknął uderzenia kluczy, które Ria rzuciła w jego stronę.
Wyszedł z kuchni. Przez chwilę myślał o tym, żeby wyjść z domu, ale szybko z tego
zrezygnował, widząc Tere stojącą w przedpokoju.
-Wybierasz się gdzieś? -Mruknęła dziewczyna, opierając się o ścianę.
-Nie. -Spojrzał na nią wrogo.
-Co się stało z Rią? -Tere kiwnęła brodą w stronę kuchni. -Wpadła do domu i trzasnęła
drzwiami. Nie ściągnęła nawet butów -skarżyła się Tere, wymachując teatralnie rękami.
-Oczywiście później będzie musiała po sobie posprzątać, ale teraz nie wygląda najlepiej.
-Nie wiem. Mówiła coś o jakimś chłopaku. Joe? -Wymamrotał Rafael w odpowiedzi.
Z jego tonu wynikało, że mało interesuje go życie uczuciowe siostry.
-Joe? -Tere spojrzała na niego pytająco i odrzuciła włosy do tyłu. -Ostatnio mówiła coś
o Adamie. -Dodała z nutą rozbawienia w głosie.
"Adam" to imię rozbrzmiało echem w głowie chłopaka.
-Aha. -Rzucił, zmarszczył czoło i spojrzał na dziewczynę. Jego wzrok mówił "mogę już iść?",
ale Tere to zignorowała.
-Martwię się o Was. -Jej głos złagodniał i lekko przycichł.
-"Nas"? -Rafael sprawiał wrażenie, jakby dopiero przed chwilą zdał sobie sprawę z obecności
dziewczyny. Spojrzał jej prosto w oczy. -Wzięła Cię ochota na matkowanie?
-Bądź poważny. -Tere skarciła go wzrokiem.
-Wybacz. -Mruknął i machnął ręką.
-Wiesz coś o Rajmundzie? -Jej głos stał się ledwo słyszalny. Widocznie posmutniała.
-A, co miałbym wiedzieć? Nie wychodzę z domu, bo postanowiłyście z matką bawić się w
domowy areszt. Tere błagam Cię! Nie mam pięciu lat. -Rzucił oskarżycielskim tonem.
Schował ręce do kieszeni dżinsów i przygarbił się.
-To zacznij się zachowywać tak, jak przystało na Twój wiek. -Odbiła piłeczkę. -Miałeś
się dowiedzieć, czy coś mu nie grodzi! To, że nie jest Twoim bratem...
-Jest moim bratem. -Syknął Rafael, przerywając dziewczynie w połowie zdania. -
Pani wybaczy, "pani starsza", ale niczego się nie dowiedziałem. -Zgrywał się tonem małego
dziecka, zaznaczając w powietrzu cudzysłów.
Tere zacisnęła usta w wąską linię, chcąc ukryć uśmiech, który mimowolnie pojawił się na
jej twarzy.
-Przestań.
-To Ty przestań przesadzać Tere. Wyjdę, ale wrócę. Ria w końcu znajdzie miłość swojego
życia i przestanie narzekać na chłopców. -Rafael wyciągnął jedną rękę z kieszeni spodni i
podszedł bliżej dziewczyny. -Jeśli tak Cię to martwi, to sprawdzę, w co wpakował się
Raimundo. -Objął dziewczynę ramieniem i pomasował delikatnie po plecach.
-Dziękuje. -Brunetka uśmiechnęła się smutno, odsunęła od młodszego i weszła do kuchni.
"Babskie pogaduchy, co?" zaśmiał się pod nosem Rafael. Założył ulubiony komplet - glany
i skórzana kurtkę i zniknął za drzwiami.
***
Zatrzymał się przy szklanych drzwiach wejściowych do jednego z osiedlowych sklepów.
Chwile wcześniej wyciągnął paczkę papierosów z kurtki. Chciał zapalić jednego z nich, ale na
jego nieszczęście nie miał przy sobie nic, czym mógłby go podpalić. Odnalazł w kieszeni
spodni kilka monet, przeliczył je i z zadowoleniem stwierdził, że starczy mu na zakup
nowej zapalniczki. Obejrzał się przez ramię. Kilku ludzi w garniturach - lub eleganckich
garsonkach w przypadku kobiet - spacerowało wzdłuż chodnika.
Niektórzy głośno rozmawiali przez telefon, inni pośpiesznie popijali kawę z papierowych kubków.
Rafael nigdy nie mógł zrozumieć, gdzie ci ludzie się spieszą. Po co wybrali sobie pracę,
w której nie mają czasu napić się spokojnie kawy i z kim tak głośno dyskutują.
Wszedł do sklepu. Miał zamiar udać się prosto do kasy i tam poszukać zapalniczki, ale
w oczy rzuciły mu się długie blond włosy. Uśmiechnął się szeroko, przyspieszył kroku i
podszedł do dziewczyny.
-Dawno się nie widzieliśmy. -Powiedział wprost do jej ucha, pochylając się tak, że mógł
położyć brodę na jej ramieniu.
Poczuł, że mięśnie dziewczyny lekko się napięły, ale nie odwróciła się.
-Boisz się? -Zniżył głos, wciąż mówiąc wprost do jej prawego ucha, nurkując nosem w
jej długich rozpuszczonych włosach.
-Nie. -Odpowiedziała niemal automatycznie, tonem pozbawionym emocji. Odwróciła się twarzą
do chłopaka i odsunęła kilka kroków.
-To dobrze. -Uśmiechnął się szeroko i oparł ramieniem o jedną z półek. -Gdzie Twój chłopaczek?
-Pytasz o Adama? -Mruknęła. Wzięła butelkę z lemoniadą z półki i powędrowała w stronę kasy.
Rafael przeczesał włosy i podbiegł, żeby ją dogonić.
-Nie uciekaj. -Zrównał jej kroku.
-Nie uciekam. -Odpowiedziała. -Nie wiem, czy zauważyłeś bystrzaku, ale jesteśmy w miejscu,
do którego przychodzi się, żeby coś kupić. Sklepie. -Kontynuowała nie patrząc na chłopaka.
-Jak się pewnie już domyślasz, przyszłam tu coś kupić. Prościej mówiąc, to. -Pomachała
mu butelką przed nosem.
Rafael roześmiał się głośno. Spróbował zabrać jej przedmiot, ale ona była szybsza. Zabrała
rękę.
-Powiedziałam coś śmiesznego? - Zmarszczyła czoło.
-Nie. -Rafael zacisnął usta w wąską linię.
-Śmiejesz się. -Wskazała palcem jego twarz. Położyła butelkę przed sprzedawczynią.
-Wcale nie. -Drażnił się z nią Rafael.
Blondynka zapłaciła za lemoniadę i nie zwracając uwagi na chłopaka udała się do wyjścia.
Rafael już miał poprosić o zapalniczkę, ale szybko z tego zrezygnował i pobiegł za dziewczyną.
Było w niej coś, co go do niej ciągnęło. Jak magnez.
-Nie tak szybko. -Zatrzymał się przed drzwiami i przepuścił w nich blondynę.
-Śledzisz mnie? Jeśli tak, to słabo Ci to wychodzi, bo Cię widzę.
-Zabawna jesteś.
-Jestem? -Dziewczyna spojrzała na niego swoimi dużymi granatowymi oczami i uniosła kącik
ust.
Rafael skamieniał. Przez moment poczuł jak jego serce przyśpiesza. Jego rytm wrócił, co prawda
do normy, ale wydawało mu się, że jego policzki poczerwieniały. Te oczy sprawiały wrażenie,
jakby zaglądały w głąb jego. Bardzo głęboko. Jakby potrafiły wyczytać wszystko z jego umysłu
i duszy. Dziwne uczucie.
Potrząsnął głową, przez co włosy zakryły mu pole widzenia. Poprawił je szybko.
-Jesteś. -Wykrztusił z siebie, starając się brzmieć naturalnie.
Szli chwilę ramię w ramię w ciszy, którą dziewczyna przerwała.
-Słuchaj. Nie narzekam, bo zawsze miło mieć przy sobie kogoś tak zabójczo przystojnego,
ale powiesz mi, czego ode mnie oczekujesz? Nie wiem, kim jesteś i dlaczego tak się mnie
uczepiłeś.
"Zabójczo przystojny" od tego określenia Rafael obrósł w piórka. Uśmiechnął się szeroko i
złapał dziewczynę za ramię. Zatrzymali się.
-Nie uczepiłem. Po prostu wydajesz się być interesująca, no i znasz kogoś, kogo znam ja.
Mamy ze sobą coś wspólnego. -Puścił jej rękę i odwrócił się do niej ramieniem, blokując
drogę.
-Adama? On jest naszą wspólna rzeczą? -Spojrzała na niego pytająco i skrzyżowała ręce, w taki
sposób, że jej piersi uniosły się lekko. Pod czarnym płaszczykiem, ubrana była w granatową
bokserkę z wyciętym dekoltem. Rafael przeklinał się w duchu i walczył sam ze sobą, aby
utrzymać wzrok na poziomie jej oczu.
-Dokładnie. -Odchrząknął.
-Już Ci mówiłam, nie mieszam się w Wasze sprawy. -Syknęła przez zaciśnięte zęby.
-Nie musisz, się mieszać. Wręcz nie powinnaś. -Zaśmiał się, ale w jego śmiechu nie było ani
krzty rozbawienia.
-Więc, o co Ci do cholery chodzi? -Próbowała go wyminąć, ale Rafael szybko jej przeszkodził.
-O ni... już nieważne. Adam mi już teraz nie pomoże. -Odpowiedział.
-Nie rozumiem. -Blond włosa wywróciła oczami.
-Trudno. -Hiszpan wzruszył ramionami. Odsunął się, pozwalając dziewczynie zmienić pozycję.
-Widziałem Cię ostatnio. -Wymamrotał.
-Aha. -Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni telefon i zaczęła stukać długimi paznokciami w
ekran.
-Może to przeznaczenie, że tak często na siebie wpadamy? -Przysunął się bliżej, uśmiechając
się szeroko.
-Albo jesteś psychopatą, który nie daje mi spokoju. -Odpowiedziała i spojrzała na niego
prowokująco.
-Wolę wersję z przeznaczeniem. -Westchnął i odsłonił oczy, zaczesując grzywkę do tyłu.
-Tylko się nie zakochaj. -Wpatrywała się w niego tym samym prowokującym wzrokiem.
Rafael odsłonił rząd białych zębów i pochylił głowę. Przysunął powoli swoją twarz do
twarzy niebieskookiej.
-Nawet nie próbuj. -Zatrzymała go, kładąc dłoń na jego ustach. -Miło było, ale musze lecieć.
-Pomachała mu przed nosem jasnym ekranem telefonu.
-Chłopak? -Zaciekawił się Rafael i odsunął od dziewczyny.
-Blisko. Siostra. -Zaśmiała się cicho. Nie czekając na odpowiedź wyminęła go z gracją i
powędrowała wzdłuż chodnika. Rafael wpatrywał się w jej znikającą sylwetkę. Odgłos jej
stukających obcasów ucichł. Przetarł dłonią po twarzy, zaklął po hiszpańsku i z uśmiechem
na twarzy wrócił do sklepu.
***
-Może być czerwona. -Odpowiedział na pytanie sprzedawczyni, odnośnie koloru zapalniczki.
Mówił tak niskim tonem, że prawie mruczał.
Dziewczyna za ladą oblała się rumieńcem i szybko podała mu czerwony przedmiot.
-Dzięki. -Zapłacił i po raz kolejny wyszedł na zewnątrz.
"Deja vu?" podrapał się po głowie. Rozejrzał się dookoła. Nic ciekawego nie przykuło jego
wzroku. Przez moment zastanawiał się, czy nie podejść do krótkowłosej dziewczyny siedzącej na
ławce po drugiej stronie ulicy. Zrezygnował z tego i udał się w stronę ulicy zabudowanej
starymi kamienicami.
Szedł wolno, kopiąc, co jakiś czas pojedyncze kamienie. Zatrzymał się. Nie dotarł, co prawda
na miejsce, ale zauważył coś dziwnego.
Na przeciwko stał znajomy chłopak. Ubrany w przetarte dżinsy i czarną bluzę z kapturem.
Raimundo. Rozpoznał go od razu. Szesnastolatek nie był jednak sam. Po jego prawej stronie
stał wysoki, barczysty mężczyzna.
Rozmawiali, po czym wyższy poklepał Rajmunda po ramieniu i odwrócił się na
pięcie. Rafael zwrócił szczególną uwagę na plecy mężczyzny. Na kurtce wyszyty był duży
smok, wijący się wzdłuż litery "A".
"Alonzo" pomyślał Rafael i ruszył w stronę brata.
-Kto to? -Zapytał nie witając się.
-Kumpel. -Odpowiedział młodszy i uśmiechnął się delikatnie.
-Dziwny. -Rafael wpatrywał się w brata podejrzliwie.
-Sam jesteś dziwny. -Zaśmiał się nerwowo Raimundo i pobiegł schodami przed siebie.
Kiedy Rafael dotarł na górę, młodszy zniknął za drzwiami swojego pokoju.
Podrapał się po głowie i westchnął głośno. Czego Alonzo mógł chcieć od jego młodszego brata?
"Głupie pytanie" skarcił się w duchu. To oczywiste, że chciał przez Raimunda dotrzeć do
Ramira. Zdjął buty i wszedł do kuchni. Otworzył lodówkę i wyciągnął z niej butelkę z wodą.
-Szybko wróciłeś. -Usłyszał zza pleców.
Odwrócił się. Jego oczom ukazała się szczupła kobieta z lekko kręconymi, długimi, kruczoczarnymi
włosami. Uśmiechała się do niego ciepło.
-Madre. -Powiedział na powitanie. -Miło Cię widzieć w domu. -Dodał i upił łyk wody.
-Ciebie również. -Zachichotała cicho.
Rafael oparł się o szafkę kuchenną. Matka podeszła bliżej. Odrzuciła włosy do tyłu i oparła
się tyłkiem o szafkę, stała ramię w ramię z synem.
Stali w ciszy. Rafael zdał sobie sprawę z tego, że dawno tego nie robili. Nie potrzebował
rozmowy. Cieszył się z obecności matki. Przypomniał sobie, jak razem z starszym bratem
pomagali jej gotować. Biegali po kuchni, tucząc naczynia. Idoya nigdy się nie złościła,
uśmiechała się smutno i spoglądała na nich karcącym wzrokiem, ale nigdy nie krzyczała.
Kiedy do domu wracał ojciec, nigdy nie wydała dzieci. Mówiła, że talerz, czy szklanka
wypadły jej z rąk podczas sprzątania.
Rozmyślania przerwał mu radosny okrzyk dziecka. Do kuchni wpadł mały czarnulek - Remigio.
Maluch podbiegł do brata z szerokim uśmiechem.
-Rafael! - Krzyknął i uczepił się nogawki jego spodni.
-Cześć łobuzie. -Rafael poczochrał go po włosach. Pochylił się i wziął brata na ręce.
Chłopiec złapał się mocno jego ramion, zaciskając piąstki na skórzanej kurtce.
-Cóż za radość. -Zaśmiała się Idoya.
Rafael uśmiechnął się do niej ciepło i spojrzał w stronę drzwi.
-Cześć. -Powiedział widząc szczupłego bruneta stojącego w progu.
Chłopak kiwnął głową i uśmiechnął się nieśmiało.
-Renato. -Zwróciła się do niego matka. -To już wiem, skąd wziął się tu Remigio.
-Usłyszał, że wrócił Rafael i nie dałem rady zatrzymać go w pokoju. -Powiedział cicho
Renato, odwracając wzrok. Zaczął bawić się łańcuchem przyczepionym do spodni.
-Nic się nie stało. -Rafael wrócił wzrokiem do najmłodszego. -Dzięki za miłe powitanie,
ale idę do pokoju. -Odstawił brata na podłogę. Zabrał swoją butelkę i udał się w stronę drzwi.
Poklepał Renata po ramieniu.
***
Siedział na ławce w parku i przyglądał się biegającemu młodszemu bratu. Remigio wymachiwał
patykiem i straszył ptaki dziobiące w ziemi. Rafael od kilku dni był grzecznym i przykładnym
synem i bratem. Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i zapalniczkę. Zapalił jednego.
Przeszkadzał mu wiatr, więc postanowił zmienić miejsce. Wstał i podszedł do dużego drzewa.
Oparł się ramieniem o jego korę. Nagle poczuł, że coś wbija mu się w plecy.
-Banda. -Usłyszał zachrypnięty męski głos zza pleców. -Dawno się nie widzieliśmy.
Rafael nie musiał się odwracać, żeby dowiedzieć się, kto do niego mówił.
Manuel Alonzo.
-Jestem z dzieciakiem. -Syknął przez zęby Rafael. -Odłóż, chociaż klamkę. -Dodał czując
broń, która coraz mocniej wbijała się w jego plecy.
-Starszy braciszek, co? -Zaśmiał się, rechocząc Alonzo.
Rafael odwrócił się. Jego oczom ukazał się niższy o pół głowy mężczyzna. Ubrany w czarne
spodnie i rozpiętą elegancką marynarkę. Jego szpakowate włosy opadały na twarz, na której
malował się okropny, szeroki uśmiech.
-Czekam na kogoś. -Skłamał Rafael.
-Na nas? -Manuel wskazał brodą dwóch mężczyzn stojących po jego lewej stronie.
Rafael rozpoznał w nich mężczyznę z wczoraj. Miał rację, wokół jego brata kręcił się Alonzo.
-Czego chcesz? -Banda spojrzał na niego wściekle. Jego mięśnie mimowolnie się napięły.
-Spokojnie. -Zaśmiał się Alonzo.
Rafael przeklął po hiszpańsku.
-Nie będziemy tu rozmawiać. -Odpowiedział Manuel, chowając broń za kamizelkę. -Masz.
-Cisnął w chłopaka kartką z adresem. -Przyjdź tu, to porozmawiamy. Sam.
Rafael rozejrzał się, szukając wzrokiem brata.
-Chyba, że pójdziesz z nami teraz. -Alonzo uśmiechnął się nieszczerze.
Kątem oka Rafael zauważył zarys dobrze znanej mu sylwetki.
-Wybaczcie panowie, ale teraz nie mogę. -Odwrócił się szybko i pobiegł przed siebie.
Podszedł od tyłu do dziewczyny, chwycił ją mocno za ramię powyżej łokcia i odwrócił
twarzą w swoją stronę.
-Ja prowadzę. -Rzucił i uśmiechnął się szeroko.
-Co? -Zapytała zdziwiona blondyna, ale nie zdążyła nic więcej powiedzieć, bo Rafael ujął jej wargi
w swoje i pocałował namiętnie.
Chłopak objął ją w tali i przyciągnął bliżej siebie. Chciał, żeby wyglądali realistycznie.
Nie przerywając pocałunku spojrzał w stronę drzewa, pod którym stał chwilę wcześniej.
Alonza i jego towarzyszy już nie było. "Kochani" pomyślał. "Dali mi na chwilę
prywatności."
Odsunął się od dziewczyny.
-Nieźle pogrywasz. – Niebieskooka prawie krzyczała.
Uniosła rękę, chciała spoliczkować Rafaela, ale ten uchylił się w porę.
Blond włosa odwróciła głowę i spojrzała w dół. Rafael powtórzył jej czyn.
Zobaczył Remigio stojącego tuż za nią i trzymającego kawałek materiału jej płaszcza w
rączce.
-Jesteś dziewczyną Rafaela? -Zapytał piskliwym głosem.
-Rafael? -Dziewczyna wróciła wzrokiem do czarnowłosego. Uniosła brew. -Grabisz sobie Rafael.
Remigio spoglądał to na nią, to na brata. Starszy nie wiedział, co odpowiedzieć, więc wpatrywał się
w blondynkę w ciszy.
***
2/18/2017
Rozdział VII
~Simon.
Sen przerwał mu dźwięk dzwoniącego telefonu. Przetarł pięścią oczy i skupił wzrok na
przyjaciółce stojącej naprzeciwko. Domyślił się, że dziewczyna niedawno wygramoliła się
z łóżka, bo miała poplątane włosy, a na jej twarzy brakowało makijażu.
-Cześć. -Przywitała się widząc wzrok przyjaciela. Związała włosy na czubku głowy w coś
na wzór koka. -Odbierzesz? -Wskazała brodą na telefon chłopaka.
Simon oderwał wzrok od jej długich, bladych nóg i złapał urządzenie. Spojrzał na ekran,
jego oczom ukazało się krótkie "Eva". Przesunął palcem odrzucając połączenie.
Nie wiele pamiętał z ostatniej nocy, jednak rozmowa z Miki zapadła mu w pamięci, utknęła
w głowie i nie zamierzała jej opuścić.
-Coś nie tak? -Miki podeszła bliżej, usiadła na brzegu łóżka, podciągając jedno kolano
pod brodę. Spojrzała na niego pytająco.
-Nie. -Potrząsnął energicznie głową w odpowiedzi. -Nic. -Uśmiechnął się lekko i wbił
palec w bok dziewczyny.
-Au! -Miki szybko odwdzięczyła się tym samym. Zaśmiała się cicho i szybko dodała - jak się
czujesz?
-Dobrze, chyba dobrze. Tak, czy inaczej przeżyję. -Odpowiedział i ziewnął zasłaniając
usta dłonią. -Ale więcej nie piję.-Zaśmiał się i spojrzał przepraszająco na przyjaciółkę.
-Zdecydowanie. -Odpowiedziała z udawaną poważną miną. -Będę musiała Cię pilnować.
-Nie mam nic przeciwko... mamusiu. -Zaśmiał się głośno Simon, ale szybko spoważniał widząc
minę przyjaciółki.
Miki patrzyła na niego z grymasem na twarzy, pokazując kawałek rzędu białych zębów.
-Co? -Zapytał i lekko się wyprostował.
-Właśnie nazwałeś mnie "mamusią". Nie chcę być Christine. -Wymamrotała. Widząc malujące
się przerażenie na twarzy przyjaciela głośno się roześmiała.
-Żartuję kretynie.
Simon uśmiechnął się lekko i klepną się w czoło. Odchylił głowę do tyłu i przeciągnął się
niczym kot, po długiej drzemce.
-Wstawaj. -Miki klepnęła go dosyć mocno w udo. -Załatwmy jakieś śniadanie. -Wstała z
łóżka, podeszła do szafy, z której wyciągnęła ciemne dżinsy i krótki, czerwony top z dużym
wycięciem w kształcie pół serca na biuście. Wyszła z pokoju. Nie zamknęła za sobą drzwi,
więc Simon widział jak udaje się w stronę łazienki. On również wstał z łóżka i złapał
koszulkę leżącą obok niego. Przełożył ją szybko przez głowę i stanął w drzwiach, oczy
zaczęły go boleć od jaskrawych kolorów ścian w pokoju dziewczyny. Fioletowy nie przeszkadzał
mu tak bardzo, ale kanarkowożółtego nie mógł znieść.
-Cześć. -Usłyszał dziewczęcy głos, który zdecydowanie nie należał do Miki.
-Hej. -Odpowiedział niemal automatycznie i spojrzał w stronę, z której dobiegał. -Maya.
-Dodał i uśmiechnął się delikatnie, opierając się plecami o ścianę na korytarzu.
-Co tu robisz? -Blondynka zaczęła bujać się na piętach, nie spuszczając wzroku z Simona.
-Sam chciałbym to wiedzieć. -Wymamrotał i pomasował czoło dłonią.
-Co? -Maya nie usłyszała jego odpowiedzi, więc wpatrywała się w niego pytająco, czekając,
aż ten powtórzy.
-Odczep się. -Usłyszeli głos Miki, która wyszła z łazienki. Zdążyła się ubrać, nałożyła
lekki makijaż i ułożyła włosy, tak, że ich przedziałek powędrował na prawą stronę.
Maya spojrzała na nią wrogo, Simon za to uśmiechał się nieświadomie, patrząc na przyjaciółkę.
-Nie mówię do Ciebie. -Syknęła młodsza i teatralnie machnęła ręką.
-Dziękujmy niebiosom. -Miki wywróciła oczami i podeszła bliżej przyjaciela, zasłaniając
swoim ciałem siostrę.
-Jeść! -Złapała go za nadgarstek i pociągnęła w stronę kuchni.
Simon spojrzał przez ramię na Mayę pozostawioną w tyle. Dziewczyna zniknęła właśnie
w drzwiach swojego pokoju, trzaskając nimi robiąc duży hałas.
Kuchnia była ulubionym miejscem Simona, w mieszkaniu jego przyjaciółki. Wyróżniała się
wśród pozostałych pomieszczeń. Utrzymana była w ciepłych odcieniach pomarańczy i żółci, reszta
pokoi cechowała się bielą i szarością, nie licząc pokoju Miki, który wyglądał
jakby ktoś wylał na ściany płynną tęczę. Na dużej lodówce przyczepione były kartki
z rysunkami obu dziewczyn, które narysowały wiele lat temu, kilka karteczek z listami
zakupów, czy napisem "Nie zapomnij!". Simon uśmiechnął się instynktownie, widząc
rysunek przedstawiający dwoje dzieci trzymających się za rączki, ozdobiony dużą ilością
brokatu i naklejek z Pokemonami. Narysowali go z Miki ponad dziesięć lat temu, Simon
uznał, że to miłe z jej strony, że go zatrzymała. Dziewczyna puściła jego rękę, odwróciła
się gwałtownie i uśmiechnęła się szeroko. Simon zaśmiał się cicho, uważał, że wyglądała
uroczo. Zauważył, że wyciągnęła z górnej szafki dwa kubki, pierwszy - pomarańczowy bez wzorów
i drugi niebieski ozdobiony zielonymi trójkątami. Złapała oba w dłonie i schowała je
za plecami.
-Prawa, czy lewa? -Zapytała tłumiąc śmiech i podeszła bliżej przyjaciela, kołysząc się
na piętach.
Simon pomyślał, że dziewczyna potrafi być czasem bardzo dziecinna.
-Lewa. -Powiedział pewny siebie i uśmiechnął się szeroko. -Zobaczysz, to ten niebieski.
Miki wyciągnęła lewą rękę do przodu. Trzymała w niej pomarańczowy kubek.
-Skucha. -Zaśmiała się i wcisnęła naczynie w ręce Simona.
Podeszła do ekspresu i zaczęła parzyć kawę. Chłopak oparł się tyłkiem o jedną z szafek
kuchennych. Przyglądał się przyjaciółce z uśmiechem na twarzy.
-Kawa jest, czas na jedzenie. -Rzuciła dziewczyna, nalewając płyn do kubków.
-Zrobię jajecznice. -Zaproponował Simon i uniósł głowę, dumny ze swojego pomysłu.
-Nie! -Krzyknęła Miki i złapała go za rękę poniżej łokcia.
-Co? -Simon spojrzał na nią, oburzony jej reakcją.
-Simon, przypominam Ci, że potrafisz przypalić wodę! Nie mam mowy, żebym pozwoliła Ci
zepsuć moje śniadanie. -Odpowiedziała z karcącym wzrokiem.
-Dobra. -Mruknął Simon. -Ty coś zrób.
Usiadł na jednym z krzeseł przy stole, lekko obrażony, z powodu uwagi przyjaciółki.
W pomieszczeniu unosił się zapach kawy i smażonych jajek.
***
-Maya? -Simon podskoczył na krześle słysząc krzyk dobiegający z przedpokoju.
Tego zmęczonego, zachrypniętego głosu nie dało się nie rozpoznać. To musiał być Johny.
Mężczyzna wszedł do kuchni.
-Mikito? -Pan Morris spojrzał na córkę widocznie zdziwiony.
-Nie, duch. -Odpowiedziała Miki, nie patrząc w stronę ojca.
-Myślałem, że nie będzie Cię o tej godzinie w domu. -Jego głos był spokojny, lekko
zachrypnięty.
-To źle myślałeś. -Miki spojrzała na mężczyznę, ale szybko odwróciła wzrok.
-Drzwi były otwarte, ale byłem pewien, że to, dlatego, że jest tu Maya. -Dokończył
Johny ignorując uwagę córki.
Simon kiwnął głową na powitanie, kiedy mężczyzna na niego spojrzał.
-Cześć Simon. -Ojciec Miki uśmiechnął się do niego delikatnie i poprawił okulary, które
ześlizgnęły się na czubek jego nosa. Światło lampy oblewało jego twarz, podkreślając
kilka zmarszczek na czole, oraz rozczochrane niegdyś blond, teraz lekko posiwiałe włosy. Simon nigdy się nad tym nie zastanawiał, ale przypuszczał, że mężczyzna jest atrakcyjny dla kobiet. Krótko mówiąc był przystojny. -Idę do pokoju. Prześpię się około dwie godziny. Jeśli masz w planach gdzieś wyjść, nie zapomnij wziąć kluczy. -Pan Morris ziewnął i wyszedł z pomieszczenia.
Simon spojrzał na przyjaciółkę, która na chwilę ucichła. Szybko złapała spojrzenie chłopaka i uśmiechnęła się lekko.
-Mam coś na twarzy? Pomiędzy zębami? - Przysunęła się bliżej z kpiącym wyrazem twarzy.
-Nie. -Zaśmiał się Simon.
-To tak na mnie nie patrz. -Wtórowała mu dziewczyna. -Chodź, zmieniamy miejscówkę.
Udali się w stronę pokoju dziewczyny. Simon zamknął za nimi drzwi, po czym usiadł na wiklinowym, białym krześle stojącym przy łóżku dziewczyny.
-Możesz zaczynać. -Miki rozsiadła się na łóżku i wpatrywała się w przyjaciela.
-Co? -Simon uniósł brwi. -Zacząć, co? -Przeciągał samogłoski.
-Wyjaśnić sytuację z wczoraj. Czemu się upiłeś i o co chodzi z tą dziewczyną.
-Evą? Nie rozumiem. -Simon skrzyżował ręce na piersi. Przypominał sobie rozmowę z wczoraj.
"Od kiedy?" Słowa przyjaciółki odbiły się echem w jego głowie.
-Eva chyba źle coś zrozumiała. Tak sądzę - westchnął Simon, wpatrując się w ścianę.
-"Tak sądzisz"? -Miki mówiła powoli, spokojnym tonem.
-Miki... -Simon postawił łokcie na kolanach i schował twarz w dłoniach.
-Co? -Dziewczyna odpowiedziała oschle. Chłopak nie mógł zobaczyć jej twarzy, ale wiedział,
że jest zła.
-Nie wiem, czemu powiedziała to, co powiedziała. Może zrobiłem coś wczoraj, przez co tak
to odebrała. Na prawdę nie wiem. Nie pamiętam. -Uniósł lekko głowę, żeby złapać spojrzenie
dziewczyny. Nie udało mu się to, bo Miki wpatrywała się w swoje paznokcie u rąk. Podrapał
się po głowie i westchnął głośno. -Powiedz coś.
-Co mam powiedzieć? -Miki oderwała wzrok od paznokci. -Że jestem zła, bo nic mi nie mówisz?
-Mówię Ci wszystko. -Simon wyprostował się i przesunął na krawędź krzesła.
-Wszystko? Jakoś zapomniałeś wspomnieć, że się z kimś umawiasz! -Miki krzyknęła, po czym
zapadła chwilowa cisza.
-Nie winę Cię za to. Cieszę się, że jest ktoś, kogo lubisz, ale mógłbyś mi o tym chociażby
wspomnieć między wersami. -Westchnęła cicho i pomasowała dłonią kark.
-Przepraszam. -Wymamrotał cicho chłopak.
-Nie przepraszaj mnie. -Rzucała Miki i wstała z łóżka.
Simon poszedł w jej ślady.
-Przepraszam, że przepraszam. -Simon uśmiechnął się ciepło. Miał nadzieję, że dziewczyna
odwzajemni uśmiech.
Na jego szczęście tak się stało.
-Głupek. -Dziewczyna uderzyła pięścią w jego pierś. -Od kiedy... jesteście razem?
-Nie wiem. Chyba od wczoraj... wiesz po pewnym incydencie. -Mruknął Simon. Wspomnienia
z wczoraj zaczęły do niego wracać. On i Eva...
-Jednak pamiętasz. -Wzrok Miki przeszywał go na wylot.
-Chciałbym, żeby nie było, co pamiętać. -Simon zacisnął usta w wąską linię.
-Nie przesadzaj. Zachowujesz się jak panienka. - Miki machnęła dłonią. -Dlaczego piłeś?
Simon nie odpowiedział. Odwrócił wzrok od przyjaciółki, nie mógł jej przecież powiedzieć,
że to przez złość i zazdrość. Właściwie sam nie wiedział, dlaczego tak zareagował.
-Przez kłótnie? -Miki stanęła na palcach, żeby złapać jego wzrok.
-Nie. -Mruknął chłopak pod nosem.
-Jasne. -Ton Miki, nie wyrażał żadnych emocji. Odsunęła się od niego i podeszła do drzwi.
-Idziemy?
-Gdzie? -Simon spojrzał na nią zdziwiony. Złapał bluzę leżącą na krześle przy biurku
i podszedł bliżej przyjaciółki. Położył ręce na swoich biodrach i zgarbił się lekko.
-Nie wiem, wymyślimy po drodze. -Zaśmiała się Miki i wyszła z pokoju.
Simon wiedział, że był to sposób na przerwanie tematu. Był jej za to wdzięczny.
Wyszedł za nią. Miki założyła skórzaną kurtkę, założyła buty na wysokich koturnach i
zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Simon domyślił się, że szuka kluczy. Odnalazł
je wzrokiem, zakładając buty.
-Tu są. -Wskazał ręką szafkę stojącą przy wejściu do kuchni.
-Dzięki. -Miki złapała je w rękę i wcisnęła o kieszeni. Złapała przyjaciela za nadgarstek
i pociągnęła za sobą na zewnątrz.
Simon uśmiechnął się nieświadomie i dogonił przyjaciółkę. Zrównał jej kroku i ujął jej
dłoń w swoją. Miki odwzajemniła jego uśmiech, uwolniła dłoń z uścisku i uwiesiła się
na jego ramieniu.
***
Spojrzał na ekran telefonu, żeby sprawdzić godzinę. Szesnasta piętnaście. Zrobił to tylko
po to, aby ukryć rumieńce i zażenowanie malujące się na jego twarzy. Kiedy szli wzdłuż
ulicy, zapytał przyjaciółkę, co działo się pomiędzy ich rozmową a tym, kiedy obudził się
w jej pokoju. Dziewczyna twierdziła, że spędził pół nocy w łazience wymiotując, po czym
zdjął koszulkę i przywłaszczył sobie jej łóżko. Chciał zapaść się pod ziemię. Gdyby tylko
w tym momencie mógłby spaść na ziemię meteoryt i uderzyć prosto w niego.
-Wchodzimy? -Miki szturchnęła Simona w ramię i wskazała knajpkę na przeciwko.
-Okej. -Chłopak kiwnął głową potwierdzająco i uśmiechnął się delikatnie.
Weszli do środka. Czerwone kolory, granatowe dodatki i duża ilość roślin. Simon miał
wrażenie, że zna to miejsce. Nie tylko miejsce. Kątem oka dostrzegł kobietę ubraną w
fartuszek kelnerki. Znał ją, ale skąd? Tego nie mógł sobie przypomnieć.
"Tere" zaszumiało mu w głowie. "Byłem tu wczoraj" pomyślał. Poczuł szarpnięcie, Miki
ciągnęła go za nadgarstek w stronę jednego z wolnych boksów.
Usiedli naprzeciw siebie.
-Masz minę, jakbyś zobaczył ducha. Coś nie tak? -Miki wpatrywała się w niego pytająco,
poprawiając włosy.
-Byłem tu wczoraj. -Wymamrotał.
-Co tu robiłeś? -Miki spojrzała na niego widocznie zdziwiona.
-Chyba tutaj się upiłem. -Simon podrapał się po głowie.
-Serio? -Dziewczyna roześmiała się głośno, przez co zwróciła na siebie uwagę innych ludzi.
-Serio. -Simon czuł, że jego policzki płoną.
-Coś dla was? -Usłyszeli ciepły kobiecy głos.
Simon uniósł wzrok, tak jak przypuszczał, to była Tere. Dziewczyna widocznie go rozpoznała,
bo uśmiechnęła się szeroko. Spojrzała na Miki i wróciła wzrokiem do chłopaka.
-Potrzebuję więcej kofeiny. -Powiedziała Mikito i oparła łokcie o stolik. -Dużą kawę.
-Okej, więc duża kawa. Dla Ciebie przystojniaku? -Tere mrugnęła znacząco.
-Jeszcze większa kawa. -Zaśmiał się Simon.
-Więc będzie kawa i większa kawa. Nie jesteście zbyt wymagający. -Tere zaśmiała się i
wyrwała zapisaną kartkę z notesu, który trzymała w dłoni.
-Tylko kawa. -Simon spojrzał na nią z wyrzutem.
Tere zasłoniła dłonią usta, żeby zakryć szeroki uśmiech i udała się w stronę kuchni.
-O, co chodzi? -Miki przyglądała się przyjacielowi i uśmiechem na twarzy.
-Nie pytaj. -Simon puknął czubkiem palca w czoło dziewczyny.
Miki zmarszczyła nos. Widocznie chciała wyglądać groźnie, ale według Simona, była po prostu
urocza.
Rozmawiali chwilę, Miki opowiadała o imprezie, na której była w zeszłym tygodniu, Simon
odwdzięczył się historią jednego bohatera z, mangi, którą ostatnio kupił.
Rozmowę przerwała im Tere, która przyniosła ich zamówienie. Postawiła przed nimi dwa
duże kubki z kawą i dwa ciastka owsiane.
-Czyżby kolejna rzecz, na Twój koszt? -Simon spojrzał na nią z grymasem na twarzy.
Dziewczyna uśmiechnęła się ciepło, nie odpowiedziała, odwróciła się na pięcie i odeszła
od ich stolika.
-O to też mam nie pytać? -Zaśmiała się Miki i złapała swój kubek z kawą.
-Proszę. -Westchnął Simon, wziął kubek i zdmuchnął mleczną piankę.
Wypili kawę i wrócili do rozmowy. Simon opowiadał o mandze z takim entuzjazmem, że jego
brązowe oczy sprawiały wrażenie jaśniejszych.
-Nigdy nie zrozumiem Naruto. -Stwierdziła Miki, kiedy ten skończył mówić.
Simon westchnął zrezygnowany. Przypomniało mu się, jak uczył przyjaciółkę, w jaki sposób
czyta się mangi, siedzieli wtedy na jego łóżku, jedli słodycze i oglądali kreskówki.
-Hej, nie odpływaj. -Miki machnęła ręką przed twarzą przyjaciela.
Speszony Simon klepnął się dłonią w policzek. -Wybacz.
-Więc... -Kontynuowała Miki. -Kim jest ten cały Naruto?
-Nic nie rozumiesz. -Simon oparł czoło o stolik.
-Przecież mówię, że nie rozumiem - w tonie głosu dziewczyny można było wyczuć oburzenie.
Simon podniósł głowę i zaśmiał się widząc wyraz twarz młodszej.
-Nie śmiej się. -Miki kopnęła go w kolano.
-Nie śmieję się. -Simon zakrył dłonią usta. Nie wytrzymał jednak długo, bo po chwili zaśmiał
się jeszcze głośniej.
Ponownie zwrócili na siebie uwagę innych i Tere, która zerkała na nich, co jakiś czas i
uśmiechała się pod nosem.
Ich oczom ukazała się postać wysokiego chłopaka, który właśnie wszedł do knajpki.
Szedł wolno, ale pewnym siebie krokiem. Spojrzał w ich stronę, zatrzymał wzrok na Miki
i uśmiechnął się szyderczo. Simona obdarzył wrogim spojrzeniem i podszedł do lady.
Zajął się rozmowa z Tere, więc Simon oderwał od niego wzrok i spojrzał na przyjaciółkę.
Dziewczyna sprawiała wrażenie przestraszonej, szybko jednak się uśmiechnęła, widząc
że przyjaciel się w nią wpatruje.
-Znowu się patrzysz. -Zwróciła mu uwagę.
Simon wymusił uśmiech. Atmosfera zrobiła się dziwna, więc próbował sobie przypomnieć
skąd zna czarnowłosego. "No tak, to ten z parku." Pomyślał, tylko, dlaczego Miki tak na
niego zareagowała? Chciał zapytać, ale nie mógł wydobyć z siebie ani jednego słowa.
-Wychodzimy? -Zapytał po chwili.
-Jeśli chcesz. -Odpowiedziała Miki, szybko wstała i udała się w stronę drzwi wyjściowych.
Simon położył na stoliku pieniądze za kawę, dając drobny napiwek. Ruszył za przyjaciółką.
Zauważył, że czarnowłosy chłopak się jej przyglądał. Pogłaskał delikatnie przyjaciółkę po
plecach, po czym zniknęli za drzwiami.
***
-To gdzie teraz? -Zapytał, kiedy przyjaciółka się zatrzymała. Pochylił się, żeby złapać
wzrok Miki.
-Na koniec świata i jeszcze dalej. -Zaśmiała się i poklepała go po policzku. Schowała
ręce do kieszeni i ruszyła przed siebie.
Simon czuł, że się rumieni, przetarł dłonią twarz i pobiegł za przyjaciółką, próbując
zrównać jej kroku.
Zatracili się w rozmowie. Kiedy mijali bramę wejściową do parku, Simon poczuł, że ktoś
łapie go za ramię.
-Co? -Wymamrotał i odwrócił się szybko, Miki zrobiła to samo.
Przed oczami wyrosła mu znajoma postać.
-Cześć. -Przywitała się Eva, zarzuciła mu ręce na ramiona i wpiła w jego usta.
Simon otworzył szerzej oczy, zaskoczony jej inicjatywą. Przypominał sobie, co mówiła
Miki, na temat wydarzeń z wczoraj. On i Eva podobno zostali parą.
-Hej. -Odpowiedział i uśmiechnął się lekko. Poczuł na sobie wzrok przyjaciółki.
-Cześć Miki. -Eva specjalnie nałożyła duży nacisk na imię dziewczyny.
Miki nie odpowiedziała, uśmiechnęła się tylko.
-Gdzie idziecie. -Zapytała krótkowłosa i zdjęła ręce z ramion chłopaka.
-Nigdzie. Błądzimy po okolicy. -Mruknęła Miki.
-To nie będziesz miała nic, przeciwko, jeśli ukradnę Ci tego przystojniaka. -Eva uśmiechnęła
się szeroko i złapała Simona za dłoń, lekko przeciągając go bliżej siebie.
-Mamy plany. -Rzuciła Miki.
-Wasze plany, to dalsze błądzenie? Daj spokój.
Simon stwierdził, że jeśli wzrok mógłby zabijać, Eva już dawno leżałaby przed nim sztywno.
Miki wróciła wzrokiem do przyjaciela. -Simon?
-To chyba nie będzie żaden problem, jeśli tutaj się rozdzielimy. -Uśmiechnął się przepraszająco
do Miki.
-Super. -Eva klasnęła w dłonie.
-Co? -Wymamrotała cicho Miki i spojrzała pytająco na Simona.
-I tak nie robiliśmy nic ciekawego. Spotkamy się jutro. -Odpowiedział i wrócił wzrokiem do
Evy. Sam nie wierzył w to, co mówił. Zawsze cieszył się z każdej sekundy spędzonej z przyjaciółką,
a teraz sam chciał ją opuścić?
-Jak chcesz. -Syknęła blondynka. -Jeśli tak stawiasz sprawy. Nie trudź się, nie musimy
się spotykać. Łaski bez. -Wrzasnęła, minęła zwinnie Evę i Simona i ruszyła przed siebie.
Simon nadal nie mógł uwierzyć, że kazał dziewczynie odejść.
-Nie idziesz za nią? Wyglądała na złą. -Eva spojrzała na niego i wzruszyła ramionami.
-Nie. -Odpowiedział i uśmiechnął się do krótkowłosej.
Co on wyprawiał? Dlaczego za nią nie pobiegł? Eva zapała go za dłoń i splotła ich palce
razem.
-Kawa?
-Przed chwilą wypiłem. Z Miki.
-Okej, to, co proponujesz? -Eva uśmiechała się kokietując, przysunęła się bliżej.
Simon zjechał wzrokiem na usta dziewczyny.
-Później pomyślę. -Rzucił i pocałował ją namiętnie.
Zapomniał o przyjaciółce, o tym, że jeszcze chwilę temu karcił się za to, że za nią nie
pobiegł, o tym, że był przekonany, że sytuacja z Evą to jedno wielkie nieporozumienie i
o tym, że stoją na środku chodnika. Przyznał przed sobą, że ucieszył się na widok brunetki.
Nie wiedział też, dlaczego czuł się dobrze w jej obecności i dlaczego tak bardzo podobały
mu się jej pocałunki. Dlaczego dziewczyna miała taki wpływ na jego zachowanie?
Odsunęli się od siebie, dziewczyna złapała oddech. -Teraz masz już jakiś pomysł?
-Nawet kilka. -Uśmiechnął się szeroko w odpowiedzi.
Eva zaśmiała się głośno i ponownie wpiła w jego usta.
***
Sen przerwał mu dźwięk dzwoniącego telefonu. Przetarł pięścią oczy i skupił wzrok na
przyjaciółce stojącej naprzeciwko. Domyślił się, że dziewczyna niedawno wygramoliła się
z łóżka, bo miała poplątane włosy, a na jej twarzy brakowało makijażu.
-Cześć. -Przywitała się widząc wzrok przyjaciela. Związała włosy na czubku głowy w coś
na wzór koka. -Odbierzesz? -Wskazała brodą na telefon chłopaka.
Simon oderwał wzrok od jej długich, bladych nóg i złapał urządzenie. Spojrzał na ekran,
jego oczom ukazało się krótkie "Eva". Przesunął palcem odrzucając połączenie.
Nie wiele pamiętał z ostatniej nocy, jednak rozmowa z Miki zapadła mu w pamięci, utknęła
w głowie i nie zamierzała jej opuścić.
-Coś nie tak? -Miki podeszła bliżej, usiadła na brzegu łóżka, podciągając jedno kolano
pod brodę. Spojrzała na niego pytająco.
-Nie. -Potrząsnął energicznie głową w odpowiedzi. -Nic. -Uśmiechnął się lekko i wbił
palec w bok dziewczyny.
-Au! -Miki szybko odwdzięczyła się tym samym. Zaśmiała się cicho i szybko dodała - jak się
czujesz?
-Dobrze, chyba dobrze. Tak, czy inaczej przeżyję. -Odpowiedział i ziewnął zasłaniając
usta dłonią. -Ale więcej nie piję.-Zaśmiał się i spojrzał przepraszająco na przyjaciółkę.
-Zdecydowanie. -Odpowiedziała z udawaną poważną miną. -Będę musiała Cię pilnować.
-Nie mam nic przeciwko... mamusiu. -Zaśmiał się głośno Simon, ale szybko spoważniał widząc
minę przyjaciółki.
Miki patrzyła na niego z grymasem na twarzy, pokazując kawałek rzędu białych zębów.
-Co? -Zapytał i lekko się wyprostował.
-Właśnie nazwałeś mnie "mamusią". Nie chcę być Christine. -Wymamrotała. Widząc malujące
się przerażenie na twarzy przyjaciela głośno się roześmiała.
-Żartuję kretynie.
Simon uśmiechnął się lekko i klepną się w czoło. Odchylił głowę do tyłu i przeciągnął się
niczym kot, po długiej drzemce.
-Wstawaj. -Miki klepnęła go dosyć mocno w udo. -Załatwmy jakieś śniadanie. -Wstała z
łóżka, podeszła do szafy, z której wyciągnęła ciemne dżinsy i krótki, czerwony top z dużym
wycięciem w kształcie pół serca na biuście. Wyszła z pokoju. Nie zamknęła za sobą drzwi,
więc Simon widział jak udaje się w stronę łazienki. On również wstał z łóżka i złapał
koszulkę leżącą obok niego. Przełożył ją szybko przez głowę i stanął w drzwiach, oczy
zaczęły go boleć od jaskrawych kolorów ścian w pokoju dziewczyny. Fioletowy nie przeszkadzał
mu tak bardzo, ale kanarkowożółtego nie mógł znieść.
-Cześć. -Usłyszał dziewczęcy głos, który zdecydowanie nie należał do Miki.
-Hej. -Odpowiedział niemal automatycznie i spojrzał w stronę, z której dobiegał. -Maya.
-Dodał i uśmiechnął się delikatnie, opierając się plecami o ścianę na korytarzu.
-Co tu robisz? -Blondynka zaczęła bujać się na piętach, nie spuszczając wzroku z Simona.
-Sam chciałbym to wiedzieć. -Wymamrotał i pomasował czoło dłonią.
-Co? -Maya nie usłyszała jego odpowiedzi, więc wpatrywała się w niego pytająco, czekając,
aż ten powtórzy.
-Odczep się. -Usłyszeli głos Miki, która wyszła z łazienki. Zdążyła się ubrać, nałożyła
lekki makijaż i ułożyła włosy, tak, że ich przedziałek powędrował na prawą stronę.
Maya spojrzała na nią wrogo, Simon za to uśmiechał się nieświadomie, patrząc na przyjaciółkę.
-Nie mówię do Ciebie. -Syknęła młodsza i teatralnie machnęła ręką.
-Dziękujmy niebiosom. -Miki wywróciła oczami i podeszła bliżej przyjaciela, zasłaniając
swoim ciałem siostrę.
-Jeść! -Złapała go za nadgarstek i pociągnęła w stronę kuchni.
Simon spojrzał przez ramię na Mayę pozostawioną w tyle. Dziewczyna zniknęła właśnie
w drzwiach swojego pokoju, trzaskając nimi robiąc duży hałas.
Kuchnia była ulubionym miejscem Simona, w mieszkaniu jego przyjaciółki. Wyróżniała się
wśród pozostałych pomieszczeń. Utrzymana była w ciepłych odcieniach pomarańczy i żółci, reszta
pokoi cechowała się bielą i szarością, nie licząc pokoju Miki, który wyglądał
jakby ktoś wylał na ściany płynną tęczę. Na dużej lodówce przyczepione były kartki
z rysunkami obu dziewczyn, które narysowały wiele lat temu, kilka karteczek z listami
zakupów, czy napisem "Nie zapomnij!". Simon uśmiechnął się instynktownie, widząc
rysunek przedstawiający dwoje dzieci trzymających się za rączki, ozdobiony dużą ilością
brokatu i naklejek z Pokemonami. Narysowali go z Miki ponad dziesięć lat temu, Simon
uznał, że to miłe z jej strony, że go zatrzymała. Dziewczyna puściła jego rękę, odwróciła
się gwałtownie i uśmiechnęła się szeroko. Simon zaśmiał się cicho, uważał, że wyglądała
uroczo. Zauważył, że wyciągnęła z górnej szafki dwa kubki, pierwszy - pomarańczowy bez wzorów
i drugi niebieski ozdobiony zielonymi trójkątami. Złapała oba w dłonie i schowała je
za plecami.
-Prawa, czy lewa? -Zapytała tłumiąc śmiech i podeszła bliżej przyjaciela, kołysząc się
na piętach.
Simon pomyślał, że dziewczyna potrafi być czasem bardzo dziecinna.
-Lewa. -Powiedział pewny siebie i uśmiechnął się szeroko. -Zobaczysz, to ten niebieski.
Miki wyciągnęła lewą rękę do przodu. Trzymała w niej pomarańczowy kubek.
-Skucha. -Zaśmiała się i wcisnęła naczynie w ręce Simona.
Podeszła do ekspresu i zaczęła parzyć kawę. Chłopak oparł się tyłkiem o jedną z szafek
kuchennych. Przyglądał się przyjaciółce z uśmiechem na twarzy.
-Kawa jest, czas na jedzenie. -Rzuciła dziewczyna, nalewając płyn do kubków.
-Zrobię jajecznice. -Zaproponował Simon i uniósł głowę, dumny ze swojego pomysłu.
-Nie! -Krzyknęła Miki i złapała go za rękę poniżej łokcia.
-Co? -Simon spojrzał na nią, oburzony jej reakcją.
-Simon, przypominam Ci, że potrafisz przypalić wodę! Nie mam mowy, żebym pozwoliła Ci
zepsuć moje śniadanie. -Odpowiedziała z karcącym wzrokiem.
-Dobra. -Mruknął Simon. -Ty coś zrób.
Usiadł na jednym z krzeseł przy stole, lekko obrażony, z powodu uwagi przyjaciółki.
W pomieszczeniu unosił się zapach kawy i smażonych jajek.
***
-Maya? -Simon podskoczył na krześle słysząc krzyk dobiegający z przedpokoju.
Tego zmęczonego, zachrypniętego głosu nie dało się nie rozpoznać. To musiał być Johny.
Mężczyzna wszedł do kuchni.
-Mikito? -Pan Morris spojrzał na córkę widocznie zdziwiony.
-Nie, duch. -Odpowiedziała Miki, nie patrząc w stronę ojca.
-Myślałem, że nie będzie Cię o tej godzinie w domu. -Jego głos był spokojny, lekko
zachrypnięty.
-To źle myślałeś. -Miki spojrzała na mężczyznę, ale szybko odwróciła wzrok.
-Drzwi były otwarte, ale byłem pewien, że to, dlatego, że jest tu Maya. -Dokończył
Johny ignorując uwagę córki.
Simon kiwnął głową na powitanie, kiedy mężczyzna na niego spojrzał.
-Cześć Simon. -Ojciec Miki uśmiechnął się do niego delikatnie i poprawił okulary, które
ześlizgnęły się na czubek jego nosa. Światło lampy oblewało jego twarz, podkreślając
kilka zmarszczek na czole, oraz rozczochrane niegdyś blond, teraz lekko posiwiałe włosy. Simon nigdy się nad tym nie zastanawiał, ale przypuszczał, że mężczyzna jest atrakcyjny dla kobiet. Krótko mówiąc był przystojny. -Idę do pokoju. Prześpię się około dwie godziny. Jeśli masz w planach gdzieś wyjść, nie zapomnij wziąć kluczy. -Pan Morris ziewnął i wyszedł z pomieszczenia.
Simon spojrzał na przyjaciółkę, która na chwilę ucichła. Szybko złapała spojrzenie chłopaka i uśmiechnęła się lekko.
-Mam coś na twarzy? Pomiędzy zębami? - Przysunęła się bliżej z kpiącym wyrazem twarzy.
-Nie. -Zaśmiał się Simon.
-To tak na mnie nie patrz. -Wtórowała mu dziewczyna. -Chodź, zmieniamy miejscówkę.
Udali się w stronę pokoju dziewczyny. Simon zamknął za nimi drzwi, po czym usiadł na wiklinowym, białym krześle stojącym przy łóżku dziewczyny.
-Możesz zaczynać. -Miki rozsiadła się na łóżku i wpatrywała się w przyjaciela.
-Co? -Simon uniósł brwi. -Zacząć, co? -Przeciągał samogłoski.
-Wyjaśnić sytuację z wczoraj. Czemu się upiłeś i o co chodzi z tą dziewczyną.
-Evą? Nie rozumiem. -Simon skrzyżował ręce na piersi. Przypominał sobie rozmowę z wczoraj.
"Od kiedy?" Słowa przyjaciółki odbiły się echem w jego głowie.
-Eva chyba źle coś zrozumiała. Tak sądzę - westchnął Simon, wpatrując się w ścianę.
-"Tak sądzisz"? -Miki mówiła powoli, spokojnym tonem.
-Miki... -Simon postawił łokcie na kolanach i schował twarz w dłoniach.
-Co? -Dziewczyna odpowiedziała oschle. Chłopak nie mógł zobaczyć jej twarzy, ale wiedział,
że jest zła.
-Nie wiem, czemu powiedziała to, co powiedziała. Może zrobiłem coś wczoraj, przez co tak
to odebrała. Na prawdę nie wiem. Nie pamiętam. -Uniósł lekko głowę, żeby złapać spojrzenie
dziewczyny. Nie udało mu się to, bo Miki wpatrywała się w swoje paznokcie u rąk. Podrapał
się po głowie i westchnął głośno. -Powiedz coś.
-Co mam powiedzieć? -Miki oderwała wzrok od paznokci. -Że jestem zła, bo nic mi nie mówisz?
-Mówię Ci wszystko. -Simon wyprostował się i przesunął na krawędź krzesła.
-Wszystko? Jakoś zapomniałeś wspomnieć, że się z kimś umawiasz! -Miki krzyknęła, po czym
zapadła chwilowa cisza.
-Nie winę Cię za to. Cieszę się, że jest ktoś, kogo lubisz, ale mógłbyś mi o tym chociażby
wspomnieć między wersami. -Westchnęła cicho i pomasowała dłonią kark.
-Przepraszam. -Wymamrotał cicho chłopak.
-Nie przepraszaj mnie. -Rzucała Miki i wstała z łóżka.
Simon poszedł w jej ślady.
-Przepraszam, że przepraszam. -Simon uśmiechnął się ciepło. Miał nadzieję, że dziewczyna
odwzajemni uśmiech.
Na jego szczęście tak się stało.
-Głupek. -Dziewczyna uderzyła pięścią w jego pierś. -Od kiedy... jesteście razem?
-Nie wiem. Chyba od wczoraj... wiesz po pewnym incydencie. -Mruknął Simon. Wspomnienia
z wczoraj zaczęły do niego wracać. On i Eva...
-Jednak pamiętasz. -Wzrok Miki przeszywał go na wylot.
-Chciałbym, żeby nie było, co pamiętać. -Simon zacisnął usta w wąską linię.
-Nie przesadzaj. Zachowujesz się jak panienka. - Miki machnęła dłonią. -Dlaczego piłeś?
Simon nie odpowiedział. Odwrócił wzrok od przyjaciółki, nie mógł jej przecież powiedzieć,
że to przez złość i zazdrość. Właściwie sam nie wiedział, dlaczego tak zareagował.
-Przez kłótnie? -Miki stanęła na palcach, żeby złapać jego wzrok.
-Nie. -Mruknął chłopak pod nosem.
-Jasne. -Ton Miki, nie wyrażał żadnych emocji. Odsunęła się od niego i podeszła do drzwi.
-Idziemy?
-Gdzie? -Simon spojrzał na nią zdziwiony. Złapał bluzę leżącą na krześle przy biurku
i podszedł bliżej przyjaciółki. Położył ręce na swoich biodrach i zgarbił się lekko.
-Nie wiem, wymyślimy po drodze. -Zaśmiała się Miki i wyszła z pokoju.
Simon wiedział, że był to sposób na przerwanie tematu. Był jej za to wdzięczny.
Wyszedł za nią. Miki założyła skórzaną kurtkę, założyła buty na wysokich koturnach i
zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Simon domyślił się, że szuka kluczy. Odnalazł
je wzrokiem, zakładając buty.
-Tu są. -Wskazał ręką szafkę stojącą przy wejściu do kuchni.
-Dzięki. -Miki złapała je w rękę i wcisnęła o kieszeni. Złapała przyjaciela za nadgarstek
i pociągnęła za sobą na zewnątrz.
Simon uśmiechnął się nieświadomie i dogonił przyjaciółkę. Zrównał jej kroku i ujął jej
dłoń w swoją. Miki odwzajemniła jego uśmiech, uwolniła dłoń z uścisku i uwiesiła się
na jego ramieniu.
***
Spojrzał na ekran telefonu, żeby sprawdzić godzinę. Szesnasta piętnaście. Zrobił to tylko
po to, aby ukryć rumieńce i zażenowanie malujące się na jego twarzy. Kiedy szli wzdłuż
ulicy, zapytał przyjaciółkę, co działo się pomiędzy ich rozmową a tym, kiedy obudził się
w jej pokoju. Dziewczyna twierdziła, że spędził pół nocy w łazience wymiotując, po czym
zdjął koszulkę i przywłaszczył sobie jej łóżko. Chciał zapaść się pod ziemię. Gdyby tylko
w tym momencie mógłby spaść na ziemię meteoryt i uderzyć prosto w niego.
-Wchodzimy? -Miki szturchnęła Simona w ramię i wskazała knajpkę na przeciwko.
-Okej. -Chłopak kiwnął głową potwierdzająco i uśmiechnął się delikatnie.
Weszli do środka. Czerwone kolory, granatowe dodatki i duża ilość roślin. Simon miał
wrażenie, że zna to miejsce. Nie tylko miejsce. Kątem oka dostrzegł kobietę ubraną w
fartuszek kelnerki. Znał ją, ale skąd? Tego nie mógł sobie przypomnieć.
"Tere" zaszumiało mu w głowie. "Byłem tu wczoraj" pomyślał. Poczuł szarpnięcie, Miki
ciągnęła go za nadgarstek w stronę jednego z wolnych boksów.
Usiedli naprzeciw siebie.
-Masz minę, jakbyś zobaczył ducha. Coś nie tak? -Miki wpatrywała się w niego pytająco,
poprawiając włosy.
-Byłem tu wczoraj. -Wymamrotał.
-Co tu robiłeś? -Miki spojrzała na niego widocznie zdziwiona.
-Chyba tutaj się upiłem. -Simon podrapał się po głowie.
-Serio? -Dziewczyna roześmiała się głośno, przez co zwróciła na siebie uwagę innych ludzi.
-Serio. -Simon czuł, że jego policzki płoną.
-Coś dla was? -Usłyszeli ciepły kobiecy głos.
Simon uniósł wzrok, tak jak przypuszczał, to była Tere. Dziewczyna widocznie go rozpoznała,
bo uśmiechnęła się szeroko. Spojrzała na Miki i wróciła wzrokiem do chłopaka.
-Potrzebuję więcej kofeiny. -Powiedziała Mikito i oparła łokcie o stolik. -Dużą kawę.
-Okej, więc duża kawa. Dla Ciebie przystojniaku? -Tere mrugnęła znacząco.
-Jeszcze większa kawa. -Zaśmiał się Simon.
-Więc będzie kawa i większa kawa. Nie jesteście zbyt wymagający. -Tere zaśmiała się i
wyrwała zapisaną kartkę z notesu, który trzymała w dłoni.
-Tylko kawa. -Simon spojrzał na nią z wyrzutem.
Tere zasłoniła dłonią usta, żeby zakryć szeroki uśmiech i udała się w stronę kuchni.
-O, co chodzi? -Miki przyglądała się przyjacielowi i uśmiechem na twarzy.
-Nie pytaj. -Simon puknął czubkiem palca w czoło dziewczyny.
Miki zmarszczyła nos. Widocznie chciała wyglądać groźnie, ale według Simona, była po prostu
urocza.
Rozmawiali chwilę, Miki opowiadała o imprezie, na której była w zeszłym tygodniu, Simon
odwdzięczył się historią jednego bohatera z, mangi, którą ostatnio kupił.
Rozmowę przerwała im Tere, która przyniosła ich zamówienie. Postawiła przed nimi dwa
duże kubki z kawą i dwa ciastka owsiane.
-Czyżby kolejna rzecz, na Twój koszt? -Simon spojrzał na nią z grymasem na twarzy.
Dziewczyna uśmiechnęła się ciepło, nie odpowiedziała, odwróciła się na pięcie i odeszła
od ich stolika.
-O to też mam nie pytać? -Zaśmiała się Miki i złapała swój kubek z kawą.
-Proszę. -Westchnął Simon, wziął kubek i zdmuchnął mleczną piankę.
Wypili kawę i wrócili do rozmowy. Simon opowiadał o mandze z takim entuzjazmem, że jego
brązowe oczy sprawiały wrażenie jaśniejszych.
-Nigdy nie zrozumiem Naruto. -Stwierdziła Miki, kiedy ten skończył mówić.
Simon westchnął zrezygnowany. Przypomniało mu się, jak uczył przyjaciółkę, w jaki sposób
czyta się mangi, siedzieli wtedy na jego łóżku, jedli słodycze i oglądali kreskówki.
-Hej, nie odpływaj. -Miki machnęła ręką przed twarzą przyjaciela.
Speszony Simon klepnął się dłonią w policzek. -Wybacz.
-Więc... -Kontynuowała Miki. -Kim jest ten cały Naruto?
-Nic nie rozumiesz. -Simon oparł czoło o stolik.
-Przecież mówię, że nie rozumiem - w tonie głosu dziewczyny można było wyczuć oburzenie.
Simon podniósł głowę i zaśmiał się widząc wyraz twarz młodszej.
-Nie śmiej się. -Miki kopnęła go w kolano.
-Nie śmieję się. -Simon zakrył dłonią usta. Nie wytrzymał jednak długo, bo po chwili zaśmiał
się jeszcze głośniej.
Ponownie zwrócili na siebie uwagę innych i Tere, która zerkała na nich, co jakiś czas i
uśmiechała się pod nosem.
Ich oczom ukazała się postać wysokiego chłopaka, który właśnie wszedł do knajpki.
Szedł wolno, ale pewnym siebie krokiem. Spojrzał w ich stronę, zatrzymał wzrok na Miki
i uśmiechnął się szyderczo. Simona obdarzył wrogim spojrzeniem i podszedł do lady.
Zajął się rozmowa z Tere, więc Simon oderwał od niego wzrok i spojrzał na przyjaciółkę.
Dziewczyna sprawiała wrażenie przestraszonej, szybko jednak się uśmiechnęła, widząc
że przyjaciel się w nią wpatruje.
-Znowu się patrzysz. -Zwróciła mu uwagę.
Simon wymusił uśmiech. Atmosfera zrobiła się dziwna, więc próbował sobie przypomnieć
skąd zna czarnowłosego. "No tak, to ten z parku." Pomyślał, tylko, dlaczego Miki tak na
niego zareagowała? Chciał zapytać, ale nie mógł wydobyć z siebie ani jednego słowa.
-Wychodzimy? -Zapytał po chwili.
-Jeśli chcesz. -Odpowiedziała Miki, szybko wstała i udała się w stronę drzwi wyjściowych.
Simon położył na stoliku pieniądze za kawę, dając drobny napiwek. Ruszył za przyjaciółką.
Zauważył, że czarnowłosy chłopak się jej przyglądał. Pogłaskał delikatnie przyjaciółkę po
plecach, po czym zniknęli za drzwiami.
***
-To gdzie teraz? -Zapytał, kiedy przyjaciółka się zatrzymała. Pochylił się, żeby złapać
wzrok Miki.
-Na koniec świata i jeszcze dalej. -Zaśmiała się i poklepała go po policzku. Schowała
ręce do kieszeni i ruszyła przed siebie.
Simon czuł, że się rumieni, przetarł dłonią twarz i pobiegł za przyjaciółką, próbując
zrównać jej kroku.
Zatracili się w rozmowie. Kiedy mijali bramę wejściową do parku, Simon poczuł, że ktoś
łapie go za ramię.
-Co? -Wymamrotał i odwrócił się szybko, Miki zrobiła to samo.
Przed oczami wyrosła mu znajoma postać.
-Cześć. -Przywitała się Eva, zarzuciła mu ręce na ramiona i wpiła w jego usta.
Simon otworzył szerzej oczy, zaskoczony jej inicjatywą. Przypominał sobie, co mówiła
Miki, na temat wydarzeń z wczoraj. On i Eva podobno zostali parą.
-Hej. -Odpowiedział i uśmiechnął się lekko. Poczuł na sobie wzrok przyjaciółki.
-Cześć Miki. -Eva specjalnie nałożyła duży nacisk na imię dziewczyny.
Miki nie odpowiedziała, uśmiechnęła się tylko.
-Gdzie idziecie. -Zapytała krótkowłosa i zdjęła ręce z ramion chłopaka.
-Nigdzie. Błądzimy po okolicy. -Mruknęła Miki.
-To nie będziesz miała nic, przeciwko, jeśli ukradnę Ci tego przystojniaka. -Eva uśmiechnęła
się szeroko i złapała Simona za dłoń, lekko przeciągając go bliżej siebie.
-Mamy plany. -Rzuciła Miki.
-Wasze plany, to dalsze błądzenie? Daj spokój.
Simon stwierdził, że jeśli wzrok mógłby zabijać, Eva już dawno leżałaby przed nim sztywno.
Miki wróciła wzrokiem do przyjaciela. -Simon?
-To chyba nie będzie żaden problem, jeśli tutaj się rozdzielimy. -Uśmiechnął się przepraszająco
do Miki.
-Super. -Eva klasnęła w dłonie.
-Co? -Wymamrotała cicho Miki i spojrzała pytająco na Simona.
-I tak nie robiliśmy nic ciekawego. Spotkamy się jutro. -Odpowiedział i wrócił wzrokiem do
Evy. Sam nie wierzył w to, co mówił. Zawsze cieszył się z każdej sekundy spędzonej z przyjaciółką,
a teraz sam chciał ją opuścić?
-Jak chcesz. -Syknęła blondynka. -Jeśli tak stawiasz sprawy. Nie trudź się, nie musimy
się spotykać. Łaski bez. -Wrzasnęła, minęła zwinnie Evę i Simona i ruszyła przed siebie.
Simon nadal nie mógł uwierzyć, że kazał dziewczynie odejść.
-Nie idziesz za nią? Wyglądała na złą. -Eva spojrzała na niego i wzruszyła ramionami.
-Nie. -Odpowiedział i uśmiechnął się do krótkowłosej.
Co on wyprawiał? Dlaczego za nią nie pobiegł? Eva zapała go za dłoń i splotła ich palce
razem.
-Kawa?
-Przed chwilą wypiłem. Z Miki.
-Okej, to, co proponujesz? -Eva uśmiechała się kokietując, przysunęła się bliżej.
Simon zjechał wzrokiem na usta dziewczyny.
-Później pomyślę. -Rzucił i pocałował ją namiętnie.
Zapomniał o przyjaciółce, o tym, że jeszcze chwilę temu karcił się za to, że za nią nie
pobiegł, o tym, że był przekonany, że sytuacja z Evą to jedno wielkie nieporozumienie i
o tym, że stoją na środku chodnika. Przyznał przed sobą, że ucieszył się na widok brunetki.
Nie wiedział też, dlaczego czuł się dobrze w jej obecności i dlaczego tak bardzo podobały
mu się jej pocałunki. Dlaczego dziewczyna miała taki wpływ na jego zachowanie?
Odsunęli się od siebie, dziewczyna złapała oddech. -Teraz masz już jakiś pomysł?
-Nawet kilka. -Uśmiechnął się szeroko w odpowiedzi.
Eva zaśmiała się głośno i ponownie wpiła w jego usta.
***
2/13/2017
Rozdział VI
~Jackob.
Wpatrywanie się w widok zza okna było o wiele bardziej ciekawe, niż słuchanie o genetyce
człowieka. Jackob nie znosił biologii, po co miał się uczyć o tych wszystkich komórkach?
Zwierzętach, lub roślinach? Nie widział w tym żadnego sensu. Na zewnątrz przynajmniej coś się
działo. Spacerujący ludzie, kilka kotów szukających najprawdopodobniej jedzenia w koszu na
śmieci, hałasujące samochody. Nie to, co w ciasnej sali lekcyjnej, przepełnionej ludźmi,
których nawet nie lubił, z dużą białą tablicą na jednej ze ścian i nauczycielem tłumaczącym
temat. Jackob oczywiście go nie słuchał. Mógłby teraz być w swoim pokoju, przeglądać memy,
lub grać na konsoli. Często się zastanawiał, czy edukacja jest mu w życiu potrzebna.
Spojrzał na zegar, wydawało mu się, że wskazówki nawet nie drgnęły przez ostatnie dziesięć
minut. "Dobijcie mnie" westchnął, postawił łokieć na ławce i oparł brodę o dłoń.
Siedział w ostatnim rzędzie pod oknem, więc miał idealny widok na całą klasę. Zauważył,
że nie tylko on nie uważa na lekcji - dwie dziewczyny przeglądały jakiś magazyn, kilka
osób rozmawiało, ktoś spał. "Żadna nowość" przeszło mu przez myśl. Wyciągnął dyskretnie
telefon i schował go pod ławką, chciał pograć, w jaką grę, zauważył jednak wiadomość.
"Od: Kai
Korki dzisiaj odwołane, ale nie załamuj się młody, jutro się spotkamy. Przedstawię Ci kogoś
Więc szykuj się. Jedziemy na wycieczkę! Nie zapomnij spakować NAJWAŻNIEJSZYCH rzeczy...
panienki czekają. :D"
Mieli się dzisiaj spotkać, bo Kai udzielał mu korepetycji z biologii, z której o dziwo
był dobry. Praktyki z anatomii nie poszły w las.
"Tego mi brakowało. Marzę o tym, żeby poznać tą, którą chce mi przedstawić" westchnął,
"bo przecież chce mi przedstawić dziewczynę prawda? Inaczej by do mnie nie napisał."
Usłyszał utęskniony dzwonek ogłaszający koniec lekcji, zabrał swoje rzeczy i wyszedł
na korytarz. Zauważył przyjaciela z równoległej klasy i podszedł bliżej.
-Siema. -Mruknął Jackob nie patrząc na chłopaka.
-O, siema. -Odpowiedział przyjaznym tonem. -Co masz teraz? -Pochylił się, żeby złapać
wzrok blondyna.
-Hiszpański. -Jęknął z niezadowolenia i spojrzał na czarnowłosego chłopaka.
-Słabo. -Zaśmiał się cicho.
-Spadaj. -Zawtórował mu Jackob.
-Matt! -Usłyszeli zza pleców, więc odwrócili się obaj. Ujrzeli trzech chłopaków zmierzających
w ich stronę. -O, siemka Jackob! -Dodał jeden z nich.
-Cześć. -Matt podał każdemu rękę, Jackob powtórzył jego czyn.
-Szykuje się impreza dziś wieczorem, idziecie? -Zapytał jeden z grupy.
-Taki mam zamiar - zaśmiał się Matt.
-No i super. -Ucieszył się pytający i poklepał chłopaka po ramieniu. -Jackob? Mam nadzieję,
że Ty też w końcu z nami pójdziesz. Teraz się nie wykręcisz. -Wszyscy spojrzeli w stronę
blondyna.
Zawsze im odmawiał. Impreza wiązała się dziewczynami, oraz rozmowami na ich temat. Wolał
ich unikać, nie umiał udawać, że go to interesuje. Nie ukrywał swojej orientacji, dlatego, że bał się nie akceptacji, czy wyzwisk, po prostu uważał, że nie ma potrzeby ogłaszać tego
całemu światu. Ludzie heteroseksualni nie mają tego wypisane na czole i nie afiszują się
z tym, więc on też nie będzie. Co prawda, Matt o nim wiedział, mógł o tym wszystkim
powiedzieć, ale na szczęście tego nie zrobił. Był dobrym kumplem.
-Nie mogę. -Mruknął blondyn i podrapał się po głowie. -Mam rodzinne spotkanie, wiecie
z tego się nie wykręcę. -Dodał szybko chcąc uniknąć dodatkowego przesłuchania, podniósł
wzrok na towarzyszy, wzruszył ramionami i uśmiechnął się przepraszającą, mając nadzieję,
że ci nie wyczują jawnego kłamstwa.
-Chrzanisz! Sprzedaj jakąś ściemę starszym i chodź z nami. Weekend się zaczyna, trzeba coś
robić, zamiast siedzieć w domu. -Nalegał jeden z zebranych.
Jackob spojrzał prosząco na przyjaciela stojącego obok.
-Daj mu spokój, nie może to nie może. -Rzucił szybko Matt, po tym jak zauważył
dyskretną sugestię blondyna. -Sam nie dałbyś rady się wykręcić, wiesz jak jest z rodzinnymi
imprezami. -Zaśmiał się i uderzył Jackoba w ramię.
Zawsze ratował go z takich sytuacji i za to Jackob go uwielbiał.
-Chciałbym, ale nie mogę. -Dodał blondyn i posłał delikatny uśmiech Mattowi. -Muszę iść,
zaraz dzwonek, narka panowie. -Machną ręką, poprawiając torbę, którą miał przewieszoną
przez ramię, odwrócił się na pięcie - dzięki - szepnął do przyjaciela i ruszył w swoją
stronę.
***
Lekcje na szczęście szybko się skończyły, Jackob jednak zamiast do domu udał się w miejsce,
które odwiedzał przynajmniej dwa razy w tygodniu. Wyszedł ze szkoły i powędrował na stację
metra. Na jego nieszczęście nie jechał nim sam, rozpoznał wśród ludzi grupkę dziewczyn
z tej samej klasy. Stanął tuż przy drzwiach i założył kaptur na głowę, miał nadzieję, że
go nie zauważą. Nie udało mu się, od razu usłyszał głos jednej z nich.
-Jackob. -Przywitała się brunetka i szeroko się uśmiechając położyła mu rękę na ramieniu.
-Gdzie jedziesz? Przecież mieszkasz w drugą stronę. -Dodała druga, wpatrując się w
chłopaka pytającym wzrokiem.
-Skąd wiesz gdzie mieszkam? -Odpowiedział pytaniem na pytanie, ignorując pierwszą część
jej wypowiedzi. Zmarszczył czoło.
-Nie rób tak. -Zaśmiała się i stuknęła go czubkiem palca w czoło. -Jesteśmy w jednej klasie,
to raczej normalne, że wiem gdzie mieszkasz. Poza tym, widzę jak wracasz. -Dodała i
uśmiechnęła się szeroko.
Jackob nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko lekko, modląc się w duchu, aby te już
wysiadły. Nie odsunęły się od niego na metr i zaczęły rozmawiać, na nieinteresujące
go tematy. Przyłożył dłoń do twarzy i westchnął cicho. Chciał jak najszybciej znaleźć
się na zewnątrz.
-Nasza stacja. -Rzuciła jedna z dziewczyn. Spojrzała na Jackoba.
-Ach tak? -Udał zaskoczenie. Dziękował w duchu, że jego pragnienia zostały wysłuchane.
-To pa. -Pomachała na pożegnanie inna.
Jackob odmachał i odetchnął z ulgą, kiedy ich już nie było. Nie był aspołeczny, po prostu
ludzie go męczyli. To nic nie znaczy, prawda? Kilka minut później przyszedł czas, aby
i on wysiadł. Poprawił torbę, przeczesał włosy palcami i wyszedł szybkim krokiem.
Minął zwinnie wszystkich obecnych na peronie i udał się schodami na górę. Przeszedł
kawałek, po czym skręcił w wąską uliczkę. Zatrzymał się przy barze z ogromnym, neonowym
napisem "Men Only". Wślizgnął się do środka i zmierzył w stronę baru, nie przyszedł
tu dla rozrywki, chciał się z kimś spotkać.
-Dzisiaj jesteś szybciej. -Usłyszał siadając na stołku, podniósł wzrok i uniósł kącik
ust widząc wysokiego bruneta.
Will pracował tu, jako barman, dorabiał sobie na studia. Był wysokim, przystojnym,
dwudziestoletnim brunetem, niezbyt chudym, ale jednak wiotkim, o lekko skośnych,
kasztanowych oczach.
-Cześć. -Przywitał się blondyn, postawił łokcie na blacie i oparł brodę o nadgarstki.
Will uśmiechnął się szeroko i uniósł znacząco obie brwi. Postawił przed nim szklankę
z colą. Nigdy nie podawał mu alkoholu, po pierwsze Jackob był nieletni, po drugie
mógł go wpuszczać do baru pod warunkiem, że będzie go pilnować.
Siedzieli chwilę w ciszy, Jackob zajął się swoim napojem, Will obsługiwał klientów.
Po chwili brunet spojrzał na młodszego i zaśmiał się cicho. Podszedł bliżej, oparł się
o blat i pochylił sie nad nim, tak, aby ich twarze znalazły się na tej samej linii.
-Stało się coś? -Uniósł obie brwi, wpatrując się w chłopaka czekając na odpowiedź.
-Dlaczego? -Jackob spojrzał na niego nie wyrażając żadnych emocji.
Will nie odpowiedział.
-Kai ma zamiar wziąć mnie na jakąś imprezę. -Wymamrotał, wyciągnął telefon i pokazał
barmanowi wiadomość od przyjaciela.
-Jego dziewczyna? -Zapytał Will i zmarszczył brwi.
-Nie wiem. Pewnie tak. -Blondyn złapał jego wzrok.
-Masz zamiar tam iść? -Kontynuował serię pytań Will, patrząc na młodszego i delikatnie
się uśmiechając.
-Tak, dlaczego bym nie miał? Nie jestem jakąś panienką, żeby odstawić scenę zazdrości i
płakać w poduszkę. -Zmarszczył czoło, lekko zirytowany pytaniem barmana.
-Ale Ty, no wiesz... on. -Brunet podrapał się po głowie i machnął dłonią.
-Podoba mi się. To jakiś problem? -Syknął. -Przez to nie mogę z nim
nigdzie wychodzić?
-Podoba? Nie jesteś w nim przypadkiem zakochany? -Will spojrzał na niego zaskoczony.
-Wiesz, to już jest dobry powód dla tego, ze nie chcesz poznawać jego dziewczyny.
-Zakochany? Pogięło Cię? -Jackob podniósł głos i zabrał ręce z blatu.
To prawda - nie był w nim zakochany. Przecież był mężczyzną, no dobra Jackobowi podobali
się mężczyźni, ale nie wyobrażał sobie, że mógłby zakochać się w kimś tej samej płci.
Kai mu się podobał, nawet bardzo. Właściwie to dzięki niemu, zaczął być świadomy swojej
orientacji.
-Czasami Cię nie rozumiem. -Mruknął barman i uśmiechnął się ciepło.
-Zamknij się. -Wymamrotał Jackob i odwzajemnij uśmiech.
Will spojrzał na niego znacząco i kiwnął lekko głowa w prawo. Jackob zwrócił wzrok w tamtą
stronę, dorosły mężczyzna w garniturze mu się przyglądał. Blondyn otworzył szerzej oczy i
wrócił wzrokiem do Willa, skrzywił się i spojrzał na niego prosząco. Brunet pochylił się
nad nim i spojrzał na mężczyznę siedzącego, obok, który wciąż przyglądał się młodszemu
z góry do dołu.
-Pan wybaczy, ale ten tutaj należy do mnie, a ja nie lubię się dzielić. -Odezwał się
Will i pogłaskał Jackoba po policzku.
Mężczyzna speszył się, zabrał swojego drinka i odszedł do innego stolika.
-Dzięki. -Odetchnął z ulgą Jackob.
-Jesteś ładniutki, nic dziwnego, że wzbudzasz zainteresowanie. -Will mrugnął do niego
znacząco.
Jackob zalał się rumieńcem i odchrząknął, żeby to ukryć. -Nie jestem gejem. -Mruknął.
-Oczywiście. -Chłopak puścił mu oczko. -Ja też nie, pracuję tu, żeby podziwiać te wszystkie
panienki. -Zaśmiał się Will i wskazał brodą w stronę dwóch chłopaków bez koszulek.
Jackob spojrzał na niego lekko zdezorientowany. -No okej, może jestem, ale to nie powód,
żeby ci wszyscy faceci mnie podrywali. -Dodał i wymierzył palcem w Willa.
-Jak nie chcesz być podrywany, to idź do baru dla lesbijek. -Zaśmiał się starszy i poczochrał
Jackoba po głowie.
Chłopak odsunął jego rękę. -Bardzo śmieszne. -Znowu się zarumienił.
Siedzieli tak i rozmawiali przez około dwie godziny, po czym Jackob pożegnał się, zabrał
torbę i wyszedł z baru.
Schował ręce do kieszeni kurtki, którą miał na sobie i udał się w stronę metra. Miał
przed sobą długą drogę, w końcu bar i jego mieszkanie dzieliło kilka większych dzielnic.
Co nie przeszkadzało mu w tym, aby pokonywać ją kilka razy w tygodniu. Sam nie wiedział
dlaczego. Will mu się podobał? Chyba tak, był przystojny i dobrze się z nim rozmawiało.
Poznali się w innym barze dla gejów, Will go podrywał i nie odstraszała go niedostępność
młodszego. Jackob się upił, więc ten zabrał go do siebie. Między nimi do niczego nie doszło,
Will tłumaczył się tym, że nie lubi wykorzystywać ani pijanych, ani młodszych. Kilka
dni później wpadli na siebie na ulicy i rozmawiali przez pół dnia siedząc na ławce w parku.
Will opowiedział mu o sobie, studiach, pracy i o swoim byłym już chłopaku. Jackob odwdzięczył
się tym samym, opowiadając mu krótko o sobie. Dzieliły ich cztery lata różnicy wieku,
ale mimo to dobrze się dogadywali, może to, dlatego, że Jackob był zbyt dojrzały jak na
swój szesnastoletni wiek, lub to Will nie zachowywał się, jak na studenta przystało.
Brunet dał mu wizytówkę baru,w którym pracował i zachęcił młodszego, aby ten wpadł tam od
czasu do czasu. Blondyn przystał na propozycję i od tego czasu regularnie spotykał się z
chłopakiem, opowiadał mu, co w szkole, kolegów. Powiedział o swoim przyjacielu z
dzieciństwa, Kaiu, w zamian wysłuchiwał o studniach starszego, czy jego partnerach, którzy
zmieniali się, co jakiś czas. Odwiedziny w barze, po szkole stały się jego małym rytuałem.
Nigdy nie przyszło mu na myśl, aby spróbować poznać kogoś w owym barze, wręcz przeciwnie
- za każdym razem, kiedy ktoś okazywał nim zainteresowanie, Will ratował go udając jego
chłopaka.
***
Wysiadł z metra i udał się w kierunku swojego mieszkania. Minął ulice zapełnioną sklepami,
przeszedł przez przejście dla pieszych i zatrzymał się przed kilkupiętrowym budynkiem.
Wyjął ręce z kieszeni, zdjął kaptur i wpisał kod otwierający drzwi. Wszedł do środka,
poczekał na windę i udał się na czwarte piętro. Wyjął kluczę z torby i zniknął za drzwiami
wejściowymi mieszkania. Zdjął buty i wszedł do kuchni. Podszedł do lodówki i zerwał
karteczkę do niej przyczepioną. "Miałam wezwanie na nocny dyżur. Będę późno, na stole masz
pieniądze, zamów sobie coś do jedzenia. Mama" zauważył przy podpisie narysowane, małe serce
więc uśmiechnął się sam do siebie. Podarł kartkę i wyrzucił ją do kosza na śmieci, stojącego
obok. Wyjął z lodówki butelkę wody, zabrał pieniądze leżące na stole w jadalni i powędrował
w kierunku swojego pokoju. Rzucił torbę razem z kurtką na łóżko i rozsiadł się na fotelu
stojącego pod oknem. Wyciągnął z kieszeni telefon, czując wibrację. Wiadomość.
"Od: Głupi barman
Cześć królewiczu. Pewnie nie wiesz, więc Ci powiem - zostawiłeś w barze identyfikator
szkolny. Odbierzesz go następnym razem, czy Ci go przywieźć? Przy okazji, chciałem
podziękować za ogromny napiwek, KTÓREGO NIE ZOSTAWIŁEŚ."
"Kretyn" pomyślał Jackob i zaśmiał się cicho. Zaczął odpisywać.
"Do: Głupi barman.
Nie potrzebuję go teraz. Podjadę po niego, pod koniec weekendu."
Wysłał wiadomość i schował telefon. Wstał, wyjrzał za okno, właściwie bez powodu.
Odgarnął głosy z twarzy i rzucił się na łóżko. Usłyszał wibracje, chwycił telefon i
odczytał wiadomość.
"Od: Głupi barman
Jak sobie życzysz, a już miałem nadzieję, że za mną tęsknisz i zechcesz mnie zobaczyć."
Jackob zaśmiał się głośno. Korzystając z okazji, że trzymał w ręce telefon, zamówił pizzę.
Chwycił laptopa i zajął się oglądaniem jakiś głupich filmików. Zauważył wiadomość
na portalu społecznościowym. Westchnął głośno widząc, od kogo, poprawił włosy, przewrócił
się na brzuch i podłożył sobie poduszkę pod brodę. Napisała do niego dziewczyna z
równoległej klasy.
"Będziesz na imprezie? Kilka dziewczyn mnie o to pytało, więc postanowiłam napisać.
Liczę na to, że będziesz! :D"
Jackob szybko odpisał. "Nie mogę, sorry". Nic więcej, bo nie miał zamiaru się tłumaczyć. Chciał przesiedzieć dzisiejszy dzień w domu, a jutro spotkać się z Kaiem.
Schował twarz w poduszkę i czekał na dostawcę z jedzeniem.
***
Wpatrywanie się w widok zza okna było o wiele bardziej ciekawe, niż słuchanie o genetyce
człowieka. Jackob nie znosił biologii, po co miał się uczyć o tych wszystkich komórkach?
Zwierzętach, lub roślinach? Nie widział w tym żadnego sensu. Na zewnątrz przynajmniej coś się
działo. Spacerujący ludzie, kilka kotów szukających najprawdopodobniej jedzenia w koszu na
śmieci, hałasujące samochody. Nie to, co w ciasnej sali lekcyjnej, przepełnionej ludźmi,
których nawet nie lubił, z dużą białą tablicą na jednej ze ścian i nauczycielem tłumaczącym
temat. Jackob oczywiście go nie słuchał. Mógłby teraz być w swoim pokoju, przeglądać memy,
lub grać na konsoli. Często się zastanawiał, czy edukacja jest mu w życiu potrzebna.
Spojrzał na zegar, wydawało mu się, że wskazówki nawet nie drgnęły przez ostatnie dziesięć
minut. "Dobijcie mnie" westchnął, postawił łokieć na ławce i oparł brodę o dłoń.
Siedział w ostatnim rzędzie pod oknem, więc miał idealny widok na całą klasę. Zauważył,
że nie tylko on nie uważa na lekcji - dwie dziewczyny przeglądały jakiś magazyn, kilka
osób rozmawiało, ktoś spał. "Żadna nowość" przeszło mu przez myśl. Wyciągnął dyskretnie
telefon i schował go pod ławką, chciał pograć, w jaką grę, zauważył jednak wiadomość.
"Od: Kai
Korki dzisiaj odwołane, ale nie załamuj się młody, jutro się spotkamy. Przedstawię Ci kogoś
Więc szykuj się. Jedziemy na wycieczkę! Nie zapomnij spakować NAJWAŻNIEJSZYCH rzeczy...
panienki czekają. :D"
Mieli się dzisiaj spotkać, bo Kai udzielał mu korepetycji z biologii, z której o dziwo
był dobry. Praktyki z anatomii nie poszły w las.
"Tego mi brakowało. Marzę o tym, żeby poznać tą, którą chce mi przedstawić" westchnął,
"bo przecież chce mi przedstawić dziewczynę prawda? Inaczej by do mnie nie napisał."
Usłyszał utęskniony dzwonek ogłaszający koniec lekcji, zabrał swoje rzeczy i wyszedł
na korytarz. Zauważył przyjaciela z równoległej klasy i podszedł bliżej.
-Siema. -Mruknął Jackob nie patrząc na chłopaka.
-O, siema. -Odpowiedział przyjaznym tonem. -Co masz teraz? -Pochylił się, żeby złapać
wzrok blondyna.
-Hiszpański. -Jęknął z niezadowolenia i spojrzał na czarnowłosego chłopaka.
-Słabo. -Zaśmiał się cicho.
-Spadaj. -Zawtórował mu Jackob.
-Matt! -Usłyszeli zza pleców, więc odwrócili się obaj. Ujrzeli trzech chłopaków zmierzających
w ich stronę. -O, siemka Jackob! -Dodał jeden z nich.
-Cześć. -Matt podał każdemu rękę, Jackob powtórzył jego czyn.
-Szykuje się impreza dziś wieczorem, idziecie? -Zapytał jeden z grupy.
-Taki mam zamiar - zaśmiał się Matt.
-No i super. -Ucieszył się pytający i poklepał chłopaka po ramieniu. -Jackob? Mam nadzieję,
że Ty też w końcu z nami pójdziesz. Teraz się nie wykręcisz. -Wszyscy spojrzeli w stronę
blondyna.
Zawsze im odmawiał. Impreza wiązała się dziewczynami, oraz rozmowami na ich temat. Wolał
ich unikać, nie umiał udawać, że go to interesuje. Nie ukrywał swojej orientacji, dlatego, że bał się nie akceptacji, czy wyzwisk, po prostu uważał, że nie ma potrzeby ogłaszać tego
całemu światu. Ludzie heteroseksualni nie mają tego wypisane na czole i nie afiszują się
z tym, więc on też nie będzie. Co prawda, Matt o nim wiedział, mógł o tym wszystkim
powiedzieć, ale na szczęście tego nie zrobił. Był dobrym kumplem.
-Nie mogę. -Mruknął blondyn i podrapał się po głowie. -Mam rodzinne spotkanie, wiecie
z tego się nie wykręcę. -Dodał szybko chcąc uniknąć dodatkowego przesłuchania, podniósł
wzrok na towarzyszy, wzruszył ramionami i uśmiechnął się przepraszającą, mając nadzieję,
że ci nie wyczują jawnego kłamstwa.
-Chrzanisz! Sprzedaj jakąś ściemę starszym i chodź z nami. Weekend się zaczyna, trzeba coś
robić, zamiast siedzieć w domu. -Nalegał jeden z zebranych.
Jackob spojrzał prosząco na przyjaciela stojącego obok.
-Daj mu spokój, nie może to nie może. -Rzucił szybko Matt, po tym jak zauważył
dyskretną sugestię blondyna. -Sam nie dałbyś rady się wykręcić, wiesz jak jest z rodzinnymi
imprezami. -Zaśmiał się i uderzył Jackoba w ramię.
Zawsze ratował go z takich sytuacji i za to Jackob go uwielbiał.
-Chciałbym, ale nie mogę. -Dodał blondyn i posłał delikatny uśmiech Mattowi. -Muszę iść,
zaraz dzwonek, narka panowie. -Machną ręką, poprawiając torbę, którą miał przewieszoną
przez ramię, odwrócił się na pięcie - dzięki - szepnął do przyjaciela i ruszył w swoją
stronę.
***
Lekcje na szczęście szybko się skończyły, Jackob jednak zamiast do domu udał się w miejsce,
które odwiedzał przynajmniej dwa razy w tygodniu. Wyszedł ze szkoły i powędrował na stację
metra. Na jego nieszczęście nie jechał nim sam, rozpoznał wśród ludzi grupkę dziewczyn
z tej samej klasy. Stanął tuż przy drzwiach i założył kaptur na głowę, miał nadzieję, że
go nie zauważą. Nie udało mu się, od razu usłyszał głos jednej z nich.
-Jackob. -Przywitała się brunetka i szeroko się uśmiechając położyła mu rękę na ramieniu.
-Gdzie jedziesz? Przecież mieszkasz w drugą stronę. -Dodała druga, wpatrując się w
chłopaka pytającym wzrokiem.
-Skąd wiesz gdzie mieszkam? -Odpowiedział pytaniem na pytanie, ignorując pierwszą część
jej wypowiedzi. Zmarszczył czoło.
-Nie rób tak. -Zaśmiała się i stuknęła go czubkiem palca w czoło. -Jesteśmy w jednej klasie,
to raczej normalne, że wiem gdzie mieszkasz. Poza tym, widzę jak wracasz. -Dodała i
uśmiechnęła się szeroko.
Jackob nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko lekko, modląc się w duchu, aby te już
wysiadły. Nie odsunęły się od niego na metr i zaczęły rozmawiać, na nieinteresujące
go tematy. Przyłożył dłoń do twarzy i westchnął cicho. Chciał jak najszybciej znaleźć
się na zewnątrz.
-Nasza stacja. -Rzuciła jedna z dziewczyn. Spojrzała na Jackoba.
-Ach tak? -Udał zaskoczenie. Dziękował w duchu, że jego pragnienia zostały wysłuchane.
-To pa. -Pomachała na pożegnanie inna.
Jackob odmachał i odetchnął z ulgą, kiedy ich już nie było. Nie był aspołeczny, po prostu
ludzie go męczyli. To nic nie znaczy, prawda? Kilka minut później przyszedł czas, aby
i on wysiadł. Poprawił torbę, przeczesał włosy palcami i wyszedł szybkim krokiem.
Minął zwinnie wszystkich obecnych na peronie i udał się schodami na górę. Przeszedł
kawałek, po czym skręcił w wąską uliczkę. Zatrzymał się przy barze z ogromnym, neonowym
napisem "Men Only". Wślizgnął się do środka i zmierzył w stronę baru, nie przyszedł
tu dla rozrywki, chciał się z kimś spotkać.
-Dzisiaj jesteś szybciej. -Usłyszał siadając na stołku, podniósł wzrok i uniósł kącik
ust widząc wysokiego bruneta.
Will pracował tu, jako barman, dorabiał sobie na studia. Był wysokim, przystojnym,
dwudziestoletnim brunetem, niezbyt chudym, ale jednak wiotkim, o lekko skośnych,
kasztanowych oczach.
-Cześć. -Przywitał się blondyn, postawił łokcie na blacie i oparł brodę o nadgarstki.
Will uśmiechnął się szeroko i uniósł znacząco obie brwi. Postawił przed nim szklankę
z colą. Nigdy nie podawał mu alkoholu, po pierwsze Jackob był nieletni, po drugie
mógł go wpuszczać do baru pod warunkiem, że będzie go pilnować.
Siedzieli chwilę w ciszy, Jackob zajął się swoim napojem, Will obsługiwał klientów.
Po chwili brunet spojrzał na młodszego i zaśmiał się cicho. Podszedł bliżej, oparł się
o blat i pochylił sie nad nim, tak, aby ich twarze znalazły się na tej samej linii.
-Stało się coś? -Uniósł obie brwi, wpatrując się w chłopaka czekając na odpowiedź.
-Dlaczego? -Jackob spojrzał na niego nie wyrażając żadnych emocji.
Will nie odpowiedział.
-Kai ma zamiar wziąć mnie na jakąś imprezę. -Wymamrotał, wyciągnął telefon i pokazał
barmanowi wiadomość od przyjaciela.
-Jego dziewczyna? -Zapytał Will i zmarszczył brwi.
-Nie wiem. Pewnie tak. -Blondyn złapał jego wzrok.
-Masz zamiar tam iść? -Kontynuował serię pytań Will, patrząc na młodszego i delikatnie
się uśmiechając.
-Tak, dlaczego bym nie miał? Nie jestem jakąś panienką, żeby odstawić scenę zazdrości i
płakać w poduszkę. -Zmarszczył czoło, lekko zirytowany pytaniem barmana.
-Ale Ty, no wiesz... on. -Brunet podrapał się po głowie i machnął dłonią.
-Podoba mi się. To jakiś problem? -Syknął. -Przez to nie mogę z nim
nigdzie wychodzić?
-Podoba? Nie jesteś w nim przypadkiem zakochany? -Will spojrzał na niego zaskoczony.
-Wiesz, to już jest dobry powód dla tego, ze nie chcesz poznawać jego dziewczyny.
-Zakochany? Pogięło Cię? -Jackob podniósł głos i zabrał ręce z blatu.
To prawda - nie był w nim zakochany. Przecież był mężczyzną, no dobra Jackobowi podobali
się mężczyźni, ale nie wyobrażał sobie, że mógłby zakochać się w kimś tej samej płci.
Kai mu się podobał, nawet bardzo. Właściwie to dzięki niemu, zaczął być świadomy swojej
orientacji.
-Czasami Cię nie rozumiem. -Mruknął barman i uśmiechnął się ciepło.
-Zamknij się. -Wymamrotał Jackob i odwzajemnij uśmiech.
Will spojrzał na niego znacząco i kiwnął lekko głowa w prawo. Jackob zwrócił wzrok w tamtą
stronę, dorosły mężczyzna w garniturze mu się przyglądał. Blondyn otworzył szerzej oczy i
wrócił wzrokiem do Willa, skrzywił się i spojrzał na niego prosząco. Brunet pochylił się
nad nim i spojrzał na mężczyznę siedzącego, obok, który wciąż przyglądał się młodszemu
z góry do dołu.
-Pan wybaczy, ale ten tutaj należy do mnie, a ja nie lubię się dzielić. -Odezwał się
Will i pogłaskał Jackoba po policzku.
Mężczyzna speszył się, zabrał swojego drinka i odszedł do innego stolika.
-Dzięki. -Odetchnął z ulgą Jackob.
-Jesteś ładniutki, nic dziwnego, że wzbudzasz zainteresowanie. -Will mrugnął do niego
znacząco.
Jackob zalał się rumieńcem i odchrząknął, żeby to ukryć. -Nie jestem gejem. -Mruknął.
-Oczywiście. -Chłopak puścił mu oczko. -Ja też nie, pracuję tu, żeby podziwiać te wszystkie
panienki. -Zaśmiał się Will i wskazał brodą w stronę dwóch chłopaków bez koszulek.
Jackob spojrzał na niego lekko zdezorientowany. -No okej, może jestem, ale to nie powód,
żeby ci wszyscy faceci mnie podrywali. -Dodał i wymierzył palcem w Willa.
-Jak nie chcesz być podrywany, to idź do baru dla lesbijek. -Zaśmiał się starszy i poczochrał
Jackoba po głowie.
Chłopak odsunął jego rękę. -Bardzo śmieszne. -Znowu się zarumienił.
Siedzieli tak i rozmawiali przez około dwie godziny, po czym Jackob pożegnał się, zabrał
torbę i wyszedł z baru.
Schował ręce do kieszeni kurtki, którą miał na sobie i udał się w stronę metra. Miał
przed sobą długą drogę, w końcu bar i jego mieszkanie dzieliło kilka większych dzielnic.
Co nie przeszkadzało mu w tym, aby pokonywać ją kilka razy w tygodniu. Sam nie wiedział
dlaczego. Will mu się podobał? Chyba tak, był przystojny i dobrze się z nim rozmawiało.
Poznali się w innym barze dla gejów, Will go podrywał i nie odstraszała go niedostępność
młodszego. Jackob się upił, więc ten zabrał go do siebie. Między nimi do niczego nie doszło,
Will tłumaczył się tym, że nie lubi wykorzystywać ani pijanych, ani młodszych. Kilka
dni później wpadli na siebie na ulicy i rozmawiali przez pół dnia siedząc na ławce w parku.
Will opowiedział mu o sobie, studiach, pracy i o swoim byłym już chłopaku. Jackob odwdzięczył
się tym samym, opowiadając mu krótko o sobie. Dzieliły ich cztery lata różnicy wieku,
ale mimo to dobrze się dogadywali, może to, dlatego, że Jackob był zbyt dojrzały jak na
swój szesnastoletni wiek, lub to Will nie zachowywał się, jak na studenta przystało.
Brunet dał mu wizytówkę baru,w którym pracował i zachęcił młodszego, aby ten wpadł tam od
czasu do czasu. Blondyn przystał na propozycję i od tego czasu regularnie spotykał się z
chłopakiem, opowiadał mu, co w szkole, kolegów. Powiedział o swoim przyjacielu z
dzieciństwa, Kaiu, w zamian wysłuchiwał o studniach starszego, czy jego partnerach, którzy
zmieniali się, co jakiś czas. Odwiedziny w barze, po szkole stały się jego małym rytuałem.
Nigdy nie przyszło mu na myśl, aby spróbować poznać kogoś w owym barze, wręcz przeciwnie
- za każdym razem, kiedy ktoś okazywał nim zainteresowanie, Will ratował go udając jego
chłopaka.
***
Wysiadł z metra i udał się w kierunku swojego mieszkania. Minął ulice zapełnioną sklepami,
przeszedł przez przejście dla pieszych i zatrzymał się przed kilkupiętrowym budynkiem.
Wyjął ręce z kieszeni, zdjął kaptur i wpisał kod otwierający drzwi. Wszedł do środka,
poczekał na windę i udał się na czwarte piętro. Wyjął kluczę z torby i zniknął za drzwiami
wejściowymi mieszkania. Zdjął buty i wszedł do kuchni. Podszedł do lodówki i zerwał
karteczkę do niej przyczepioną. "Miałam wezwanie na nocny dyżur. Będę późno, na stole masz
pieniądze, zamów sobie coś do jedzenia. Mama" zauważył przy podpisie narysowane, małe serce
więc uśmiechnął się sam do siebie. Podarł kartkę i wyrzucił ją do kosza na śmieci, stojącego
obok. Wyjął z lodówki butelkę wody, zabrał pieniądze leżące na stole w jadalni i powędrował
w kierunku swojego pokoju. Rzucił torbę razem z kurtką na łóżko i rozsiadł się na fotelu
stojącego pod oknem. Wyciągnął z kieszeni telefon, czując wibrację. Wiadomość.
"Od: Głupi barman
Cześć królewiczu. Pewnie nie wiesz, więc Ci powiem - zostawiłeś w barze identyfikator
szkolny. Odbierzesz go następnym razem, czy Ci go przywieźć? Przy okazji, chciałem
podziękować za ogromny napiwek, KTÓREGO NIE ZOSTAWIŁEŚ."
"Kretyn" pomyślał Jackob i zaśmiał się cicho. Zaczął odpisywać.
"Do: Głupi barman.
Nie potrzebuję go teraz. Podjadę po niego, pod koniec weekendu."
Wysłał wiadomość i schował telefon. Wstał, wyjrzał za okno, właściwie bez powodu.
Odgarnął głosy z twarzy i rzucił się na łóżko. Usłyszał wibracje, chwycił telefon i
odczytał wiadomość.
"Od: Głupi barman
Jak sobie życzysz, a już miałem nadzieję, że za mną tęsknisz i zechcesz mnie zobaczyć."
Jackob zaśmiał się głośno. Korzystając z okazji, że trzymał w ręce telefon, zamówił pizzę.
Chwycił laptopa i zajął się oglądaniem jakiś głupich filmików. Zauważył wiadomość
na portalu społecznościowym. Westchnął głośno widząc, od kogo, poprawił włosy, przewrócił
się na brzuch i podłożył sobie poduszkę pod brodę. Napisała do niego dziewczyna z
równoległej klasy.
"Będziesz na imprezie? Kilka dziewczyn mnie o to pytało, więc postanowiłam napisać.
Liczę na to, że będziesz! :D"
Jackob szybko odpisał. "Nie mogę, sorry". Nic więcej, bo nie miał zamiaru się tłumaczyć. Chciał przesiedzieć dzisiejszy dzień w domu, a jutro spotkać się z Kaiem.
Schował twarz w poduszkę i czekał na dostawcę z jedzeniem.
***
2/08/2017
Rozdział V
~Mikito.
Walenie w drzwi. To słyszała od ponad dwudziestu minut. Jeżeli ktoś zaraz nie przestanie,
Miki oszaleje. Leżała na łóżku z twarzą schowaną w poduszce. Ten hałas ją dobijał.
Odwróciła się, tak, że leżała teraz na plecach. Wpatrywała się w jedną z fioletowych ścian.
Zaczęła liczyć do dziesięciu, żeby się trochę uspokoić. Nie pomagało. Doliczyła do trzydziestu.
Wstała gwałtownie i podeszła do drewnianych drzwi. Otworzyła je szeroko, szarpiąc za klamkę
z taką siłą, że musiała zatrzymać się na chwilę, żeby sprawdzić czy jej nie wyrwała.
Jej oczom ukazała się Maya. Dziewczyna wpatrywała się w nią wrogo, ściskając w dłoniach
czarną sukienkę.
-Masz. -Rzuciła ubraniem w Miki. -I otwieraj następnym razem! -Wrzasnęła, odwróciła się
na pięcie i poszła w stronę swojego pokoju. Miki podniosła obie ręce w poddańczym geście.
-To tyle? -Powiedziała starsza, kiedy Maya zniknęła już z pola widzenia. Była widocznie
zdezorientowana. Młodsza dobijała się do niej przez ponad dwadzieścia minut, tylko po to
żeby oddać jej sukienkę? Nie mogła położyć jej pod drzwiami? Coś było nie tak.
Miki nie miała jednak zamiaru martwić się o Mayę i jej problemy. Nie była jej nianią.
Wywróciła oczami i zamknęła drzwi. Spojrzała na odzyskaną przed chwilą sukienkę. Pognieciona
i niepachnąca zbyt ładnie. Nie obchodziło jej, gdzie była w niej siostra, ale zirytowało
ją to, że nie dbała należycie o nie swoje ubrania. "Kiedyś się odpłacę" westchnęła i
podeszła do włączonego laptopa. Zabrała go ze sobą wracając na łóżko. Wyszukała jedną z
ulubionych piosenek, ustawiając dźwięk tak głośno, jak było to możliwe i położyła się
na plecach. Sufit przyciągnął jej uwagę. Nudziła się, to trzeba przyznać. Zamknęła oczy
i wsłuchała się w piosenkę, zaczęła uspokajać oddech.
-Mikito, ścisz to! -Usłyszała krzyk ojca, oczywiście całkowicie go ignorując. Zasnęła.
Obudziły ją lekkie wibracje, jęknęła z niezadowoleniem i sięgnęła po telefon. Spojrzała na
ekran a jej oczom ukazała się wiadomość:
"Od: Simon.
111! Pomocy!"
Tajny szyfr. W dzieciństwie wymyślili ich kilka na wypadek potrzebnej, natychmiastowej
pomocy. Były tam między innymi: "234" - co oznaczało kłótnię z rodzicami i potrzeba pocieszenia,
"888" - problemy w nauce, lub potrzebna pomoc przy pracy domowej, "906" - "Nagła potrzeba
SŁODYCZY!", czy wspomniane "trzy jedynki". "Czyżby przesłuchanie?" Zaśmiała się cicho i szybko
ruszyła na pomoc. Kiedy chłopak odebrał roześmiała się głośno.
-Pomogłam?
-Pomogłaś. - Odpowiedział Simon. Miki niemalże widziała jak ten się uśmiecha.
-To jak już Cię wyrwałam z przesłuchania, to masz szansę mi to wynagrodzić. Za piętnaście
minut w parku. - Zaczęła szybko. Nudziła się, a spotkania z przyjacielem zawsze poprawiały
jej humor. - Nie będę czekać! Ruchy! - Dodała na wypadek, gdyby ten miał się zacząć wykręcać.
-Okej, okej. Nie spóźnię się. - Usłyszała śmiech chłopaka, co sprawiło, że też zaczęła się
uśmiechać. Nic nie odpowiedziała, więc Simon zakończył połączenie. "No to w drogę" pomyślała
nadal się uśmiechając. Wstała z łóżka, ubrała wysokie botki na słupku, schowała telefon do
kieszeni, wyłączyła nocną lampkę stojącą na małym, szklanym stoliku przy łóżku i wyszła
z pokoju. Przemknęła niezauważona długim korytarzem i zniknęła za drzwiami wyjściowymi.
Znalazła się na chodniku, pośpiesznym krokiem ruszyła w stronę parku. Minęła kilka
osiedlowych sklepów, mały bar i klinikę weterynaryjną, nie zatrzymując się spojrzała przez
okno, przeszło jej przez myśl, że chciałaby mieć zwierzątko. Szybko jednak zrezygnowała
z tego niedoszłego pomysłu. Skoro nie umiała zająć się sama sobą i potrzebowała do tego
Simona, to nie podoła zadaniu opiekowania się małym stworzonkiem. Poprawiła kosmyk włosów,
który właśnie zasłonił jej pole widzenia i skręciła w małą uliczkę, służącą za skrót.
Dotarła do parku. Simona jeszcze nie było, wyciągnęła telefon, żeby sprawdzić godzinę.
"No dobra, ma jeszcze sześć minut. Trochę mu odpuszczę" zaśmiała się w duchu. Oparła się
o jedną z drewnianych ławek, skrzyżowała ręce na piersi i wpatrywała się w ogromną bramę,
oddzielającą park od reszty miasta. Zauważyła, że ktoś zmierzał w jej kierunku. Na pewno
nie był to Simon, więc kto? Nieznajomy podszedł bliżej. Miki kojarzyła jego twarz, ale skąd?
Tego nie wiedziała. Czyżby któryś z kochanków na jedną noc? Ktoś ze szkoły? Nie, na pewno nie.
-Cześć. -Chłopak odezwał się, jako pierwszy. Miki uniosła wzrok, był od niej, co najmniej
o dwie głowy wyższy. Przyjrzała mu się: czarne, gęste włosy, opalony, mocno zarysowane,
męskie rysy twarzy. Zielone oczy o tajemniczym spojrzeniu. Domyśliła się, że jest od niej
starszy. Rozsiewał wokół siebie coś przypominającego groźna aurę. Dziewczyna lekko
zadrżała. Bała się go?
Wpatrywała się w niego pytającym wzrokiem, nie odpowiadając. Zielonooki przeczesał włosy
palcami. -Czy my się już kiedyś nie spotkaliśmy? -Uniósł kącik ust i przyjrzał się Miki
z góry do dołu.
Młodsza parsknęła, tłumiąc śmiech. -Jeśli to miał być tekst na podryw, to wybacz, ale nie
poleciałam. -Odwróciła wzrok, poważniejąc. -Nie, raczej się nie znamy.
-Nie zapytałem, czy się znamy, tylko czy się spotkaliśmy. -Odgryzł się.
Dziewczyna spojrzała w górę, aby złapać jego wzrok. -Nie. -Rzuciła, poprawiając kosmyk
włosów, który uparcie zawędrował na jej twarz.
-Na pewno? -Chłopak nie odpuszczał. Uśmiechnął się szeroko, pokazując rząd białych zębów,
widząc zirytowanie na twarzy jasnowłosej.
-Chcesz coś konkretnego, czy po prostu lubisz denerwować ludzi? -Warknęła.
-Czy czegoś chcę? Hm, kto wie? -Droczył się z nią, wciąż pokazując zęby.
-To Ty dogadaj się sam ze sobą i daj znać jak do czegoś dojdziecie. -Odbiła piłeczkę.
-Dobra, chciałem być miły. -Podrapał się po głowie, uśmiech zszedł mu z twarzy. -Znasz Adama?
-Rzucił szybko, oschłym tonem.
-Kogo? -Odpowiedziała pytaniem na pytanie, wciąż patrząc chłopakowi prosto w oczy.
-Nie udawaj, że nie wiesz, o kogo chodzi. Blondyn? Tatuaż na ramieniu? -Spojrzał na nią,
jak patrzy się na małe dziecko, które nie rozumie nic z tego, co przed chwilą usłyszało.
-"V"?
-Nadal nie wiem, o kim mówisz. -Dziewczyna podniosła rękę w majestatycznym geście. -Ale
przypuśćmy, że znam. Co z tego? -Wsadziła ręce w kieszenie od spodni, oparła się tyłkiem
o bok ławki i skrzyżowała nogi.
-Dużo. -Warknął czarnowłosy w odpowiedzi. -Pomożesz mi.
Miki roześmiała się głośno. -Co?
-To co słyszałaś. Głucha jesteś, czy raczej głupia? -Na twarzy chłopaka malowała się ogromna
złość.
Jasnowłosa spojrzała na niego wrogo. -W czym miałabym Ci pomóc? -Prychnęła lekceważąco.
-Gdzie go znajdę? -Stanął prosto przed nią, pochylił się lekko, tak, że ich spojrzenia
znalazły się na tej samej linii.
-Skąd mam to wiedzieć? Wróżką nie jestem. -Miki wyprostowała się, przez co była przez
moment wyższa od chłopaka. Ten powtórzył jej czyn i również wrócił do normalniej postawy.
-Spotykasz się z nim i nie wiesz gdzie się kręci Twój chłoptaś? -Zagwizdał cicho i przeczesał
włosy.
-Nie bądź śmieszny. Nic mnie z nim nie łączy - podniosła głos. -Nie mam pojęcia, gdzie jest.
-Powiedziała odrobinę ciszej.
-Mam gdzieś, co Cię z kim łączy. Chcę wiedzieć gdzie jest Adam. - Spojrzał na nią z góry i
skrzyżował ręce na piersi.
Miki ominęła go zwinnie nie odpowiadając i zrobiła kilka kroków naprzód. Chłopak szybko
obrócił się na pięcie i złapał ją za ramię powyżej łokcia.
-Gdzie jest Adam? -Powtórzył spokojniej.
Stali teraz pod jednym z drzew. Miki oparła się o korę i spoglądała na towarzysza wrogo.
-Po, co go szukasz? -Postanowiła grać na zwłokę.
Chłopak uniósł obie brwi, widocznie zdziwiony.
-To akurat nie Twoja sprawa chica. - Zmarszczył czoło i przysunął się bliżej niebieskookiej.
-Ty nie powiesz mi, ja nie powiem Tobie. -Miki uśmiechnęła się szeroko.
-Spróbujmy inaczej. -Westchnął chłopak, splótł palce obu dłoni i przyłożył dwa palce
wskazujące do ust. Kontynuował po dłuższej chwili - nie negocjujemy. Powiesz mi gdzie
jest ktoś, kogo szukam, a ja dam Ci spokój. - Położył dłoń na korze drzewa, tuż przy
twarzy dziewczyny. -Mów głośno i wyraźnie. -Przysuwał się coraz bliżej, obdarzając
młodszą morderczym wzrokiem.
Miki zadrżała. Jedna dłonią złapała rękę, na wysokości podbrzusza. Chciała się odsunąć,
ale natrafiła na korę drzewa, więc nic jej to nie dało. Nie chciała pokazać, że wzrok
chłopaka na nią wpłynął, więc spojrzała mu prosto w oczy z determinacją.
-Co od niego chcesz? -Powtórzyła wcześniejsze pytanie.
Czarnowłosy odsunął się od niej, połączył ze sobą palce lewej i prawej ręki,
szeroko rozstawiając nadgarstki.
-Powiedzmy w skrócie, że nie dotrzymał obietnicy, a teraz nie odbiera telefonu. To poważna
sprawa, więc chce mu delikatnie uświadomić, że źle postąpił.
Miki kątem oka zauważyła Simona, który stał pod bramą wejściową i wpatrywał się w pustą
przestrzeń.
-Zrobisz mu coś. Na szczęście, nie mam pojęcia gdzie on jest, ani co robi. -Warknęła i
odsunęła się od towarzysza.
Nie odwracając się udała się w stronę przyjaciela. Zapomniała o tym, że była w parku, bo
na niego czekała. Przyłożyła dłoń do czoła i westchnęła głośno. Sprawa z Adamem, nie dawała
jej teraz spokoju, musiała z nim pogadać i dowiedzieć się, czego chciał od niego Hiszpan
i co ona miała z tym wspólnego.
-Cześć. -Przywitała się z przyjacielem i nie czekając na odpowiedź mówiła dalej. -Słuchaj,
Simon. Wiem, że to ja Cię tu ciągnęłam, ale muszę coś załatwić. Wynagrodzę Ci to.
-Stanęła na palcach, pocałowała chłopaka w policzek, spojrzała na niego przepraszająco.
Musiała iść, domyślała się, że chłopak, z którym przed chwilą rozmawiała nie miał przyjacielskich
zamiarów. Obawiała się nie o Adama, a o siebie i przyjaciela. Skoro chłopak wiedział
jak wygląda, mógł ją łatwo rozpoznać, a że jej przyjaciel był z nią prawie dwadzieścia
cztery godziny na dobę, on też mógłby stać się potencjalną ofiarą zastraszenia. Nie chciała
bawić się w jakieś chore gierki, pójdzie do blondyna i wszystko wyjaśni.
-Miki! -Usłyszała, kiedy odeszła w swoją stronę.
-Simon, na prawdę Ci to wynagrodzę, ale muszę iść. -Odwróciła się szybko. Porozmawia z Adamem
i zakończy konflikt z nieznanym chłopakiem, zanim się jeszcze zaczął.
-To ma związek z tym chłopakiem? Wystawiasz mnie, bo masz kolejną randkę? -Odpowiedział.
Miki spojrzała na niego zaskoczona. "Ma z nim związek, ale to nie randka!" Już miała
wykrzyczeć, ale ugryzła się w język.
-Nie! - Odpowiedziała po chwili, była coraz bardziej zirytowana.
-To, o co chodzi? Wytłumacz mi! -Nie odpuszczał brunet.
-Nie teraz! Muszę iść. -Nie miała czasu, zaczynać niepotrzebnej kłótni z Simonem.
-Jak zwykle. Jeśli nie chodzi o kolesia, ani o randkę, to, o co? Zawsze jest coś ważniejszego.
Ta Twoja ważna sprawa - Miki wyczuła sarkazm jego wypowiedzi -nie ucieknie! Co ze mną?
Nawet nie wiesz, jak się ucieszyłem, kiedy tu szedłem! -Zasłonił dłonią usta.
-O, czym Ty do cholery mówisz? Wyskakujesz ze sceną zazdrości? Nie rozumiesz, że mam coś
do załatwienia? Aż tak ciężko to pojąć? - Miki spojrzała na niego morderczym wzrokiem. Dawno
się nie kłócili. Nie chciała, żeby tak to się potoczyło, ale kłótnia z Simonem, była
teraz mało istotna.
-Nie mam czasu na jakieś pieprzone kłótnie. -Machnęła ręką zirytowana, odwróciła się na
pięcie i wyszła z parku. Nie odwróciła się, wiedziała, że jeśli to zrobi i zobaczy twarz
przyjaciela pełną bólu, wywołanego kłótnią, od razu zawróci i nic nie wyjdzie z jej planów.
Szła szybko, więc chwilę później była już pod klubem. Wbiegła po schodach i zniknęła w
środku.
***
Rozejrzała się dookoła. Mało ludzi, muzyka nie grała zbyt głośno. Znalazła go.
Adam siedział przy barze, miał na sobie koszulkę z krótkimi rękawami, więc rozpoznała go
po tatuażu.
-Cóż, za spotkanie. - Specjalnie użyła zwrotu, którym przywitał ją chłopak ostatnim razem.
Położyła mu dłoń na ramieniu. Adam odwrócił się z szerokim uśmiechem na twarzy.
-Mam uwierzyć w przypadek? -Mrugnął znacząco i uniósł jedną brew.
-Powinieneś. -Odpowiedziała tonem bez emocji, zabrała rękę z jego ramienia i usiadła
obok. -Jest sprawa.
-Domyśliłem się, że nie przyszłaś, dlatego, bo się stęskniłaś -jęknął z niezadowoleniem.
-No, mów piękna. -Machną ręką, zachęcając dziewczynę do tego, aby ta zaczęła.
-Masz jakieś problemy. -Wykrztusiła cicho i odchrząknęła.
-Co? - Adam uniósł obie brwi i zmarszczył czoło - martwisz się o mnie? -Uśmiechnął się
jeszcze szerzej, pokazując przedni rząd zębów.
-Nie, nie o to chodzi. -Zaczęła. Oparła łokcie o bar i schowała twarz w dłoniach.
-Kim jest wysoki, czarnowłosy Hiszpan? -Wymamrotała i spojrzała chłopakowi prosto w oczy.
Blondyn wyprostował się, odłożył szklankę, którą cały czas trzymał w prawej dłoni i spojrzał
na dziewczynę obok.
-Zrobił Ci coś? -Zapytał delikatnym, przyciszonym tonem głosu. Przybliżył się do Miki, czekając
na odpowiedź.
-Nie! Zaczął na mnie wrzeszczeć chwilę temu. - Podniosła się. -A może? -Zawahała się.
Chłopak podrapał się po głowie, nabrał głośno powietrza i spojrzał przepraszająco na dziewczynę.
-Co ja mam wspólnego z waszymi sprzeczkami? Dopytywał, gdzie Cię znajdzie. -Dodała, bo
nie usłyszała odpowiedzi.
-Widział nas ostatnio, pewnie myśli, że się spotykamy. -Powiedział cicho. -Co oczywiście,
nie byłoby takie złe.
-Nie żartuj. -Miki uśmiechnęła się lekko.
-To nie jest zwykła sprzeczka. Zapomniałem o czymś ważnym, na czym bardzo mu zależało.
Na moje nieszczęście, Rafael myśli, że zrobiłem to specjalnie. -Westchnął głośno.
-Załatwię to, nic Ci nie zrobi. Chociaż nie wyglądasz na taką, która by się o to obawiała.
Musi chodzić o coś innego, ale nie będę dopytywał. - Oparł twarz o dłoń i patrzył jej
prosto w oczy. -A jeżeli, znowu będzie Ci sprawiał problemy to daj mu to. -Wziął jedna
z serwetek, długopis i zapisał jakiś adres. -Niech przyjdzie tu, tam mieszkam.
Miki przytaknęła i schowała prezent do kieszeni.
-Przepraszam - wymamrotał chłopak i uśmiechnął się smutno.
Dziewczyna szturchnęła go w ramie i zaśmiała się cicho. Wypiła drinka, pożegnała się
z Adamem i wyszła z klubu. "To chyba tyle." Pomyślała i zbiegła po schodach.
***
Wpadła na pomysł, że poszuka Simona. Szybko jednak z tego zrezygnowała, spędziła w klubie
ponad dwie godziny, więc chłopak na pewno wrócił już do domu. "Nawet gdybym go znalazła to
co?" przyłożyła dłoń do twarzy. Pokłócili się. Wprawdzie wiedziała, że Simon nie umie
się gniewać i na pewno rozumie to, dlaczego go opuściła. Zareagował tak emocjonalnie,
bo był zazdrosny. Wiedziała o tym, ale nie mogła nic na to poradzić. Przeprosi go, bo tak
wypada, lub z przyzwyczajenia. Schemat ich kłótni był zawsze taki sam: kłótnia, przepraszanie
się wzajemnie i świat znów był piękny. Przystanęła na chwilę. Rozejrzała się, była niedaleko
domu przyjaciela. "Co ja tu robię?" Zaśmiała się sama z siebie. Nogi same ją tu poniosły.
Nie zamierzała jednak iść dalej, to nic nie da. Napisze do niego później. W domu na pewno
była jego matka, za którą Miki niezbyt przepadała - z wzajemnością. Odwróciła się na pięcie
i krzesła kilka kroków w przód, a może w tył? W końcu się cofała. Nieważne. Postanowiła
wejść do kawiarenki naprzeciwko. Herbata dobrze jej zrobi. Wyciągnęła telefon z
kieszeni i sprawdziła godzinę. Nie było późno, ale na zewnątrz zaczęło się ściemniać.
Zbliżała się jesień. "Simon nie będzie szczęśliwy" zaśmiała się cicho. Zniknęła w
drewnianych drzwiach. Uśmiechnęła się ciepło do kelnerki, która wskazała jej wolny stolik
przy oknie. Miki usiadła na różowym fotelu. Kawiarnia była dość sporych rozmiarów z
dużą ilością okien i luster. Ściany pomalowane na odcień kawy z mlekiem, a na nich
zawieszone ususzone kwiaty. Wystrój ładny, ale nie w typie jasnowłosej. Zamówiła
czarną herbatę, którą szybko otrzymała. Coś przykuło jej uwagę, do środka wszedł znajomy
chłopak. Miki uśmiechnęła się szeroko.
Jackob, ale nie sam. Blondynek zauważył dziewczynę i kiwnął głową na powitanie.
Chłopak, z którym tu przyszedł pochylił się lekko i wskazał na Miki. Jackob coś wymamrotał
i oboje podeszli do stolika dziewczyny.
-Cześć, pamiętasz mnie jeszcze? -Uśmiechnął się nieśmiało.
-Jackob. -Miki potwierdziła, że go pamięta. -Cześć. -Położyła dłonie na stoliku i uśmiechnęła
się ciepło. -A to, kto? -Spojrzała na jego towarzysza.
Przyznała się przed sobą - myślała, że Jackob przyszedł tu z Kaiem. Jednak, kiedy
podeszli bliżej, od razu zauważyła swój błąd.
-To... to Will. -Zalał się rumieńcem.
„Więc to tak." Miki uśmiechnęła się i uścisnęła dłoń Willa, którą ten wyciągnął.
Umiała łatwo przejrzeć Jackoba. Zastanawiała się gdzie ci się poznali. Przyjrzała się Willowi:
Wyższy od blondyna, brunet. Miał bardzo ładne, kasztanowe oczy. Wyglądał na starszego, nie
tylko od Jackoba, od Miki też musiał być starszy. Oszacowała go na około dwadzieścia lat.
Przystojny.
-To, my już pójdziemy. Wiesz do stolika. Sorki, pogadamy przy innej okazji - Jackob
spojrzał na nią znacząco i posłał delikatny uśmiech.
-Pewnie. -Odwzajemniła uśmiech.
-Miło było poznać. -Zaczął Will. -Chociaż nie wiem jak masz na imię. -Zaśmiał się głośno
i opierając się o ramię blondynka, ponownie podał dziewczynie rękę. -Will.
-Mikito. -Uścisnęła dłoń - Miki. -Sprostowała.
Odeszli od jej stolika, a ta dopiła szybko herbatę i wyszła na zewnątrz.
Nie wiedziała, co ze sobą zrobić, więc postanowiła wrócić do domu.
***
Siedziała na łóżku wpatrując się w zdjęcie na ścianie. Zrobili je z Simonem na jednym
ze szkolnych festiwali, chłopak kończył właśnie szkołę. "Wspomnienia" westchnęła. Spojrzała
na ekran telefonu. Druga nad ranem. Podskoczyła przestraszona, kiedy telefon w jej
dłoni zaczął niespodziewanie wibrować. "Połączenie przychodzące: Simon", od razu odebrała.
-Halo?
***
"To chyba tu" pomyślała i zapukała w drzwi. Po tym jak odebrała, zamiast głosu przyjaciela
usłyszała dziewczynę, która od razu podała jej adres, do którego miała się udać i odebrać
Simona, nie mówiąc nic więcej zakończyła połączenie. Miki od razu ruszyła w drogę.
Drzwi otworzyła jej krótkowłosa dziewczyna.
-Miki? -Zapytała, otwierając szerzej i drzwi i oczy.
-Cześć. -Rzuciła jasnowłosa. -Gdzie on jest?
-Śpi na kanapie. -Wskazała ręką kierunek, w którym Miki miała się udać.
Podeszły obie do chłopaka.
-Simon. -Powiedziała cicho Miki i szturchnęła go lekko.
Chłopak jęknął z niezadowoleniem i wymamrotał coś pod nosem.
-Upił się? -Miki spojrzała w kierunku nieznajomej.
-Miał przy sobie pustą butelkę - wskazała na wspomniany przedmiot, stojący na stoliku
obok. -Nie wiem, czy wypił coś jeszcze. -Wzruszyła ramionami.
-No nieźle - syknęła Miki. -Przecież ten idiota śpi pół dnia po jednym piwie, teraz
nie dobudzę go przez tydzień. -Podniosła ręce, po czym szybko je opuściła z zażenowania.
Przyglądała się Simonowi z pożałowaniem. Po czym zdecydowała się zrobić to, co po
chwili zrobiła. Spoliczkowała przyjaciela. -Wstawaj pijaczyno. -Dodała i uśmiechnęła się
lekko.
-Miki? -Wymamrotał na wpół śpiący chłopak.
-Nie. Księżna Katarzyna. -Odpowiedziała sarkastycznie.
-Chyba caryca. -Zaśmiał się cicho Simon.
Miki próbowała zachować się profesjonalnie i stłumić śmiech.
-Nie musisz go budzić, może tu zostać. -Wtrąciła się dziewczyna, stojąca tuż za Miki.
Miki zapomniała o jej obecności. Odwróciła się.
-A Ty to, kim właściwie jesteś? -Mruknęła i skrzyżowała ręce na piersi.
-Jego nową dziewczyną. -Odpowiedziała i uniosła wyżej głowę. -Eva. -Dodała.
-Jego nową, kim? -Miki spojrzała na nią jak na wariatkę.
-Dobrze usłyszałaś. Właściwie, to możesz już iść. Simuś kazał zadzwonić po "Miki", myślałam,
że to jakiś kolega. -W jej głosie można było usłyszeć lekką drwinę. -To męskie imię?
"Simuś?" Pomyślała Miki.
-"Miki" to skrót. -Syknęła i odwróciła się w stronę przyjaciela. -Wstawaj, idziemy do domu.
***
Stała oparta o ścianę i wpatrywała się w śpiącego Simona. Byli w jej pokoju, bo bała się
zaprowadzić go w takim stanie do domu. Christine od razu, zarzuciłaby jej upicie syna.
Dlaczego się upił? No i najważniejsze - dlaczego nie powiedział, że z kimś się spotyka?
O ile, dziewczyna mówiła prawdę. Kilka godzin temu, aż kipiał z zazdrości, a teraz
dowiaduje się od jakieś Evy, że jest w związku?
-Fajnie jest przyglądać się mojej śpiącej twarzy? -Odezwał się cicho Simon, powodując,
że dziewczyna wróciła do rzeczywistości. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się lekko.
-Tak. Przynajmniej, kiedy śpisz, nie jesteś denerwujący. -Pokazała mu język.
-Ja? -Zaśmiał się Simon. -Głowa mi zaraz pęknie. -Jęknął.
-Nie dziwię się. Wiesz, co i ile wypiłeś?
-Nie i nie chcę. -Spojrzał na nią błagalnie, dając do zrozumienia, żeby ta nie kończyła.
-Śpij - mruknęła cicho i uśmiechnęła się delikatnie.
-Nie chcę. Nie teraz. Miki, co do tej nieszczęsnej kłótni w parku...-Nie dokończył, bo
przyjaciółka weszła mu w słowo.
-Pogadamy o tym później. -Rzuciła.
-Teraz. -Wstał i pokonał dystans między nimi, łapiąc dziewczynę za rękę.
-Nie zapędzaj się, gnojku - zaśmiała się krótko. -Jak tak bardzo chcesz rozmawiać, to
zacznij od tego, o czym zapomniałeś wspomnieć ostatnio. -Spojrzała na niego wrogo.
Simon odsunął się kawałek, nie puszczając jednak jej ręki.
-O, czym? -Zapytał szybko i zmarszczył czoło.
-Od, kiedy? -Starała się mu podpowiedzieć, co ma na myśli.
-Od, kiedy, co? -Sprawiał wrażenie, jakby nie, rozumiał języka, w którym Miki do niego mówiła.
-I, co się głupio patrzysz? Od kiedy się spotykacie kretynie! -Spojrzała mu prosto w oczy
i wymusiła na sobie uśmiech.
-Z, kim? - Zakrył dłonią oczy, jakby próbował sobie coś przypomnieć. -Czy ja byłem w Vegas
i o czymś nie pamiętam? -Uniósł kącik ust.
-Z Evą. -Odpowiedziała krótko Miki, nie spuszczając wzroku z przyjaciela.
-SŁUCHAM? -Simon spojrzał na nią jak na wariatkę.
***
(Rozdział nie był sprawdzany, więc jeśli wkradł się gdzieś jakiś chochlik, to przepraszam)
Walenie w drzwi. To słyszała od ponad dwudziestu minut. Jeżeli ktoś zaraz nie przestanie,
Miki oszaleje. Leżała na łóżku z twarzą schowaną w poduszce. Ten hałas ją dobijał.
Odwróciła się, tak, że leżała teraz na plecach. Wpatrywała się w jedną z fioletowych ścian.
Zaczęła liczyć do dziesięciu, żeby się trochę uspokoić. Nie pomagało. Doliczyła do trzydziestu.
Wstała gwałtownie i podeszła do drewnianych drzwi. Otworzyła je szeroko, szarpiąc za klamkę
z taką siłą, że musiała zatrzymać się na chwilę, żeby sprawdzić czy jej nie wyrwała.
Jej oczom ukazała się Maya. Dziewczyna wpatrywała się w nią wrogo, ściskając w dłoniach
czarną sukienkę.
-Masz. -Rzuciła ubraniem w Miki. -I otwieraj następnym razem! -Wrzasnęła, odwróciła się
na pięcie i poszła w stronę swojego pokoju. Miki podniosła obie ręce w poddańczym geście.
-To tyle? -Powiedziała starsza, kiedy Maya zniknęła już z pola widzenia. Była widocznie
zdezorientowana. Młodsza dobijała się do niej przez ponad dwadzieścia minut, tylko po to
żeby oddać jej sukienkę? Nie mogła położyć jej pod drzwiami? Coś było nie tak.
Miki nie miała jednak zamiaru martwić się o Mayę i jej problemy. Nie była jej nianią.
Wywróciła oczami i zamknęła drzwi. Spojrzała na odzyskaną przed chwilą sukienkę. Pognieciona
i niepachnąca zbyt ładnie. Nie obchodziło jej, gdzie była w niej siostra, ale zirytowało
ją to, że nie dbała należycie o nie swoje ubrania. "Kiedyś się odpłacę" westchnęła i
podeszła do włączonego laptopa. Zabrała go ze sobą wracając na łóżko. Wyszukała jedną z
ulubionych piosenek, ustawiając dźwięk tak głośno, jak było to możliwe i położyła się
na plecach. Sufit przyciągnął jej uwagę. Nudziła się, to trzeba przyznać. Zamknęła oczy
i wsłuchała się w piosenkę, zaczęła uspokajać oddech.
-Mikito, ścisz to! -Usłyszała krzyk ojca, oczywiście całkowicie go ignorując. Zasnęła.
Obudziły ją lekkie wibracje, jęknęła z niezadowoleniem i sięgnęła po telefon. Spojrzała na
ekran a jej oczom ukazała się wiadomość:
"Od: Simon.
111! Pomocy!"
Tajny szyfr. W dzieciństwie wymyślili ich kilka na wypadek potrzebnej, natychmiastowej
pomocy. Były tam między innymi: "234" - co oznaczało kłótnię z rodzicami i potrzeba pocieszenia,
"888" - problemy w nauce, lub potrzebna pomoc przy pracy domowej, "906" - "Nagła potrzeba
SŁODYCZY!", czy wspomniane "trzy jedynki". "Czyżby przesłuchanie?" Zaśmiała się cicho i szybko
ruszyła na pomoc. Kiedy chłopak odebrał roześmiała się głośno.
-Pomogłam?
-Pomogłaś. - Odpowiedział Simon. Miki niemalże widziała jak ten się uśmiecha.
-To jak już Cię wyrwałam z przesłuchania, to masz szansę mi to wynagrodzić. Za piętnaście
minut w parku. - Zaczęła szybko. Nudziła się, a spotkania z przyjacielem zawsze poprawiały
jej humor. - Nie będę czekać! Ruchy! - Dodała na wypadek, gdyby ten miał się zacząć wykręcać.
-Okej, okej. Nie spóźnię się. - Usłyszała śmiech chłopaka, co sprawiło, że też zaczęła się
uśmiechać. Nic nie odpowiedziała, więc Simon zakończył połączenie. "No to w drogę" pomyślała
nadal się uśmiechając. Wstała z łóżka, ubrała wysokie botki na słupku, schowała telefon do
kieszeni, wyłączyła nocną lampkę stojącą na małym, szklanym stoliku przy łóżku i wyszła
z pokoju. Przemknęła niezauważona długim korytarzem i zniknęła za drzwiami wyjściowymi.
Znalazła się na chodniku, pośpiesznym krokiem ruszyła w stronę parku. Minęła kilka
osiedlowych sklepów, mały bar i klinikę weterynaryjną, nie zatrzymując się spojrzała przez
okno, przeszło jej przez myśl, że chciałaby mieć zwierzątko. Szybko jednak zrezygnowała
z tego niedoszłego pomysłu. Skoro nie umiała zająć się sama sobą i potrzebowała do tego
Simona, to nie podoła zadaniu opiekowania się małym stworzonkiem. Poprawiła kosmyk włosów,
który właśnie zasłonił jej pole widzenia i skręciła w małą uliczkę, służącą za skrót.
Dotarła do parku. Simona jeszcze nie było, wyciągnęła telefon, żeby sprawdzić godzinę.
"No dobra, ma jeszcze sześć minut. Trochę mu odpuszczę" zaśmiała się w duchu. Oparła się
o jedną z drewnianych ławek, skrzyżowała ręce na piersi i wpatrywała się w ogromną bramę,
oddzielającą park od reszty miasta. Zauważyła, że ktoś zmierzał w jej kierunku. Na pewno
nie był to Simon, więc kto? Nieznajomy podszedł bliżej. Miki kojarzyła jego twarz, ale skąd?
Tego nie wiedziała. Czyżby któryś z kochanków na jedną noc? Ktoś ze szkoły? Nie, na pewno nie.
-Cześć. -Chłopak odezwał się, jako pierwszy. Miki uniosła wzrok, był od niej, co najmniej
o dwie głowy wyższy. Przyjrzała mu się: czarne, gęste włosy, opalony, mocno zarysowane,
męskie rysy twarzy. Zielone oczy o tajemniczym spojrzeniu. Domyśliła się, że jest od niej
starszy. Rozsiewał wokół siebie coś przypominającego groźna aurę. Dziewczyna lekko
zadrżała. Bała się go?
Wpatrywała się w niego pytającym wzrokiem, nie odpowiadając. Zielonooki przeczesał włosy
palcami. -Czy my się już kiedyś nie spotkaliśmy? -Uniósł kącik ust i przyjrzał się Miki
z góry do dołu.
Młodsza parsknęła, tłumiąc śmiech. -Jeśli to miał być tekst na podryw, to wybacz, ale nie
poleciałam. -Odwróciła wzrok, poważniejąc. -Nie, raczej się nie znamy.
-Nie zapytałem, czy się znamy, tylko czy się spotkaliśmy. -Odgryzł się.
Dziewczyna spojrzała w górę, aby złapać jego wzrok. -Nie. -Rzuciła, poprawiając kosmyk
włosów, który uparcie zawędrował na jej twarz.
-Na pewno? -Chłopak nie odpuszczał. Uśmiechnął się szeroko, pokazując rząd białych zębów,
widząc zirytowanie na twarzy jasnowłosej.
-Chcesz coś konkretnego, czy po prostu lubisz denerwować ludzi? -Warknęła.
-Czy czegoś chcę? Hm, kto wie? -Droczył się z nią, wciąż pokazując zęby.
-To Ty dogadaj się sam ze sobą i daj znać jak do czegoś dojdziecie. -Odbiła piłeczkę.
-Dobra, chciałem być miły. -Podrapał się po głowie, uśmiech zszedł mu z twarzy. -Znasz Adama?
-Rzucił szybko, oschłym tonem.
-Kogo? -Odpowiedziała pytaniem na pytanie, wciąż patrząc chłopakowi prosto w oczy.
-Nie udawaj, że nie wiesz, o kogo chodzi. Blondyn? Tatuaż na ramieniu? -Spojrzał na nią,
jak patrzy się na małe dziecko, które nie rozumie nic z tego, co przed chwilą usłyszało.
-"V"?
-Nadal nie wiem, o kim mówisz. -Dziewczyna podniosła rękę w majestatycznym geście. -Ale
przypuśćmy, że znam. Co z tego? -Wsadziła ręce w kieszenie od spodni, oparła się tyłkiem
o bok ławki i skrzyżowała nogi.
-Dużo. -Warknął czarnowłosy w odpowiedzi. -Pomożesz mi.
Miki roześmiała się głośno. -Co?
-To co słyszałaś. Głucha jesteś, czy raczej głupia? -Na twarzy chłopaka malowała się ogromna
złość.
Jasnowłosa spojrzała na niego wrogo. -W czym miałabym Ci pomóc? -Prychnęła lekceważąco.
-Gdzie go znajdę? -Stanął prosto przed nią, pochylił się lekko, tak, że ich spojrzenia
znalazły się na tej samej linii.
-Skąd mam to wiedzieć? Wróżką nie jestem. -Miki wyprostowała się, przez co była przez
moment wyższa od chłopaka. Ten powtórzył jej czyn i również wrócił do normalniej postawy.
-Spotykasz się z nim i nie wiesz gdzie się kręci Twój chłoptaś? -Zagwizdał cicho i przeczesał
włosy.
-Nie bądź śmieszny. Nic mnie z nim nie łączy - podniosła głos. -Nie mam pojęcia, gdzie jest.
-Powiedziała odrobinę ciszej.
-Mam gdzieś, co Cię z kim łączy. Chcę wiedzieć gdzie jest Adam. - Spojrzał na nią z góry i
skrzyżował ręce na piersi.
Miki ominęła go zwinnie nie odpowiadając i zrobiła kilka kroków naprzód. Chłopak szybko
obrócił się na pięcie i złapał ją za ramię powyżej łokcia.
-Gdzie jest Adam? -Powtórzył spokojniej.
Stali teraz pod jednym z drzew. Miki oparła się o korę i spoglądała na towarzysza wrogo.
-Po, co go szukasz? -Postanowiła grać na zwłokę.
Chłopak uniósł obie brwi, widocznie zdziwiony.
-To akurat nie Twoja sprawa chica. - Zmarszczył czoło i przysunął się bliżej niebieskookiej.
-Ty nie powiesz mi, ja nie powiem Tobie. -Miki uśmiechnęła się szeroko.
-Spróbujmy inaczej. -Westchnął chłopak, splótł palce obu dłoni i przyłożył dwa palce
wskazujące do ust. Kontynuował po dłuższej chwili - nie negocjujemy. Powiesz mi gdzie
jest ktoś, kogo szukam, a ja dam Ci spokój. - Położył dłoń na korze drzewa, tuż przy
twarzy dziewczyny. -Mów głośno i wyraźnie. -Przysuwał się coraz bliżej, obdarzając
młodszą morderczym wzrokiem.
Miki zadrżała. Jedna dłonią złapała rękę, na wysokości podbrzusza. Chciała się odsunąć,
ale natrafiła na korę drzewa, więc nic jej to nie dało. Nie chciała pokazać, że wzrok
chłopaka na nią wpłynął, więc spojrzała mu prosto w oczy z determinacją.
-Co od niego chcesz? -Powtórzyła wcześniejsze pytanie.
Czarnowłosy odsunął się od niej, połączył ze sobą palce lewej i prawej ręki,
szeroko rozstawiając nadgarstki.
-Powiedzmy w skrócie, że nie dotrzymał obietnicy, a teraz nie odbiera telefonu. To poważna
sprawa, więc chce mu delikatnie uświadomić, że źle postąpił.
Miki kątem oka zauważyła Simona, który stał pod bramą wejściową i wpatrywał się w pustą
przestrzeń.
-Zrobisz mu coś. Na szczęście, nie mam pojęcia gdzie on jest, ani co robi. -Warknęła i
odsunęła się od towarzysza.
Nie odwracając się udała się w stronę przyjaciela. Zapomniała o tym, że była w parku, bo
na niego czekała. Przyłożyła dłoń do czoła i westchnęła głośno. Sprawa z Adamem, nie dawała
jej teraz spokoju, musiała z nim pogadać i dowiedzieć się, czego chciał od niego Hiszpan
i co ona miała z tym wspólnego.
-Cześć. -Przywitała się z przyjacielem i nie czekając na odpowiedź mówiła dalej. -Słuchaj,
Simon. Wiem, że to ja Cię tu ciągnęłam, ale muszę coś załatwić. Wynagrodzę Ci to.
-Stanęła na palcach, pocałowała chłopaka w policzek, spojrzała na niego przepraszająco.
Musiała iść, domyślała się, że chłopak, z którym przed chwilą rozmawiała nie miał przyjacielskich
zamiarów. Obawiała się nie o Adama, a o siebie i przyjaciela. Skoro chłopak wiedział
jak wygląda, mógł ją łatwo rozpoznać, a że jej przyjaciel był z nią prawie dwadzieścia
cztery godziny na dobę, on też mógłby stać się potencjalną ofiarą zastraszenia. Nie chciała
bawić się w jakieś chore gierki, pójdzie do blondyna i wszystko wyjaśni.
-Miki! -Usłyszała, kiedy odeszła w swoją stronę.
-Simon, na prawdę Ci to wynagrodzę, ale muszę iść. -Odwróciła się szybko. Porozmawia z Adamem
i zakończy konflikt z nieznanym chłopakiem, zanim się jeszcze zaczął.
-To ma związek z tym chłopakiem? Wystawiasz mnie, bo masz kolejną randkę? -Odpowiedział.
Miki spojrzała na niego zaskoczona. "Ma z nim związek, ale to nie randka!" Już miała
wykrzyczeć, ale ugryzła się w język.
-Nie! - Odpowiedziała po chwili, była coraz bardziej zirytowana.
-To, o co chodzi? Wytłumacz mi! -Nie odpuszczał brunet.
-Nie teraz! Muszę iść. -Nie miała czasu, zaczynać niepotrzebnej kłótni z Simonem.
-Jak zwykle. Jeśli nie chodzi o kolesia, ani o randkę, to, o co? Zawsze jest coś ważniejszego.
Ta Twoja ważna sprawa - Miki wyczuła sarkazm jego wypowiedzi -nie ucieknie! Co ze mną?
Nawet nie wiesz, jak się ucieszyłem, kiedy tu szedłem! -Zasłonił dłonią usta.
-O, czym Ty do cholery mówisz? Wyskakujesz ze sceną zazdrości? Nie rozumiesz, że mam coś
do załatwienia? Aż tak ciężko to pojąć? - Miki spojrzała na niego morderczym wzrokiem. Dawno
się nie kłócili. Nie chciała, żeby tak to się potoczyło, ale kłótnia z Simonem, była
teraz mało istotna.
-Nie mam czasu na jakieś pieprzone kłótnie. -Machnęła ręką zirytowana, odwróciła się na
pięcie i wyszła z parku. Nie odwróciła się, wiedziała, że jeśli to zrobi i zobaczy twarz
przyjaciela pełną bólu, wywołanego kłótnią, od razu zawróci i nic nie wyjdzie z jej planów.
Szła szybko, więc chwilę później była już pod klubem. Wbiegła po schodach i zniknęła w
środku.
***
Rozejrzała się dookoła. Mało ludzi, muzyka nie grała zbyt głośno. Znalazła go.
Adam siedział przy barze, miał na sobie koszulkę z krótkimi rękawami, więc rozpoznała go
po tatuażu.
-Cóż, za spotkanie. - Specjalnie użyła zwrotu, którym przywitał ją chłopak ostatnim razem.
Położyła mu dłoń na ramieniu. Adam odwrócił się z szerokim uśmiechem na twarzy.
-Mam uwierzyć w przypadek? -Mrugnął znacząco i uniósł jedną brew.
-Powinieneś. -Odpowiedziała tonem bez emocji, zabrała rękę z jego ramienia i usiadła
obok. -Jest sprawa.
-Domyśliłem się, że nie przyszłaś, dlatego, bo się stęskniłaś -jęknął z niezadowoleniem.
-No, mów piękna. -Machną ręką, zachęcając dziewczynę do tego, aby ta zaczęła.
-Masz jakieś problemy. -Wykrztusiła cicho i odchrząknęła.
-Co? - Adam uniósł obie brwi i zmarszczył czoło - martwisz się o mnie? -Uśmiechnął się
jeszcze szerzej, pokazując przedni rząd zębów.
-Nie, nie o to chodzi. -Zaczęła. Oparła łokcie o bar i schowała twarz w dłoniach.
-Kim jest wysoki, czarnowłosy Hiszpan? -Wymamrotała i spojrzała chłopakowi prosto w oczy.
Blondyn wyprostował się, odłożył szklankę, którą cały czas trzymał w prawej dłoni i spojrzał
na dziewczynę obok.
-Zrobił Ci coś? -Zapytał delikatnym, przyciszonym tonem głosu. Przybliżył się do Miki, czekając
na odpowiedź.
-Nie! Zaczął na mnie wrzeszczeć chwilę temu. - Podniosła się. -A może? -Zawahała się.
Chłopak podrapał się po głowie, nabrał głośno powietrza i spojrzał przepraszająco na dziewczynę.
-Co ja mam wspólnego z waszymi sprzeczkami? Dopytywał, gdzie Cię znajdzie. -Dodała, bo
nie usłyszała odpowiedzi.
-Widział nas ostatnio, pewnie myśli, że się spotykamy. -Powiedział cicho. -Co oczywiście,
nie byłoby takie złe.
-Nie żartuj. -Miki uśmiechnęła się lekko.
-To nie jest zwykła sprzeczka. Zapomniałem o czymś ważnym, na czym bardzo mu zależało.
Na moje nieszczęście, Rafael myśli, że zrobiłem to specjalnie. -Westchnął głośno.
-Załatwię to, nic Ci nie zrobi. Chociaż nie wyglądasz na taką, która by się o to obawiała.
Musi chodzić o coś innego, ale nie będę dopytywał. - Oparł twarz o dłoń i patrzył jej
prosto w oczy. -A jeżeli, znowu będzie Ci sprawiał problemy to daj mu to. -Wziął jedna
z serwetek, długopis i zapisał jakiś adres. -Niech przyjdzie tu, tam mieszkam.
Miki przytaknęła i schowała prezent do kieszeni.
-Przepraszam - wymamrotał chłopak i uśmiechnął się smutno.
Dziewczyna szturchnęła go w ramie i zaśmiała się cicho. Wypiła drinka, pożegnała się
z Adamem i wyszła z klubu. "To chyba tyle." Pomyślała i zbiegła po schodach.
***
Wpadła na pomysł, że poszuka Simona. Szybko jednak z tego zrezygnowała, spędziła w klubie
ponad dwie godziny, więc chłopak na pewno wrócił już do domu. "Nawet gdybym go znalazła to
co?" przyłożyła dłoń do twarzy. Pokłócili się. Wprawdzie wiedziała, że Simon nie umie
się gniewać i na pewno rozumie to, dlaczego go opuściła. Zareagował tak emocjonalnie,
bo był zazdrosny. Wiedziała o tym, ale nie mogła nic na to poradzić. Przeprosi go, bo tak
wypada, lub z przyzwyczajenia. Schemat ich kłótni był zawsze taki sam: kłótnia, przepraszanie
się wzajemnie i świat znów był piękny. Przystanęła na chwilę. Rozejrzała się, była niedaleko
domu przyjaciela. "Co ja tu robię?" Zaśmiała się sama z siebie. Nogi same ją tu poniosły.
Nie zamierzała jednak iść dalej, to nic nie da. Napisze do niego później. W domu na pewno
była jego matka, za którą Miki niezbyt przepadała - z wzajemnością. Odwróciła się na pięcie
i krzesła kilka kroków w przód, a może w tył? W końcu się cofała. Nieważne. Postanowiła
wejść do kawiarenki naprzeciwko. Herbata dobrze jej zrobi. Wyciągnęła telefon z
kieszeni i sprawdziła godzinę. Nie było późno, ale na zewnątrz zaczęło się ściemniać.
Zbliżała się jesień. "Simon nie będzie szczęśliwy" zaśmiała się cicho. Zniknęła w
drewnianych drzwiach. Uśmiechnęła się ciepło do kelnerki, która wskazała jej wolny stolik
przy oknie. Miki usiadła na różowym fotelu. Kawiarnia była dość sporych rozmiarów z
dużą ilością okien i luster. Ściany pomalowane na odcień kawy z mlekiem, a na nich
zawieszone ususzone kwiaty. Wystrój ładny, ale nie w typie jasnowłosej. Zamówiła
czarną herbatę, którą szybko otrzymała. Coś przykuło jej uwagę, do środka wszedł znajomy
chłopak. Miki uśmiechnęła się szeroko.
Jackob, ale nie sam. Blondynek zauważył dziewczynę i kiwnął głową na powitanie.
Chłopak, z którym tu przyszedł pochylił się lekko i wskazał na Miki. Jackob coś wymamrotał
i oboje podeszli do stolika dziewczyny.
-Cześć, pamiętasz mnie jeszcze? -Uśmiechnął się nieśmiało.
-Jackob. -Miki potwierdziła, że go pamięta. -Cześć. -Położyła dłonie na stoliku i uśmiechnęła
się ciepło. -A to, kto? -Spojrzała na jego towarzysza.
Przyznała się przed sobą - myślała, że Jackob przyszedł tu z Kaiem. Jednak, kiedy
podeszli bliżej, od razu zauważyła swój błąd.
-To... to Will. -Zalał się rumieńcem.
„Więc to tak." Miki uśmiechnęła się i uścisnęła dłoń Willa, którą ten wyciągnął.
Umiała łatwo przejrzeć Jackoba. Zastanawiała się gdzie ci się poznali. Przyjrzała się Willowi:
Wyższy od blondyna, brunet. Miał bardzo ładne, kasztanowe oczy. Wyglądał na starszego, nie
tylko od Jackoba, od Miki też musiał być starszy. Oszacowała go na około dwadzieścia lat.
Przystojny.
-To, my już pójdziemy. Wiesz do stolika. Sorki, pogadamy przy innej okazji - Jackob
spojrzał na nią znacząco i posłał delikatny uśmiech.
-Pewnie. -Odwzajemniła uśmiech.
-Miło było poznać. -Zaczął Will. -Chociaż nie wiem jak masz na imię. -Zaśmiał się głośno
i opierając się o ramię blondynka, ponownie podał dziewczynie rękę. -Will.
-Mikito. -Uścisnęła dłoń - Miki. -Sprostowała.
Odeszli od jej stolika, a ta dopiła szybko herbatę i wyszła na zewnątrz.
Nie wiedziała, co ze sobą zrobić, więc postanowiła wrócić do domu.
***
Siedziała na łóżku wpatrując się w zdjęcie na ścianie. Zrobili je z Simonem na jednym
ze szkolnych festiwali, chłopak kończył właśnie szkołę. "Wspomnienia" westchnęła. Spojrzała
na ekran telefonu. Druga nad ranem. Podskoczyła przestraszona, kiedy telefon w jej
dłoni zaczął niespodziewanie wibrować. "Połączenie przychodzące: Simon", od razu odebrała.
-Halo?
***
"To chyba tu" pomyślała i zapukała w drzwi. Po tym jak odebrała, zamiast głosu przyjaciela
usłyszała dziewczynę, która od razu podała jej adres, do którego miała się udać i odebrać
Simona, nie mówiąc nic więcej zakończyła połączenie. Miki od razu ruszyła w drogę.
Drzwi otworzyła jej krótkowłosa dziewczyna.
-Miki? -Zapytała, otwierając szerzej i drzwi i oczy.
-Cześć. -Rzuciła jasnowłosa. -Gdzie on jest?
-Śpi na kanapie. -Wskazała ręką kierunek, w którym Miki miała się udać.
Podeszły obie do chłopaka.
-Simon. -Powiedziała cicho Miki i szturchnęła go lekko.
Chłopak jęknął z niezadowoleniem i wymamrotał coś pod nosem.
-Upił się? -Miki spojrzała w kierunku nieznajomej.
-Miał przy sobie pustą butelkę - wskazała na wspomniany przedmiot, stojący na stoliku
obok. -Nie wiem, czy wypił coś jeszcze. -Wzruszyła ramionami.
-No nieźle - syknęła Miki. -Przecież ten idiota śpi pół dnia po jednym piwie, teraz
nie dobudzę go przez tydzień. -Podniosła ręce, po czym szybko je opuściła z zażenowania.
Przyglądała się Simonowi z pożałowaniem. Po czym zdecydowała się zrobić to, co po
chwili zrobiła. Spoliczkowała przyjaciela. -Wstawaj pijaczyno. -Dodała i uśmiechnęła się
lekko.
-Miki? -Wymamrotał na wpół śpiący chłopak.
-Nie. Księżna Katarzyna. -Odpowiedziała sarkastycznie.
-Chyba caryca. -Zaśmiał się cicho Simon.
Miki próbowała zachować się profesjonalnie i stłumić śmiech.
-Nie musisz go budzić, może tu zostać. -Wtrąciła się dziewczyna, stojąca tuż za Miki.
Miki zapomniała o jej obecności. Odwróciła się.
-A Ty to, kim właściwie jesteś? -Mruknęła i skrzyżowała ręce na piersi.
-Jego nową dziewczyną. -Odpowiedziała i uniosła wyżej głowę. -Eva. -Dodała.
-Jego nową, kim? -Miki spojrzała na nią jak na wariatkę.
-Dobrze usłyszałaś. Właściwie, to możesz już iść. Simuś kazał zadzwonić po "Miki", myślałam,
że to jakiś kolega. -W jej głosie można było usłyszeć lekką drwinę. -To męskie imię?
"Simuś?" Pomyślała Miki.
-"Miki" to skrót. -Syknęła i odwróciła się w stronę przyjaciela. -Wstawaj, idziemy do domu.
***
Stała oparta o ścianę i wpatrywała się w śpiącego Simona. Byli w jej pokoju, bo bała się
zaprowadzić go w takim stanie do domu. Christine od razu, zarzuciłaby jej upicie syna.
Dlaczego się upił? No i najważniejsze - dlaczego nie powiedział, że z kimś się spotyka?
O ile, dziewczyna mówiła prawdę. Kilka godzin temu, aż kipiał z zazdrości, a teraz
dowiaduje się od jakieś Evy, że jest w związku?
-Fajnie jest przyglądać się mojej śpiącej twarzy? -Odezwał się cicho Simon, powodując,
że dziewczyna wróciła do rzeczywistości. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się lekko.
-Tak. Przynajmniej, kiedy śpisz, nie jesteś denerwujący. -Pokazała mu język.
-Ja? -Zaśmiał się Simon. -Głowa mi zaraz pęknie. -Jęknął.
-Nie dziwię się. Wiesz, co i ile wypiłeś?
-Nie i nie chcę. -Spojrzał na nią błagalnie, dając do zrozumienia, żeby ta nie kończyła.
-Śpij - mruknęła cicho i uśmiechnęła się delikatnie.
-Nie chcę. Nie teraz. Miki, co do tej nieszczęsnej kłótni w parku...-Nie dokończył, bo
przyjaciółka weszła mu w słowo.
-Pogadamy o tym później. -Rzuciła.
-Teraz. -Wstał i pokonał dystans między nimi, łapiąc dziewczynę za rękę.
-Nie zapędzaj się, gnojku - zaśmiała się krótko. -Jak tak bardzo chcesz rozmawiać, to
zacznij od tego, o czym zapomniałeś wspomnieć ostatnio. -Spojrzała na niego wrogo.
Simon odsunął się kawałek, nie puszczając jednak jej ręki.
-O, czym? -Zapytał szybko i zmarszczył czoło.
-Od, kiedy? -Starała się mu podpowiedzieć, co ma na myśli.
-Od, kiedy, co? -Sprawiał wrażenie, jakby nie, rozumiał języka, w którym Miki do niego mówiła.
-I, co się głupio patrzysz? Od kiedy się spotykacie kretynie! -Spojrzała mu prosto w oczy
i wymusiła na sobie uśmiech.
-Z, kim? - Zakrył dłonią oczy, jakby próbował sobie coś przypomnieć. -Czy ja byłem w Vegas
i o czymś nie pamiętam? -Uniósł kącik ust.
-Z Evą. -Odpowiedziała krótko Miki, nie spuszczając wzroku z przyjaciela.
-SŁUCHAM? -Simon spojrzał na nią jak na wariatkę.
***
(Rozdział nie był sprawdzany, więc jeśli wkradł się gdzieś jakiś chochlik, to przepraszam)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)