~Jackob.
-Nie ma mowy. -Stwierdził Jackob i wrócił wzrokiem do Willa.
Chłopak stał za ladą baru, naprzeciwko niego, opierając się całym swoim ciężarem na łokciach.
-Czemu nie? -Mruknął z niezadowoleniem brunet.
-Bo nie. -Jackob podniósł głos. Speszył się i dodał ciszej. -Nie jest w moim typie.
-A, kto jest? -Uśmiechnął się Will i pochylił nad młodszym.
Jackob nie odpowiedział. Odwrócił wzrok i zaczął bawić się słomką, którą dostał w zestawie
do swojej coli.
-Kai? -Szepnął Will i zmarszczył brwi.
Jackob drgnął i spojrzał na niego wrogo. -Nie. -Syknął.
-W takim razie porozmawiaj z nim. -Kiwnął głową i wskazał palcem blondyna stojącego
przy, oklejonych plakatami, drzwiach wejściowych.
-Nie. Przecież to facet. -Skrzywił się Jackob.
Ponad dwie godziny wcześniej przyszedł do "Men Only" i od razu usadowił się przy barze.
Rozmawiali z Willem o mało istotnych tematach, kiedy nagle chłopak zaproponował, żeby
Jackob spróbował się z kimś zaprzyjaźnić. Miał oczywiście na myśli tego rodzaju przyjaźń.
Wskazał barczystego bruneta, pijącego drinka przy jednym ze stolików. Kiedy Jackob odrzucił jego
propozycję, pokazał mu jakiegoś szatyna w rozpiętej czarnej koszuli i podartych dżinsach,
wijącego się na parkiecie. On również nie został mile odebrany przez Jackoba.
W końcu padło na blondyna w okularach, który wchodził właśnie do baru. Will zauważył go
pierwszy i szturchnął młodszego w ramię, aby ten się odwrócił. Jackob musiał przyznać,
że chłopak był przystojny, bardzo. Gdyby był Willem podszedłby do niego i powiedział jeden
z tych zabawnych tekstów na podryw, ale niestety był sobą. Nieśmiałym, zwyczajnym, chuderlawym
licealistą. Nie mógł tak po prostu wstać i zacząć podrywać kogoś z "wyższej ligi".
-Jeśli nie interesują Cię faceci, to umów się z dziewczyną. -Odpowiedział Will.
-Nie znoszę dziewczyn. -Mruknął blondyn i opadł czołem na blat baru.
-To będziesz musiał je polubić, bo zamieniasz się w jedną z nich. -Will wywrócił oczami i podszedł
do mężczyzny, który najwidoczniej chciał zamówić drinka.
"Zabawne" pomyślał Jackob i podniósł gwałtownie głowę. Wyciągnął z kieszeni spodni telefon i zaczął
wpatrywać się w ekran. Chciał pograć w jakąś grę i poczekać, aż jego przyjaciel skończy
obsługiwać klientów. Jackob domyślił się, że nie potrwa krótko. Był piątek wieczór,
więc ruch w barze był duży. W czasie, kiedy jeden mężczyzna wychodził, do środka wchodziło
co najmniej dwóch na jego miejsce. Większość kierowała się od razu w stronę baru. Niektórzy w celu kupienia
jakiegoś alkoholu, ale znajdywali się też tacy, którzy chcieli po prostu porozmawiać
- lub jak uważał Jackob - zacząć podrywać, przystojnego barmana. Poczuł wibrację.
Na ekranie telefonu pojawił się komunikat "nowa wiadomość". Jackob od razu ją wyświetlił.
"Od: Amber
Hej JB! Pożyczysz mi notatki z matmy? Jestem teraz w pobliżu Twojego domu. Odpisz!
xoxo."
"Xoxo?" Jackob zmarszczył czoło. Nie rozumiał, po co dziewczyna dopisała owe pozdrowienia
pod koniec wiadomości. Przecież nie był żadną z jej przyjaciółek. "Dlatego właśnie nie
lubię dziewczyn" pomyślał i przeczesał palcami włosy. Zatknął kosmyk dłuższej grzywki
za ucho i zabrał się za odpisywanie.
"Do: Amber
Ok. Będę w domu za pół godziny. Możemy spotkać się na stacji metra."
Zastanawiał się przez chwilę, czy nie dopisać na końcu "xoxo", ale szybko skarcił się w myślach,
za ten pomysł. Wstał, założył kurtkę, która wisiała na oparciu jego krzesła, przewiesił przez ramie torbę
i udał się w stronę wyjścia.
-Wychodzisz? -Usłyszał zza pleców znajomy głos.
-Musze iść. -Odpowiedział nie odwracając się.
-Szkoda. -Mruknął w odpowiedzi chłopak i poczochrał Jackoba po włosach.
-Mhm. -Wymamrotał licealista, odwrócił głowę do tyłu i wykrzywił kąciki ust w niezdarny uśmiech.
Will stał za nim, z tacą pełną pustych szklanek w jednej ręce. Przyglądał się Jackobowi z zadziornym
uśmiechem na twarzy.
-To leć. - Mrugnął do niego znacząco i klepnął go w tyłek wolą dłonią.
Jackob wciągnął z sykiem powietrze. Ścisnął usta w wąską linię i uderzył pięścią w pierś Willa.
Chłopak odszedł śmiejąc się pod nosem, zbierając po drodze puste szklanki ze stolików.
Zawsze taki był. Traktował Jackoba jak dziecko, dokuczał mu i prowokował. Przez rok nic się nie
zmieniło, ani Will, ani bar, w którym pracował. Jasnoniebieskie ściany z wiszącymi na nich
neonoami. Kilka stolików w rogu pomieszczenia, dwie skórzane kanapy. Duży parkiet przy
stanowisku Dj'a i najbardziej wyeksponowany bar. Duża kamienna lada, półki z butelkami
alkoholu. Wszystko oświetlone niebieskozielonymi światłami. Jackob poprawił kurtkę i wyszedł
na zewnątrz.
***
Podróże metrem nie należały do jego ulubionych. Tłum ludzi, dziwnych ludzi, ale czego innego
można się spodziewać po Amerykańskich środkach komunikacji miejskiej. Chichoczące dziewczyny
w krótkich spódniczkach, nie zważając na porę roku. Kilka staruszek z torbami zapełnionymi
domowymi zakupami. Chłopak w podartej dżinsowej kurtce z czapką naciągniętą na oczy, grający
na gitarze. Mężczyzna w garniturze głośno rozmawiający przez telefon. Kobieta z dwójką płaczących
dzieci i Jackob oparty o drzwi z słuchawkami w uszach. Wpatrywał się w widok zza okna,
przeklinając w duchu wszystkich ludzi, którzy ocierali się o niego ramionami. Kiedy
metro przystanęło na jego stacji, niemal wyskoczył na zewnątrz i zaczął wypatrywać w tłumie
Amber. Zauważył ją przy bramkach wejściowych. Machała do niego energicznie z szerokim uśmiechem
na twarzy. Miała rumieńce na policzkach. Ubrana w różowy płaszcz sięgający bioder, przepasany
materiałowym paskiem w talii. Brązowe kozaki na niskich koturnach idealnie komponowały się
z jasnymi, dopasowanymi dżinsami. Czarne włosy, sięgające ramion z kosmykami zetkniętymi
za uszami powiewały na wietrze opadając na twarz dziewczyny.
-Zeszyt od matematyki mam w pokoju, więc musimy iść do mnie. -Oznajmił bez wstępów Jackob,
kiedy znalazł się obok niej.
-Nie ma problemu. -Zaśmiała się dziewczyna i położyła w koleżeńskim geście dłoń na ramieniu
blondyna.
Ruszyli w stronę schodów. Jackob szedł z rękami schowanymi w tylnych kieszeniach spodni,
Amber prawie biegła za nim, stukając głośno obcasami.
-Zwolnij trochę. -Wysapała łapiąc go za pasek spodni. -Mam krótsze nogi, nie dam rady tak szybko
iść. -Zaśmiała się, zerkając w dół na swoje stopy.
-Wybacz. -Jackob uśmiechnął się i zaczął iść wolniej, oglądając się przez ramię, sprawdzając
czy dziewczyna dorównuje mu tempa.
Dotarli na miejsce, stanęli przed drzwiami wejściowymi, prowadzącymi na klatkę schodową.
Jackob wystukał kod na domofonie wiszącym na ścianie i machnął ręką do Amber, dając jej
do zrozumienia, aby ta szła przodem. Wjechali windą na odpowiednie piętro.
Chłopak zaczął szukać kluczy w torbie.
-Czarna dziura, co? -Powiedziała Amber pochylając się przy ramieniu Jackoba.
-Co? -Spojrzał na nią pytającym wzrokiem.
-Torba. -Wskazała palcem. -Czarna dziura. Ciężko coś w niej znaleźć.
-O to Ci chodzi. -Mruknął Jackob i uniósł kącik ust.
-Mówią, że tylko dziewczyny maja takie problemy. -Zaśmiała się i klasnęła w dłonie, kiedy
chłopka pomachał jej kluczami przed nosem.
-Mam. -Powiedział z dumą. -Sezamie otwórz się. -Dodał i otworzył szeroko drzwi.
Dziewczyna wślizgnęła się do środka, oboje zdjęli buty.
-Możesz poczekać na mnie w kuchni. Zaraz przyjdę.
-Którędy do kuchni? -Obróciła się na pięcie wokół własnej osi i rozłożyła ręce. Ten gest
wyraźnie oznaczał "nie wiem, gdzie mam iść".
-Prosto i pierwsze drzwi po prawej. -Krzyknął Jackob i zniknął w ciemnym korytarzu.
Wszedł do swojego pokoju, zapalił światło i rzucił torbę na łóżko. Kucnął przy szafce stojącej
przy biurku i zaczął szukać zeszytu od matematyki. Znalazł go za stosem zapisanych i zgniecionych
w kulki kartek papieru. Uśmiechnął się zadowolony z udanych poszukiwań i udał się w stronę kuchni.
-Nie, przyszłam tylko po notatki. -Usłyszał zza drzwi głos Amber.
Wszedł do środka, jego oczom ukazała się dziewczyna siedząca na jednym z krzeseł, a obok
niej stojąca kobieta ubrana w czarną spódnicę sięgającą kolan i beżową bluzkę bez rękawów.
-Nie miałaś być do późna w szpitalu? -Zapytał patrząc jej w oczy.
-Liczyłam na cieplejsze powitanie. -Zaśmiała się i złapała kubek stojący na szafce kuchennej.
-Cześć mamo. -Uśmiechnął się od niechcenia i spojrzał na Amber. -Trzymaj. -Wyciągnął rękę
przez jej ramię i położył zeszyt na stole.
-Dzięki. -Czarnowłosa uniosła głowę i puściła chłopakowi oczko.
Usłyszał stłumiony chichot matki. Kobieta upiła łyk płynu z kubka, złapała teczkę z dokumentami
leżącymi za nią i wyszła z kuchni.
-Będę w gabinecie, gdybyś mnie szukał. -Krzyknęła.
Jackob usiadł na jednym z krzeseł.
-Pytała Cię o coś? -Szturchnął Amber w ramię.
-Pomijając to, czy jestem Twoją dziewczyną, to nie, o nic nie pytała. -Zaśmiała się i odwdzięczyła
Jackobowi uderzeniem pięścią w jego bok.
-Znowu? -Westchnął i potarł dłonią czoło.
-Pyta o to za każdym razem, kiedy przychodzę. Można się przyzwyczaić. -Dziewczyna postawiła
łokieć na stole i oparła brodę na dłoni.
-Wybacz, wiesz, za te przesłuchania. -Odpowiedział nie patrząc w jej stronę.
-Masz zamiar im powiedzieć? -Ściszyła głos i pochyliła się bliżej chłopaka.
-Powiedzieć, o czym? -Odsunął dłoń od twarzy i spojrzał na nią, marszcząc brwi.
Dziewczyna westchnęła teatralnie.
-Wiesz, o czym mówię. -Wywróciła oczami. -Że jesteś... że wolisz... -Znowu westchnęła.
Wpatrywała się w chłopaka matczynym spojrzeniem.
-Kim jestem? Żółwiem ninja? -Zaśmiał się i odwrócił wzrok, który zdradzał, że śmiech nie był
szczery.
-Że wolisz chłopców. -Wyszeptała.
Jackob podskoczył na krześle.
-Co...
-Proszę Cię! Nie mów mi, że zamierzasz udawać, że coś mi się przyśniło. -Machnęła gwałtownie
ręką. -Jak zawsze masz w zwyczaju. -Dodała widząc, że chłopak ma zamiar coś powiedzieć.
Jackob otworzył usta, ale zaraz je zamknął. Milczał przez chwilę, wpatrując się w nastolatkę.
Przyłożył dłoń do ust i przygryzł paznokieć palca wskazującego.
-Skąd? Skąd wiesz? -Wyszeptał. Nic więcej nie zdołał powiedzieć, bo miał ściśnięte gardło.
Zaschło mu w ustach, w głowie odbijały się echem słowa Amber.
-Jackob. -Położyła mu dłoń na ramieniu. -Ej, nie denerwuj się. -Złapała go za dłoń i odsunęła
ją od jego ust. -Dziewczyny wiedzą takie rzeczy, przynajmniej ja. -Uśmiechnęła się ciepło.
-Nie mam nic przeciwko. Wręcz przeciwnie, uważam, że to słodkie.
-Co?! -Jackob otworzył szerzej oczy. Poczuł, że jego policzki zaczynają płonąć. Gdyby ktoś
postanowił usmażyć jajecznicę, mógłby robić za patelnię.
Amber się zaśmiała.
-W szkole nie krążą żadne plotki, jeśli tego się obawiasz. -Jej głos był niezwykle kojący.
Jackob odetchnął z ulgą. Uspokoiło go to, co powiedziała dziewczyna, ale jeśli ona się
domyśliła, to inni też prędzej, czy później to zrobią.
Spojrzał na nią i uśmiechnął się niezdarnie.
-Masz chłopaka? -Powiedziała z rozbawieniem i ogromnym uśmiechem na ustach. Jej oczy świeciły
z podekscytowania.
-Przestań. -Jackob skarcił ją wzrokiem.
-Oj, no nie wstydź się! -Krzyknęła.
-Ciszej wariatko. -Rzucił blondyn i uderzył czubkiem palca w czoło zielonookiej.
Amber napuściła powietrza w policzki i zacisnęła usta w wąską linię.
- Oddam Ci. -Zagroziła i połaskotała chłopaka po szyi.
-Chyba dobrze się bawicie. -Usłyszeli donośny, zachrypnięty męski głos.
Oboje podskoczyli i odwrócili gwałtownie głowy w stronę drzwi. Zobaczyli jasnowłosego, ubranego
w garnitur mężczyznę w średnim wieku, opierającego się o framugę.
-Cześć tato. -Powiedział Jackob, unikając rozbawionego wzroku ojca.
-Dzień dobry. -Stłumiła śmiech Amber.
-Cześć dzieciaki. -Mężczyzna podszedł i poczochrał syna po włosach.
-Już jesteś kochanie? -Do kuchni weszła matka Jackoba, która musiała się przebrać, bo miała
na sobie zwyczaje dżinsy, fioletową koszulkę z wyeksponowanym dekoltem i włosy związane w
coś na wzór koka opadającego na kark. Podeszła do męża i musnęła wargami jego usta.
Jackob i Amber wymienili spojrzenia i niemal równocześnie wstali.
-My już pójdziemy. -Odchrząknął blondyn, złapał Amber za ramię i popchnął przed siebie.
-Do widzenia. -Dziewczyna ukłoniła się uprzejmie i zakryła dłonią usta, ukrywając uśmiech.
-Nie wróć późno. -Krzyknęła za nimi blond włosa kobieta i oparła głowę o ramię męża.
***
-Masz czadowych rodziców. -Zaśmiała się Amber.
-Zawsze jesteś taka wesoła? -Mruknął Jackob. -Nic, tylko się śmiejesz.
-Zawsze. -Odpowiedziała z dumą w głosie i uniosła głowę. Jackob był od niej tylko o kilka centymetrów
wyższy, ale kiedy chciała spojrzeć mu w oczy, musiała podnosić wzrok.
-Irytujące. -Blondyn wywrócił oczami i ruszył naprzód.
Dziewczyna podbiegła i zrównała ich tempo.
-Musisz się przyzwyczaić.
-Muszę?
-Musisz, bo od teraz się ode mnie nie odpędzisz. -Klepnęła go w ramię.
-A Ty?
-Co ja? -Spojrzał na nią pytającym wzrokiem.
-Umiesz się śmiać? -Uniosła brwi.
-Umiem. -Powiedział stanowczym tonem.
-Trudno w to uwierzyć, bo zawsze narzekasz i masz ponurą minę. -Wycelowała palcem w pierś
chłopaka.
-Nie prawda. Jestem całkiem charyzmatyczny. -Machnął teatralnie ręka i odsunął palec dziewczyny.
-Charyzmatyczny? No prószę Cię, nikt już tak nie mówi. -Amber wywróciła oczami.
-To opowiedz mi jakiś żart.
-Co? -Jackob zmarszczył czoło.
-Żart, dowcip, kawał. -Zaczęła wyliczać na palcach.
-Masz zamiar wymienić mi wszystkie synonimy? -Spojrzał na nią z góry i uniósł kącik ust.
-Jeśli będzie taka potrzeba. -Zaśmiała się Amber.
Oboje usłyszeli dźwięk oznaczający wiadomość. Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni telefon.
Wystukała coś długimi paznokciami na ekranie i wróciła wzrokiem do Jackoba.
-Narka. Dzięki z to. -Pomachała mu zeszytem przed oczami. Wyprzedziła go i zniknęła w jednej
z bocznych uliczek.
Został sam na środku chodnika. Rozejrzał się. Ulice zapełnione sklepami i blokami mieszkalnymi,
ani jednego domku rodzinnego. Drzewa zasadzone w równej linii, obdzielające chodnik od ruchliwej
ulicy. Wyciągnął telefon z kieszeni i zaczął wystukiwać na klawiaturze treść wiadomości.
"Do: Głupi barman
O której kończysz?"
Na odpowiedź nie musiał długo czekać.
"Od: Głupi barman
Tęsknisz?"
Jackob spojrzał wściekle na ekran, cmoknął z niezadowoleniem. Nie odpisał. Wibracja.
"Od: Głupi barman
Żartuję paskudo. Kończę o dwudziestej."
Jackob spojrzał na godzinę wyświetlająca się na ekranie. Dziewiętnasta czterdzieści.
Przeczesał palcami włosy. Schował telefon do kieszeni i ruszył w stronę stacji metra.
***
Dotarł do "Men Only" pół godziny później.
"Will na pewno już skończył." Pomyślał i wszedł do środka. W oczy od razu rzucił mu się
brunet stojący przy barze. Nie miał na sobie ciuchów roboczych, tylko brązowe spodnie, czarną
lekko obcisłą koszulkę i zarzuconą na ramiona dresową, szarą bluzę. Jackob miał rację, Will
skończył pracę. Kiedy nastolatek przyjrzał mu się uważniej, zauważył, że chłopak nie stał sam.
Rozmawiał z kimś, kto stał blisko niego. Bardzo, bardzo blisko. Jackob zamarł. Mężczyzna
rozmawiający z Willem, był od niego o głowę wyższy. Czarnowłosy, ubrany w elegancki, dopasowany
garnitur. Musiał być starszy, Jackob oszacował go na około trzydzieści lat. Jasnowłosy
zrobił krok do przodu, chciał podejść bliżej, ale szybko się zatrzymał. Mężczyzna ujął
Willa pod brodę, uniósł jego twarz i... pocałował namiętnie. Jackob z zaskoczenia otworzył
usta. Przyglądał się tej scenie jakby przez mgłę. Will objął ramieniem szyje mężczyzny.
"Co?" Przeszło przez myśl Jackoba. Przypomniał sobie, jak na ich pierwszym spotkaniu Will
opowiedział mu o swoim - byłym już - chłopaku. Był biznesmenem, zdradzającym żonę. Kolejny
mężczyzna w życiu Willa, był właścicielem salonu fryzjerskiego. "Lubi starszych?" Jackob
odwrócił wzrok i skupił się na swoich myślach. "Elegancik jest wyższy i starszy, więc w ich
związku to Will jest tym, który...Nie!" Pokręcił głową, odpędzając od siebie dziwne myśli.
Nie mógł się wtrącać w prywatne życie przyjaciela. "Czy on zawsze jest...?" Ponownie spojrzał
na Willa, który stał teraz sam. "Nie, przecież tutaj podrywa zawsze typy uroczych chłopców.
Więc może odgrywać obie role?" Przyłożył rękę do czoła. Zaschło mu w ustach. W gardle czuł
gulę, ciężka, wielkości kuli bilardowej gulę.
-Jesteś. -Will nagle znalazł się przed nim.
-Kto to był? -Wyrwało się Jackobowi. Miał nadzieję, że jego głos brzmiał stanowczo, a nie
żałośnie, tak jak w jego głowie.
-Widziałeś? -Will pomasował dłonią kark. -Mój nowy facet.
-Fajny. -Jackob uśmiechnął się i uniósł głowę, patrząc chłopakowi w oczy.
-Nie przeszkadza Ci to? No wiesz, że widziałeś? -Will położył mu dłoń na ramieniu.
-Nie. -Nastolatek zaprzeczył ruchem głowy. -Cieszę się, że kogoś masz.
Cieszył się, zawsze kibicował Willowi w jego związkach.
-Super. -Brunet objął go ramieniem. -Gdzie idziemy?
-Możesz mnie odprowadzić do domu. -Mruknął Jackob i jak zwykle odsunął się od chłopaka.
-Dopiero, co przyjechałeś. -Zaśmiał się Will.
-Odebrałem Cię po pracy, więc w ramach wdzięczności mnie odprowadzisz.
-Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, wasza wysokość. -Will poczochrał młodszego po włosach
i oboje wyszli z baru.
Mimo pozorów Jackob czuł się nieswojo. Nie z powodu związku Willa. Uświadomił sobie, że
mu zazdrości. Zazdrości mu chłopaka, powodzenia i szczęścia. Nie miał zbyt wielu przyjaciół.
Chłopak z jego dzieciństwa Kai. Szkolny przyjaciel Matt i Amber, ale to Will stał mu się
w ostatnim czasie najbliższy. Jeśli zbytnio pochłonie go jego nowy związek, Jackob zostanie
zepchnięty na boczny tor.
***
Cztery Odbicia Lustra
3/13/2017
3/05/2017
Rozdział IX
~Mikito.
Jak znalazła się w tej sytuacji? Była teraz w jakieś kawiarni, której nazwy nie
zapamiętała. Siedziała na kanapie wypełnionej pstrokatymi poduszkami. Wystrój wnętrza był według
klientów kiczowaty, ale Miki bardzo odpowiadał. Ściany pomalowane na morski odcień błękitu
z namalowanymi pawimi piórami. Białe meble połączone z dużą ilością koców i poszewek w różnorodne
wzory. Czuła się tu jak w swoim pokoju i bardzo jej to odpowiadało. Jedynym szczegółem, który
różnił kawiarenkę i jej pokój, byli jej towarzysze - na przeciw Miki siedział czarnowłosy
Hiszpan i jego o wiele mniejsza wersja. Maluch zajadał lody a jego starszy brat wpatrywał się
w dziewczynę.
-Możesz się na mnie nie gapić? -Powiedziała nie patrząc w jego stronę.
-Mogę. -Odpowiedział drwiącym tonem. Skupił swoją uwagę na młodszym bracie.
Spotkali się w parku. Rafael - bo tak miał na imię - zaskoczył ją pocałunkiem, a kiedy miała
go spoliczkować i odejść zatrzymał ją jego młodszy brat. Jako wynagrodzenie zażądała
gorącej czekolady. Jesień nadeszła kilka tygodni temu i dała jej mocno w kość. Ku jej
niezadowoleniu nie mogła odkrywać już swoich atutów dzięki ukochanym szortom i krótkim topom.
Było coraz zimniej, więc wyciągnęła z szafy stylowy czarny płaszcz przewiązywany w pasie z
kapturem, który aktualnie leżał obok niej na jednej z poduszek.
Po dłuższej chwili do stolika podeszła drobna blondynka ubrana w fartuszek kelnerki.
Bujając się na swoich wysokich obcasach postawiła przed nimi dwa kubki. Jeden z czarną kawą
Rafaela i drugi nieco wyższy z gorącą czekoladą i duża ilością bitej śmietany dla Miki.
Dziewczyna nie odeszła. Stała nad nimi, oblana rumieńcem wpatrując się w Rafaela.
-To wszystko. -Upomniała ją Miki, wychylając się nieco żeby złapać jej wzrok.
Dziewczyna potrząsnęła głową, posłała jej kwaśne spojrzenie i odeszła pośpiesznym krokiem.
Miki zauważyła, że Rafael przygląda się jej z szerokim uśmiechem na twarzy.
-Co? -Odwróciła głowę w jego stronę i założyła nogę na nogę oplatając kolano dłońmi.
-Mówił Ci ktoś kiedyś, że jesteś bezczelna? -Rafael ułożył wygodnie ramię na oparciu kanapy.
-A Tobie?
-Zapytałem pierwszy. -Uniósł brwi.
-Zapytałam przed chwilą. - Miki pochyliła się nieco do przodu.
-Przynajmniej trzy razy dziennie. -Odpowiedział. Przymrużył oczy.
-Mi przynajmniej pięć. -Miki przechyliła lekko głowę w wywyższającym geście.
-Nie wiedziałem, że konkurujemy.
-Bo nie konkurujemy. -Wymierzyła palcem w jego pierś i dźgnęła go nim.
Rafael uniósł kącik ust.
-Masz jakieś imię?
-Mikito. -Odpowiedziała łapiąc kubek z upragnioną czekoladą.
-Hiszpańskie? Nie wyglądasz na Hiszpankę.
-Jestem mieszańcem. Moja matka była Latynoską. -Upiła duży łyk czekolady.
-Była? -Zainteresował się chłopak i wrócił do normalnej postawy. Oparł łokcie o stolik.
-Była. -Mruknęła. -Ojciec jest Amerykaninem, z czego wynika to, że jestem mieszań...
Zaskoczona spontanicznym ruchem Rafaela instynktownie odsunęła się w tył.
-Spokojnie. -Zaśmiał się i przetarł kciukiem po górnej wardze dziewczyny. Uniósł go w
górę w poddańczym geście, pokazując plamę z bitej śmietany.
Miki poczuła chropowatą powierzchnię jego dłoni. Ręce miał zimne. Może to, dlatego, że
nie dotykał jeszcze gorącego kubka z kawą?
-Dzięki. -Wymamrotała i zakaszlała cicho. Chciała ukryć zawstydzenie, którym zaskoczyła
samą siebie.
Rafael zaśmiał się cicho.
-Co robicie? -Usłyszała dziecięcy głos.
Kompletnie zapomniała o obecności młodszego brata Rafaela, Remigio.
-Nic. -Powiedziała szybko i uśmiechnęła się do chłopca. -Chcesz trochę? -Podsunęła
mu pod nos swój kubek z czekoladą.
Kasztanowe oczy Remigio otworzyły się szerzej, przez co źrenice wydawały się większe.
-Mogę? -Nie czekając na odpowiedź chwycił łyżkę i zaczął wyjadać bitą śmietanę.
Jakby zapomniał o dużej porcji lodów, które zjadł przed chwilą.
-Będziesz dobrą matką. -Rafael przejechał wzrokiem po bracie i utkwił go w dziewczynie.
Jego twarz zdobiła udawana poważna mina.
-Pewnie. -Miki machnęła ręką z rezygnacją.
-Jakieś plany na wieczór? -Kontynuował chłopak, napierając całym swoim ciężarem na łokcie
oparte na stoliku.
-Na pewno nie ma w nich Ciebie. -Zmrużyła oczy i uśmiechnęła się słodko. -Was. -Poprawiła
się widząc wzrok młodszego z towarzyszy.
-Nie bądź tego taka pewna. -Zamruczał w odpowiedzi.
-No tak. Zapomniałam, że jesteś moim stalkerem i znowu na siebie wpadniemy. Który to już
będzie raz? Trzeci? -Spojrzała na niego z lekkim wyrzutem i przyjęła taką samą pozycję.
Oparła łokcie na stole i naparła na nie całym swoim ciężarem. Ich czoła prawie się stykały.
-Mówiłem. To przeznaczenie...
-Albo Twoje psychopatyczne urojenia. - Weszła mu w słowo.
Rafael westchnął z rezygnacją.
-Nie przekonam Cię?
-Nie. -Odpowiedziała z satysfakcją.
-Ohyda. -Odezwał się Remigio.
-Co? -Rafael nie zmieniając pozycji, odchylił głowę w bok i spojrzał na brata.
-Będziecie się całować. Ohyda. -Skrzywił się czarnulek.
Miki wymieniła spojrzenie z Hiszpanem. Zaśmiali się, nie odsuwając się od siebie.
Miki pokazała młodszemu język, a Rafael zmierzwił ręką jego gęste czarne loki.
***
Wpatrywała się w ekran telefonu. Cisza. Minęły prawie dwa tygodnie, od kiedy pokłócili
się z Simonem. Nie do końca pokłócili. Miki nie pamiętała, kiedy ostatnio tak długo się
do siebie nie odzywali. Przypuszczała, że było to w piątej klasie szkoły podstawowej.
Pokłócili się o to, kogo powinna wybrać główna bohaterka Zmierzchu. Simon zawsze wolał
wilkołaka, Miki natomiast wampira. Teraz na drodze stała Eva, a nie jakieś postacie
nadnaturalne.
-Co robisz? -Zapytał Remigio.
-Nic. -Uśmiechnęła się i odłożyła telefon na stolik.
Siedzieli we dwójkę. Rafael postanowił skorzystać z okazji i porozmawiać z drobną kelnerką.
-Ile masz lat? -Czarnulek przechylił głowę w bok.
-Osiemnaście. -Miki skrzyżowała ręce na piersi. -A Ty?
-Siedem. -Powiedział z dumą w głosie.
-Wyglądasz na starszego. -Miki mrugnęła do niego znacząco.
Chłopiec aż podskoczył z zadowolenia.
-Rafael mówi, że wyglądam na pięć.
-Kłamie. -Zaśmiała się Miki.
-Tere mówi, że nie wolno kłamać. -Siedmiolatek spojrzał jej prosto w oczy.
-Ma rację. -Odpowiedziała szybko. Oparła łokcie o stolik i oparła brodę na dłoniach.
-Kim jest Tere?
-Narzeczoną Ramiro. -Rzucił i zaczął się rozglądać. Prawdopodobnie szukał brata.
A kim jest Ramiro? -Przeciągała samogłoski. Uśmiechnęła się szeroko, kiedy młodszy
wrócił do niej wzrokiem.
-Moim bratem. -Przechylił lekko głowę, zaskoczony dalszymi pytaniami.
-Masz dwóch braci? Super.
-Mam czterech. -Odpowiedział z dumą w głosie. - I siostrę.
-Twoja mama musi kochać tatę, co? -Wyciągnęła rękę i uszczypnęła młodszego w nos.
-Mama jest najlepsza. -Wyszczerzył się, pokazując rząd zębów.
-Nie wątpię. -Mrugnęła do Remigio i spojrzała na ekran telefonu.
Rozwinęła listę kontaktów. "Simon" znalazła poszukiwany numer. Wybrała opcję pisania wiadomości.
-Chłopak? -Usłyszała znajomy głos przy uchu.
-Powtarzasz się wiesz? -Wymamrotała i odłożyła telefon.
Rafael wrócił na wcześniej zajmowane miejsce.
-O, czym rozmawialiście? -Zapytał zerkając na brata.
-O niczym ciekawym. - Odpowiedziała Miki, wyprzedzając Remigio.
-Mówiłem o was i Rii. -Powiedział młodszy nie zwracając uwagi na odpowiedz dziewczyny.
-No proszę, już chcesz poznać moją rodzinkę? - Wyszczerzył się Rafael. Wrócił do niej wzrokiem.
-Wiesz, nie mam nic przeciwko przedstawienia Cię im. Równie dobrze możemy ustalić datę ślubu.
-Głupek. -Przerwała mu dziewczyna.
-W takim razie oświadczę się April. -Westchnął Rafael machając małą karteczką, którą trzymał w dłoni.
-Kto to? -Zapytał Remigio.
-Podejrzewam, ze to ta pani, która przyniosła Ci lody. -Odpowiedziała Miki zrezygnowanym tonem.
-Bingo. -Zaśmiał się Rafael.
-Szybki jesteś. -Miki skrzyżowała ręce na piersi. -Już zdobyłeś numer?
-Ucz się od mistrza młody. -Odpowiedział nie patrząc na nią i poczochrał brata po włosach.
Miki pokręciła głową, na co Rafael odpowiedział szerokim uśmiechem.
Usłyszała głośną wibrację.
-To Twój. -Powiedział Hiszpan wskazując palcem telefon dziewczyny.
"Simon" pomyślała dziewczyna i złapała urządzenie. Wstała i odeszła kilka kroków od stolika.
Spojrzała na ekran - "Połączenie przychodzące: Simon."
Dziewczyna głośno wciągnęła powietrze. Chciała od razu odebrać. Przyłożyć telefon do ucha
i usłyszeć głos przyjaciela, ale ciało nie słuchało. Nie mogła się ruszyć. Stała jak
wryta z telefonem w dłoni i wpatrywała się w niego.
"Odbierz!" Krzyczała na siebie w myślach. "Odbierz ten cholerny telefon! Na co czekasz?"
Nie odebrała. Telefon ucichł po chwili. Miki westchnęła głośno, w gardle zapiekły ją łzy.
Powstrzymała się przed płaczem. Szybkim ruchem ręki poprawiła włosy i wróciła do stolika.
-Było miło, ale ja już pójdę. -Rzuciła i złapała płaszcz leżący na poduszce.
-Odprowadzimy Cię. -Powiedział szybko Rafael wstając. Machnął ręką, dając do zrozumienia bratu, że
ma zrobić to samo.
-Nie posądziłabym Cię o rycerstwo. -Miki przewróciła oczami.
-Uwielbiam zaskakiwać piękne niewiasty. -Odpowiedział. Kąciki jego ust wygięły się w szeroki
uśmiech.
Miki domyśliła się, że pod jej nieobecność chłopak zdążył zapłacić rachunek. Wyszli na zewnątrz.
Czuła dotyk ramienia chłopaka na swoim ramieniu. Musieli iść bardzo blisko siebie.
Remigio szedł przed nimi kopiąc pojedyncze kamienie i poprawiając wełnianą czapkę, która
co jakiś czas opadała mu na oczy zasłaniając pole widzenia.
-Tutaj będzie okej. -Zatrzymała się i uniosła głowę patrząc na Rafaela.
-Przy dziecku? -Rafael otworzył usta i udał oburzonego.
-Rozstać się tutaj. -Skarciła go wzrokiem.
-Aha. -Mruknął z niezadowoleniem chłopak.
-Mieszkasz tu? -Zapytał Remigio.
-Nie ja. -Uśmiechnęła się i spojrzała na dom przed sobą.
Duży ogród ogrodzony białym płotem, z drewnianą huśtawką na samym środku. Długie schody prowadzące
do drzwi.
-Kto tu mieszka? -Kontynuował Remigio.
-Wystarczy. -Skarcił go Rafael i zacisnął rękę na jego ramieniu. -W tył zwrot.
-Pa pa. -Młodszy zdążył pomachać dziewczynie na pożegnanie i pozwolił Rafaelowi popchnąć
się w drugą stronę ulicy.
-Pamiętaj o przeznaczeniu. -Rafael obejrzał się przez ramię. -Znajdę Cię jeszcze.
Miki nie odpowiedziała. Pokręciła głową i udała się w stronę znajomego domu.
***
Przeszła przez bramę. Weszła po schodach i zatrzymała się przed drzwiami z doczepioną plakietką
i umieszczonym na niej napisem "Holmes". Zapukała. Mogła skorzystać z klucza schowanego pod
brązową doniczką stojącą przy drzwiach. Uznała jednak, że w tej sytuacji wypada zapukać.
Chwilę później w wejściu stanął Simon. Dziewczyna zastanawiała się, czy serce zabiło jej
szybciej ze szczęścia, czy złości.
-Simon. -Wykrztusiła z siebie cicho.
Spodziewała się, że chłopak zacznie na nią krzyczeć. Zamknie jej drzwi przed nosem.
Ewentualnie nie zamieni z nią ani jednego słowa i będzie patrzył na nią zbolałym wzrokiem.
-Miki. -Zamykając drzwi, chwycił ją za nadgarstek. Przyciągnął do siebie i wtulił głowę w
jej szyję.
Dziewczyna objęła jego szyję ramionami. Uniosła głowę i oparła brodę o jego ramię.
Ściskał ją tak mocno, jakby bał się, że zniknie. Odwdzięczyła się tym samym. Stanęła na palcach
i wtuliła się mocniej w jego klatkę piersiową. Czuła szybkie bicie jego serca i wodę kolońską,
która kojarzyła się jej z ojcem Simona.
-Tydzień, cztery dni i dwie godziny. -Powiedział wprost do jej ucha, nie rozluźniając
uścisku. -Sekund nie liczyłem.
-Głupek. -Walnęła go lekko w tył głowy. -Chyba mamy nowy rekord.
Usłyszała jak Simon się zaśmiał.
-Nadal uważam, że powinna wybrać wilkołaka.
Miki nie wytrzymała i roześmiała się głośno. Stali wtuleni jeszcze przez dłuższą chwilę.
-Przepraszam. -Powiedziała w końcu.
-Nie przepraszaj. To moja wina. -Poczuła dotyk Simona na swoich plecach. Delikatnie głaskał
ją po włosach.
-Nie. -Zaprotestowała i odsunęła się od chłopaka. -Tym razem mnie nie usprawiedliwiaj.
-Dzień po wydarzeniach przed parkiem dotarło do mnie jak ja zareagowałem, kiedy zostawiłaś
mnie po rozmowie z tym czarnowłosym chłopakiem.
-Musiałam iść...
-Cicho. -Potarł kciukiem po policzku dziewczyny. -I ja zrobiłem to samo.
-Simon. -Wyszeptała.
-Ja... -Odwrócił wzrok. -Nie wiem, czy to z Evą to tak na poważnie, ale...
-Nie tłumacz się. -Uśmiechnęła się delikatnie. Podeszła bliżej i po raz kolejny wtuliła
się w pierś chłopaka.
-Stęskniłaś się? -Zaśmiał się i pogłaskał ją po karku.
-Zamknij się. -Uderzyła go pięścią w plecy.
-Ja też tęskniłem. -Był od niej wyższy, więc oparł brodę o czubek głowy dziewczyny.
-Chodź. -Odsunął ją od siebie, otworzył drzwi i pociągnął za rękę wciągając ją do środka.
Wziął od niej płaszcz, odwiesił go do szafy stojącej w przedpokoju i zdjął buty.
Złapał ją za rękę i splótł ich palce razem. Pociągnął ją za sobą w stronę schodów. Weszli
na górę i udali się do pokoju chłopaka. Miki uśmiechnęła się widząc charakterystyczny dla
tego pomieszczenia bałagan na biurku.
-Ty... -Zaczęła.
Simon spojrzał na nią pytającym wzrokiem, uśmiechnął się delikatnie i oparł o szafkę nocną.
-Nic. Nieważne. -Odwzajemniła uśmiech i upadła plecami na łóżko. -Masz jakieś słodycze?
-Mam. -Zaśmiał się chłopak i otworzył szafkę, odsłaniając górę cukierków, paczkę chipsów,
kilka batoników i dużą czekoladę.
-Super. Zostaję na noc. - Zaśmiała się i zmieniła pozycję z leżącej na siedzącą.
-Nie ma problemu. -Simon podszedł do szafy, wyciągnął z niej czarną koszulkę i rzucił nią
w dziewczynę. -Pidżama. -Powiedział widząc pytający wzrok przyjaciółki.
-Uwielbiam Cię. -Odpowiedziała i po raz kolejny się położyła.
-Mam nowa mangę. Szykuj się, będziemy czytać. -Powiedział dumnym głosem i usiadł obok niej.
-Mamo! -Zasłoniła oczy dłońmi. -Za jakie grzechy?
Simon uderzył ją w bok i cmoknął z oburzeniem.
-Żartuję. -Zaśmiała się nie odsłaniając twarzy. -Dawaj ją tu.
Była szczęśliwa. Rzadko się kłócili, ale kiedy już to robili, bardzo szybko się godzili.
Tak jak teraz. Pogodzili się i zapomnieli o bezsensownej kłótni, która według Miki nie
była kłótnią. Siedziała oparta plecami o ścianę ze skrzyżowanymi nogami i poduszką między
nimi. Wpatrywała się w przyjaciela z uśmiechem na twarzy. Simon czytał z przejęciem dialogi
wymachując rękami. Kochała obserwować go, kiedy jest szczęśliwy. Uwielbiała ten błysk w jego
oczach i to, że kiedy się uśmiecha zawsze odsłania przednie zęby. Tak jakby jego uśmiech
był najpiękniejszą rzeczą na świecie, której za żadne skarby nie chciała oddać.
-Patrzysz się. -Simon uderzył lekko dziewczynę w czoło.
-Nie zabronisz mi. -Zaśmiała się i rzuciła w jego stronę. Runęła na plecy lądując głową
na jego udzie.
-Nie zabronię. -Przytaknął i zaczął głaskać ją po włosach.
Obudziła się leżąc na brzuchu z twarzą schowaną w poduszce.
-Dzień dobry. -Usłyszała głos przyjaciela.
Odwróciła się i zobaczyła go leżącego obok siebie.
-Cześć. Która godzina?
-Chyba po dziesiątej.
-Musze się zbierać, ojciec zaraz wraca.
-Skoro musisz. -Wzruszył ramionami chłopak i podniósł się wstając z łóżka.
Miki ziewnęła i również wstała. Odnalazła wzrokiem swoje spodnie i wełniany sweter, który
miała na sobie dzień wcześniej. Zabrała je i udała się w stronę łazienki.
Na drodze stanęła jej drobna postać. Dziewczyna u krótkiej, różowej koszuli nocnej z włosami
zaplecionymi w warkocz opadający na ramię.
-O, cześć. -Powiedziała rudowłosa na widok dziewczyny.
-Cześć. -Odpowiedziała Miki.
-Zostałaś na noc? -Zapytała Victoria.
-Bingo mała. -Uśmiechnęła się Miki.
***
Poranek w domu przyjaciela wyglądał jak zawsze. Śniadanie w kuchni, krótkie przesłuchanie
Christine. Głośne krzątanie się Vici po domu. Kilka głupich kawałów Simona i leżenie
na podłodze w jego pokoju. Teraz szła wzdłuż chodnika. Z rękami w kieszeniach płaszcza.
Uśmiechała się myśląc o wczorajszym przytulaniu się do przyjaciela. Brakowało go jej.
Byłą dumna z siebie, za to, że przyszła wczoraj prosto do jego domu, za to, że przeprosiła.
Szła zamyślona, kiedy poczuła, że jej kostka nagle się wygina a ona traci równowagę.
Złamała obcas.
-Świetnie. -Westchnęła głośno i przeklęła pod nosem.
-Szkoda butów. -Usłyszała męski głos. -Dziwię się, jak wy dziewczyny dajecie radę w nich
chodzić. Ja nie dałbym rady stać mając je na nogach, nie mówiąc już o normalnych ruchach.
Boję się nawet pomyśleć o bieganiu. -Zaśmiał się.
Miki podniosła wzrok. Tuż przed nią stał wysoki chłopak. Szeroki w ramionach z wąską talią
i wąskimi biodrami. Włosy miał krótko ścięte, lekko wygolone po bokach. Ubrany u czarne
spodnie podarte na kolanach, białą koszulkę i markową, dżinsową kurtkę zapiętą na dwa ostatnie guziki.
Na nosie spoczywały okulary z grubymi czarnymi oprawkami, zakrywające błękitnie oczy.
Ręką, na której widniał złoty (wyglądający na drogi) zegarek, przytrzymywał pasek brązowej
torby, którą miał zawieszoną na ramieniu.
-Cześć. -Uśmiechnął się i złapał dziewczynę za ramiona, przytrzymując ją, aby nie straciła
równowagi.
Miki czuła jak jej policzki płoną. Speszona odskoczyła od chłopaka, ale szybko pożałowała
swojego czynu. Przez złamany obcas po raz kolejny strąciła równowagę. Chłopak objął ją
ramieniem, ratując przed upadkiem.
-Spokojnie. -Zaśmiał się i odsunął. Poprawił palcem okulary i spojrzał na Miki rozbawionym
wzrokiem.
-Po raz kolejny uratowałem świat.
Miki parsknęła.
-Hej, nie śmiej się. -Szturchnął ją lekko w ramię.
-Cześć. -Powiedziała tłumiąc śmiech. -Miki. -Wyciągnęła rękę.
-Milo. -Odpowiedział i przyłożył usta do dłoni dziewczyny.
Miki wstrzymała oddech. Chłopak nie zmieniając pozycji uniósł wzrok i zaśmiał się cicho.
Pocałował delikatnie jej dłoń. -Uwielbiam ratować damy w opałach.
Miki po raz kolejny się zaśmiała.
-Miki i Milo. Brzmi fajnie, co? -Poprawił torbę, podciągając jej pasek wyżej.
-Załóżmy zespół. Porwiemy tłumy. -Odpowiedziała i pokręciła głową.
-Wielkie umysły myślą podobnie. -Milo szczerzył się pokazując rząd białych zębów z małą
przerwą pomiędzy jedynkami. -Przykro mi z powodu obcasa. -Wskazał palcem but dziewczyny.
-Gdybym miał jakąś nadprzyrodzoną moc, przywołałbym Ci nowe buty. -Podrapał się po głowie,
spoglądając z ukosa na twarz Miki.
-Co powiesz na kawę? -Zaśmiała się. Wciąż czuła, że się czerwieni.
-Och. -Powiedział podekscytowanym głosem. Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
-Widzę, że Ty już takową posiadasz. Umiesz czytać w myślach! - Klasnął w dłonie.
-O nie! Zdemaskowałeś mnie!
Milo zaśmiał się głośno.
-Co powiem na kawę? Bardzo chętnie. -Odpowiedział normalnym już głosem. -Później zacznę Cię
podrywać, a Ty dasz mi swój numer. Co Ty na to?
-Chętnie. -Uśmiechnęła się zadziornie i odwróciła.
Chłopak poszedł za nią. Miki trochę kulała przez złamany obcas. Szli ramię w ramię. Milo
szedł raz po prawej stronie, raz po lewej. Przez chwile szedł tyłem tuż przed nią.
Oboje zaśmiali się głośno. Widocznie Milo musiał powiedzieć coś zabawnego.
Miki czuła motyle w brzuchu. Zarumieniła się i wciągnęła z sykiem powietrze, kiedy chłopak
odgarnął długi kosmyk jej włosów i zahaczył go jej za uchem.
"Śmiały ruch" pomyślała. Milo miał w sobie coś, co intrygowało dziewczynę. Coś, co sprawiało,
że chciała go poznać. Coś, co powodowało pojawienia się rumieńców na jej twarzy. Coś "innego".
Coś, co bardzo się jej spodobało.
***
Jak znalazła się w tej sytuacji? Była teraz w jakieś kawiarni, której nazwy nie
zapamiętała. Siedziała na kanapie wypełnionej pstrokatymi poduszkami. Wystrój wnętrza był według
klientów kiczowaty, ale Miki bardzo odpowiadał. Ściany pomalowane na morski odcień błękitu
z namalowanymi pawimi piórami. Białe meble połączone z dużą ilością koców i poszewek w różnorodne
wzory. Czuła się tu jak w swoim pokoju i bardzo jej to odpowiadało. Jedynym szczegółem, który
różnił kawiarenkę i jej pokój, byli jej towarzysze - na przeciw Miki siedział czarnowłosy
Hiszpan i jego o wiele mniejsza wersja. Maluch zajadał lody a jego starszy brat wpatrywał się
w dziewczynę.
-Możesz się na mnie nie gapić? -Powiedziała nie patrząc w jego stronę.
-Mogę. -Odpowiedział drwiącym tonem. Skupił swoją uwagę na młodszym bracie.
Spotkali się w parku. Rafael - bo tak miał na imię - zaskoczył ją pocałunkiem, a kiedy miała
go spoliczkować i odejść zatrzymał ją jego młodszy brat. Jako wynagrodzenie zażądała
gorącej czekolady. Jesień nadeszła kilka tygodni temu i dała jej mocno w kość. Ku jej
niezadowoleniu nie mogła odkrywać już swoich atutów dzięki ukochanym szortom i krótkim topom.
Było coraz zimniej, więc wyciągnęła z szafy stylowy czarny płaszcz przewiązywany w pasie z
kapturem, który aktualnie leżał obok niej na jednej z poduszek.
Po dłuższej chwili do stolika podeszła drobna blondynka ubrana w fartuszek kelnerki.
Bujając się na swoich wysokich obcasach postawiła przed nimi dwa kubki. Jeden z czarną kawą
Rafaela i drugi nieco wyższy z gorącą czekoladą i duża ilością bitej śmietany dla Miki.
Dziewczyna nie odeszła. Stała nad nimi, oblana rumieńcem wpatrując się w Rafaela.
-To wszystko. -Upomniała ją Miki, wychylając się nieco żeby złapać jej wzrok.
Dziewczyna potrząsnęła głową, posłała jej kwaśne spojrzenie i odeszła pośpiesznym krokiem.
Miki zauważyła, że Rafael przygląda się jej z szerokim uśmiechem na twarzy.
-Co? -Odwróciła głowę w jego stronę i założyła nogę na nogę oplatając kolano dłońmi.
-Mówił Ci ktoś kiedyś, że jesteś bezczelna? -Rafael ułożył wygodnie ramię na oparciu kanapy.
-A Tobie?
-Zapytałem pierwszy. -Uniósł brwi.
-Zapytałam przed chwilą. - Miki pochyliła się nieco do przodu.
-Przynajmniej trzy razy dziennie. -Odpowiedział. Przymrużył oczy.
-Mi przynajmniej pięć. -Miki przechyliła lekko głowę w wywyższającym geście.
-Nie wiedziałem, że konkurujemy.
-Bo nie konkurujemy. -Wymierzyła palcem w jego pierś i dźgnęła go nim.
Rafael uniósł kącik ust.
-Masz jakieś imię?
-Mikito. -Odpowiedziała łapiąc kubek z upragnioną czekoladą.
-Hiszpańskie? Nie wyglądasz na Hiszpankę.
-Jestem mieszańcem. Moja matka była Latynoską. -Upiła duży łyk czekolady.
-Była? -Zainteresował się chłopak i wrócił do normalnej postawy. Oparł łokcie o stolik.
-Była. -Mruknęła. -Ojciec jest Amerykaninem, z czego wynika to, że jestem mieszań...
Zaskoczona spontanicznym ruchem Rafaela instynktownie odsunęła się w tył.
-Spokojnie. -Zaśmiał się i przetarł kciukiem po górnej wardze dziewczyny. Uniósł go w
górę w poddańczym geście, pokazując plamę z bitej śmietany.
Miki poczuła chropowatą powierzchnię jego dłoni. Ręce miał zimne. Może to, dlatego, że
nie dotykał jeszcze gorącego kubka z kawą?
-Dzięki. -Wymamrotała i zakaszlała cicho. Chciała ukryć zawstydzenie, którym zaskoczyła
samą siebie.
Rafael zaśmiał się cicho.
-Co robicie? -Usłyszała dziecięcy głos.
Kompletnie zapomniała o obecności młodszego brata Rafaela, Remigio.
-Nic. -Powiedziała szybko i uśmiechnęła się do chłopca. -Chcesz trochę? -Podsunęła
mu pod nos swój kubek z czekoladą.
Kasztanowe oczy Remigio otworzyły się szerzej, przez co źrenice wydawały się większe.
-Mogę? -Nie czekając na odpowiedź chwycił łyżkę i zaczął wyjadać bitą śmietanę.
Jakby zapomniał o dużej porcji lodów, które zjadł przed chwilą.
-Będziesz dobrą matką. -Rafael przejechał wzrokiem po bracie i utkwił go w dziewczynie.
Jego twarz zdobiła udawana poważna mina.
-Pewnie. -Miki machnęła ręką z rezygnacją.
-Jakieś plany na wieczór? -Kontynuował chłopak, napierając całym swoim ciężarem na łokcie
oparte na stoliku.
-Na pewno nie ma w nich Ciebie. -Zmrużyła oczy i uśmiechnęła się słodko. -Was. -Poprawiła
się widząc wzrok młodszego z towarzyszy.
-Nie bądź tego taka pewna. -Zamruczał w odpowiedzi.
-No tak. Zapomniałam, że jesteś moim stalkerem i znowu na siebie wpadniemy. Który to już
będzie raz? Trzeci? -Spojrzała na niego z lekkim wyrzutem i przyjęła taką samą pozycję.
Oparła łokcie na stole i naparła na nie całym swoim ciężarem. Ich czoła prawie się stykały.
-Mówiłem. To przeznaczenie...
-Albo Twoje psychopatyczne urojenia. - Weszła mu w słowo.
Rafael westchnął z rezygnacją.
-Nie przekonam Cię?
-Nie. -Odpowiedziała z satysfakcją.
-Ohyda. -Odezwał się Remigio.
-Co? -Rafael nie zmieniając pozycji, odchylił głowę w bok i spojrzał na brata.
-Będziecie się całować. Ohyda. -Skrzywił się czarnulek.
Miki wymieniła spojrzenie z Hiszpanem. Zaśmiali się, nie odsuwając się od siebie.
Miki pokazała młodszemu język, a Rafael zmierzwił ręką jego gęste czarne loki.
***
Wpatrywała się w ekran telefonu. Cisza. Minęły prawie dwa tygodnie, od kiedy pokłócili
się z Simonem. Nie do końca pokłócili. Miki nie pamiętała, kiedy ostatnio tak długo się
do siebie nie odzywali. Przypuszczała, że było to w piątej klasie szkoły podstawowej.
Pokłócili się o to, kogo powinna wybrać główna bohaterka Zmierzchu. Simon zawsze wolał
wilkołaka, Miki natomiast wampira. Teraz na drodze stała Eva, a nie jakieś postacie
nadnaturalne.
-Co robisz? -Zapytał Remigio.
-Nic. -Uśmiechnęła się i odłożyła telefon na stolik.
Siedzieli we dwójkę. Rafael postanowił skorzystać z okazji i porozmawiać z drobną kelnerką.
-Ile masz lat? -Czarnulek przechylił głowę w bok.
-Osiemnaście. -Miki skrzyżowała ręce na piersi. -A Ty?
-Siedem. -Powiedział z dumą w głosie.
-Wyglądasz na starszego. -Miki mrugnęła do niego znacząco.
Chłopiec aż podskoczył z zadowolenia.
-Rafael mówi, że wyglądam na pięć.
-Kłamie. -Zaśmiała się Miki.
-Tere mówi, że nie wolno kłamać. -Siedmiolatek spojrzał jej prosto w oczy.
-Ma rację. -Odpowiedziała szybko. Oparła łokcie o stolik i oparła brodę na dłoniach.
-Kim jest Tere?
-Narzeczoną Ramiro. -Rzucił i zaczął się rozglądać. Prawdopodobnie szukał brata.
A kim jest Ramiro? -Przeciągała samogłoski. Uśmiechnęła się szeroko, kiedy młodszy
wrócił do niej wzrokiem.
-Moim bratem. -Przechylił lekko głowę, zaskoczony dalszymi pytaniami.
-Masz dwóch braci? Super.
-Mam czterech. -Odpowiedział z dumą w głosie. - I siostrę.
-Twoja mama musi kochać tatę, co? -Wyciągnęła rękę i uszczypnęła młodszego w nos.
-Mama jest najlepsza. -Wyszczerzył się, pokazując rząd zębów.
-Nie wątpię. -Mrugnęła do Remigio i spojrzała na ekran telefonu.
Rozwinęła listę kontaktów. "Simon" znalazła poszukiwany numer. Wybrała opcję pisania wiadomości.
-Chłopak? -Usłyszała znajomy głos przy uchu.
-Powtarzasz się wiesz? -Wymamrotała i odłożyła telefon.
Rafael wrócił na wcześniej zajmowane miejsce.
-O, czym rozmawialiście? -Zapytał zerkając na brata.
-O niczym ciekawym. - Odpowiedziała Miki, wyprzedzając Remigio.
-Mówiłem o was i Rii. -Powiedział młodszy nie zwracając uwagi na odpowiedz dziewczyny.
-No proszę, już chcesz poznać moją rodzinkę? - Wyszczerzył się Rafael. Wrócił do niej wzrokiem.
-Wiesz, nie mam nic przeciwko przedstawienia Cię im. Równie dobrze możemy ustalić datę ślubu.
-Głupek. -Przerwała mu dziewczyna.
-W takim razie oświadczę się April. -Westchnął Rafael machając małą karteczką, którą trzymał w dłoni.
-Kto to? -Zapytał Remigio.
-Podejrzewam, ze to ta pani, która przyniosła Ci lody. -Odpowiedziała Miki zrezygnowanym tonem.
-Bingo. -Zaśmiał się Rafael.
-Szybki jesteś. -Miki skrzyżowała ręce na piersi. -Już zdobyłeś numer?
-Ucz się od mistrza młody. -Odpowiedział nie patrząc na nią i poczochrał brata po włosach.
Miki pokręciła głową, na co Rafael odpowiedział szerokim uśmiechem.
Usłyszała głośną wibrację.
-To Twój. -Powiedział Hiszpan wskazując palcem telefon dziewczyny.
"Simon" pomyślała dziewczyna i złapała urządzenie. Wstała i odeszła kilka kroków od stolika.
Spojrzała na ekran - "Połączenie przychodzące: Simon."
Dziewczyna głośno wciągnęła powietrze. Chciała od razu odebrać. Przyłożyć telefon do ucha
i usłyszeć głos przyjaciela, ale ciało nie słuchało. Nie mogła się ruszyć. Stała jak
wryta z telefonem w dłoni i wpatrywała się w niego.
"Odbierz!" Krzyczała na siebie w myślach. "Odbierz ten cholerny telefon! Na co czekasz?"
Nie odebrała. Telefon ucichł po chwili. Miki westchnęła głośno, w gardle zapiekły ją łzy.
Powstrzymała się przed płaczem. Szybkim ruchem ręki poprawiła włosy i wróciła do stolika.
-Było miło, ale ja już pójdę. -Rzuciła i złapała płaszcz leżący na poduszce.
-Odprowadzimy Cię. -Powiedział szybko Rafael wstając. Machnął ręką, dając do zrozumienia bratu, że
ma zrobić to samo.
-Nie posądziłabym Cię o rycerstwo. -Miki przewróciła oczami.
-Uwielbiam zaskakiwać piękne niewiasty. -Odpowiedział. Kąciki jego ust wygięły się w szeroki
uśmiech.
Miki domyśliła się, że pod jej nieobecność chłopak zdążył zapłacić rachunek. Wyszli na zewnątrz.
Czuła dotyk ramienia chłopaka na swoim ramieniu. Musieli iść bardzo blisko siebie.
Remigio szedł przed nimi kopiąc pojedyncze kamienie i poprawiając wełnianą czapkę, która
co jakiś czas opadała mu na oczy zasłaniając pole widzenia.
-Tutaj będzie okej. -Zatrzymała się i uniosła głowę patrząc na Rafaela.
-Przy dziecku? -Rafael otworzył usta i udał oburzonego.
-Rozstać się tutaj. -Skarciła go wzrokiem.
-Aha. -Mruknął z niezadowoleniem chłopak.
-Mieszkasz tu? -Zapytał Remigio.
-Nie ja. -Uśmiechnęła się i spojrzała na dom przed sobą.
Duży ogród ogrodzony białym płotem, z drewnianą huśtawką na samym środku. Długie schody prowadzące
do drzwi.
-Kto tu mieszka? -Kontynuował Remigio.
-Wystarczy. -Skarcił go Rafael i zacisnął rękę na jego ramieniu. -W tył zwrot.
-Pa pa. -Młodszy zdążył pomachać dziewczynie na pożegnanie i pozwolił Rafaelowi popchnąć
się w drugą stronę ulicy.
-Pamiętaj o przeznaczeniu. -Rafael obejrzał się przez ramię. -Znajdę Cię jeszcze.
Miki nie odpowiedziała. Pokręciła głową i udała się w stronę znajomego domu.
***
Przeszła przez bramę. Weszła po schodach i zatrzymała się przed drzwiami z doczepioną plakietką
i umieszczonym na niej napisem "Holmes". Zapukała. Mogła skorzystać z klucza schowanego pod
brązową doniczką stojącą przy drzwiach. Uznała jednak, że w tej sytuacji wypada zapukać.
Chwilę później w wejściu stanął Simon. Dziewczyna zastanawiała się, czy serce zabiło jej
szybciej ze szczęścia, czy złości.
-Simon. -Wykrztusiła z siebie cicho.
Spodziewała się, że chłopak zacznie na nią krzyczeć. Zamknie jej drzwi przed nosem.
Ewentualnie nie zamieni z nią ani jednego słowa i będzie patrzył na nią zbolałym wzrokiem.
-Miki. -Zamykając drzwi, chwycił ją za nadgarstek. Przyciągnął do siebie i wtulił głowę w
jej szyję.
Dziewczyna objęła jego szyję ramionami. Uniosła głowę i oparła brodę o jego ramię.
Ściskał ją tak mocno, jakby bał się, że zniknie. Odwdzięczyła się tym samym. Stanęła na palcach
i wtuliła się mocniej w jego klatkę piersiową. Czuła szybkie bicie jego serca i wodę kolońską,
która kojarzyła się jej z ojcem Simona.
-Tydzień, cztery dni i dwie godziny. -Powiedział wprost do jej ucha, nie rozluźniając
uścisku. -Sekund nie liczyłem.
-Głupek. -Walnęła go lekko w tył głowy. -Chyba mamy nowy rekord.
Usłyszała jak Simon się zaśmiał.
-Nadal uważam, że powinna wybrać wilkołaka.
Miki nie wytrzymała i roześmiała się głośno. Stali wtuleni jeszcze przez dłuższą chwilę.
-Przepraszam. -Powiedziała w końcu.
-Nie przepraszaj. To moja wina. -Poczuła dotyk Simona na swoich plecach. Delikatnie głaskał
ją po włosach.
-Nie. -Zaprotestowała i odsunęła się od chłopaka. -Tym razem mnie nie usprawiedliwiaj.
-Dzień po wydarzeniach przed parkiem dotarło do mnie jak ja zareagowałem, kiedy zostawiłaś
mnie po rozmowie z tym czarnowłosym chłopakiem.
-Musiałam iść...
-Cicho. -Potarł kciukiem po policzku dziewczyny. -I ja zrobiłem to samo.
-Simon. -Wyszeptała.
-Ja... -Odwrócił wzrok. -Nie wiem, czy to z Evą to tak na poważnie, ale...
-Nie tłumacz się. -Uśmiechnęła się delikatnie. Podeszła bliżej i po raz kolejny wtuliła
się w pierś chłopaka.
-Stęskniłaś się? -Zaśmiał się i pogłaskał ją po karku.
-Zamknij się. -Uderzyła go pięścią w plecy.
-Ja też tęskniłem. -Był od niej wyższy, więc oparł brodę o czubek głowy dziewczyny.
-Chodź. -Odsunął ją od siebie, otworzył drzwi i pociągnął za rękę wciągając ją do środka.
Wziął od niej płaszcz, odwiesił go do szafy stojącej w przedpokoju i zdjął buty.
Złapał ją za rękę i splótł ich palce razem. Pociągnął ją za sobą w stronę schodów. Weszli
na górę i udali się do pokoju chłopaka. Miki uśmiechnęła się widząc charakterystyczny dla
tego pomieszczenia bałagan na biurku.
-Ty... -Zaczęła.
Simon spojrzał na nią pytającym wzrokiem, uśmiechnął się delikatnie i oparł o szafkę nocną.
-Nic. Nieważne. -Odwzajemniła uśmiech i upadła plecami na łóżko. -Masz jakieś słodycze?
-Mam. -Zaśmiał się chłopak i otworzył szafkę, odsłaniając górę cukierków, paczkę chipsów,
kilka batoników i dużą czekoladę.
-Super. Zostaję na noc. - Zaśmiała się i zmieniła pozycję z leżącej na siedzącą.
-Nie ma problemu. -Simon podszedł do szafy, wyciągnął z niej czarną koszulkę i rzucił nią
w dziewczynę. -Pidżama. -Powiedział widząc pytający wzrok przyjaciółki.
-Uwielbiam Cię. -Odpowiedziała i po raz kolejny się położyła.
-Mam nowa mangę. Szykuj się, będziemy czytać. -Powiedział dumnym głosem i usiadł obok niej.
-Mamo! -Zasłoniła oczy dłońmi. -Za jakie grzechy?
Simon uderzył ją w bok i cmoknął z oburzeniem.
-Żartuję. -Zaśmiała się nie odsłaniając twarzy. -Dawaj ją tu.
Była szczęśliwa. Rzadko się kłócili, ale kiedy już to robili, bardzo szybko się godzili.
Tak jak teraz. Pogodzili się i zapomnieli o bezsensownej kłótni, która według Miki nie
była kłótnią. Siedziała oparta plecami o ścianę ze skrzyżowanymi nogami i poduszką między
nimi. Wpatrywała się w przyjaciela z uśmiechem na twarzy. Simon czytał z przejęciem dialogi
wymachując rękami. Kochała obserwować go, kiedy jest szczęśliwy. Uwielbiała ten błysk w jego
oczach i to, że kiedy się uśmiecha zawsze odsłania przednie zęby. Tak jakby jego uśmiech
był najpiękniejszą rzeczą na świecie, której za żadne skarby nie chciała oddać.
-Patrzysz się. -Simon uderzył lekko dziewczynę w czoło.
-Nie zabronisz mi. -Zaśmiała się i rzuciła w jego stronę. Runęła na plecy lądując głową
na jego udzie.
-Nie zabronię. -Przytaknął i zaczął głaskać ją po włosach.
Obudziła się leżąc na brzuchu z twarzą schowaną w poduszce.
-Dzień dobry. -Usłyszała głos przyjaciela.
Odwróciła się i zobaczyła go leżącego obok siebie.
-Cześć. Która godzina?
-Chyba po dziesiątej.
-Musze się zbierać, ojciec zaraz wraca.
-Skoro musisz. -Wzruszył ramionami chłopak i podniósł się wstając z łóżka.
Miki ziewnęła i również wstała. Odnalazła wzrokiem swoje spodnie i wełniany sweter, który
miała na sobie dzień wcześniej. Zabrała je i udała się w stronę łazienki.
Na drodze stanęła jej drobna postać. Dziewczyna u krótkiej, różowej koszuli nocnej z włosami
zaplecionymi w warkocz opadający na ramię.
-O, cześć. -Powiedziała rudowłosa na widok dziewczyny.
-Cześć. -Odpowiedziała Miki.
-Zostałaś na noc? -Zapytała Victoria.
-Bingo mała. -Uśmiechnęła się Miki.
***
Poranek w domu przyjaciela wyglądał jak zawsze. Śniadanie w kuchni, krótkie przesłuchanie
Christine. Głośne krzątanie się Vici po domu. Kilka głupich kawałów Simona i leżenie
na podłodze w jego pokoju. Teraz szła wzdłuż chodnika. Z rękami w kieszeniach płaszcza.
Uśmiechała się myśląc o wczorajszym przytulaniu się do przyjaciela. Brakowało go jej.
Byłą dumna z siebie, za to, że przyszła wczoraj prosto do jego domu, za to, że przeprosiła.
Szła zamyślona, kiedy poczuła, że jej kostka nagle się wygina a ona traci równowagę.
Złamała obcas.
-Świetnie. -Westchnęła głośno i przeklęła pod nosem.
-Szkoda butów. -Usłyszała męski głos. -Dziwię się, jak wy dziewczyny dajecie radę w nich
chodzić. Ja nie dałbym rady stać mając je na nogach, nie mówiąc już o normalnych ruchach.
Boję się nawet pomyśleć o bieganiu. -Zaśmiał się.
Miki podniosła wzrok. Tuż przed nią stał wysoki chłopak. Szeroki w ramionach z wąską talią
i wąskimi biodrami. Włosy miał krótko ścięte, lekko wygolone po bokach. Ubrany u czarne
spodnie podarte na kolanach, białą koszulkę i markową, dżinsową kurtkę zapiętą na dwa ostatnie guziki.
Na nosie spoczywały okulary z grubymi czarnymi oprawkami, zakrywające błękitnie oczy.
Ręką, na której widniał złoty (wyglądający na drogi) zegarek, przytrzymywał pasek brązowej
torby, którą miał zawieszoną na ramieniu.
-Cześć. -Uśmiechnął się i złapał dziewczynę za ramiona, przytrzymując ją, aby nie straciła
równowagi.
Miki czuła jak jej policzki płoną. Speszona odskoczyła od chłopaka, ale szybko pożałowała
swojego czynu. Przez złamany obcas po raz kolejny strąciła równowagę. Chłopak objął ją
ramieniem, ratując przed upadkiem.
-Spokojnie. -Zaśmiał się i odsunął. Poprawił palcem okulary i spojrzał na Miki rozbawionym
wzrokiem.
-Po raz kolejny uratowałem świat.
Miki parsknęła.
-Hej, nie śmiej się. -Szturchnął ją lekko w ramię.
-Cześć. -Powiedziała tłumiąc śmiech. -Miki. -Wyciągnęła rękę.
-Milo. -Odpowiedział i przyłożył usta do dłoni dziewczyny.
Miki wstrzymała oddech. Chłopak nie zmieniając pozycji uniósł wzrok i zaśmiał się cicho.
Pocałował delikatnie jej dłoń. -Uwielbiam ratować damy w opałach.
Miki po raz kolejny się zaśmiała.
-Miki i Milo. Brzmi fajnie, co? -Poprawił torbę, podciągając jej pasek wyżej.
-Załóżmy zespół. Porwiemy tłumy. -Odpowiedziała i pokręciła głową.
-Wielkie umysły myślą podobnie. -Milo szczerzył się pokazując rząd białych zębów z małą
przerwą pomiędzy jedynkami. -Przykro mi z powodu obcasa. -Wskazał palcem but dziewczyny.
-Gdybym miał jakąś nadprzyrodzoną moc, przywołałbym Ci nowe buty. -Podrapał się po głowie,
spoglądając z ukosa na twarz Miki.
-Co powiesz na kawę? -Zaśmiała się. Wciąż czuła, że się czerwieni.
-Och. -Powiedział podekscytowanym głosem. Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
-Widzę, że Ty już takową posiadasz. Umiesz czytać w myślach! - Klasnął w dłonie.
-O nie! Zdemaskowałeś mnie!
Milo zaśmiał się głośno.
-Co powiem na kawę? Bardzo chętnie. -Odpowiedział normalnym już głosem. -Później zacznę Cię
podrywać, a Ty dasz mi swój numer. Co Ty na to?
-Chętnie. -Uśmiechnęła się zadziornie i odwróciła.
Chłopak poszedł za nią. Miki trochę kulała przez złamany obcas. Szli ramię w ramię. Milo
szedł raz po prawej stronie, raz po lewej. Przez chwile szedł tyłem tuż przed nią.
Oboje zaśmiali się głośno. Widocznie Milo musiał powiedzieć coś zabawnego.
Miki czuła motyle w brzuchu. Zarumieniła się i wciągnęła z sykiem powietrze, kiedy chłopak
odgarnął długi kosmyk jej włosów i zahaczył go jej za uchem.
"Śmiały ruch" pomyślała. Milo miał w sobie coś, co intrygowało dziewczynę. Coś, co sprawiało,
że chciała go poznać. Coś, co powodowało pojawienia się rumieńców na jej twarzy. Coś "innego".
Coś, co bardzo się jej spodobało.
***
2/26/2017
Rozdział VIII
~Rafael.
Ten tydzień na pewno nie należał do jego najlepszych. Alonzo i jego banda pojawili się
w mieście, a Adam go o tym nie poinformował, chciał wyciągnąć informacje od, jak przypuszczał
jego dziewczyny, ale nie poszło to po jego myśli. Dziewczyna przerwała rozmowę i uciekła.
Kiedy spotkał ją tydzień temu w knajpce rodziców, nie mógł z nią porozmawiać, bo nie była
sama, a Rafael nie miał zamiaru wdawać się w kłótnie z jej towarzyszem. Tere od paru dni
nie dawała mu spokoju w sprawie Raimunda. Bała się, że jego młodszy brat wpadł w złe
towarzystwo, co oczywiście miał sprawdzić Rafael i zdawać jej relacje ze śledztwa.
Niezbyt podobała mu się wizja biegania za bratem i z powrotem do "Banda lunch". Do tego
wszystkiego dochodził fakt, że rodzice i Tere pilnowali go na każdym kroku, żeby ten nie
zniknął na kolejne kilka dni.
"Męczące" pomyślał i oparł się o szafkę kuchenną. Stał tak w bezruchu przez kilka minut
kiedy do kuchni weszła Ria, rzucając torbę na stół i siadając wściekle na jednym z
krzeseł.
-Co za kretyn! -Wrzasnęła i skrzyżowała ręce na piersi.
-Oho. -Rafael odsunął się od szafki i stanął bliżej siostry. -Kto?
-Joe! -Syknęła Ria nie patrząc na brata.
-Kim jest Joe? -Rafael zmarszczył czoło i przeczesał palcami włosy.
-Teraz już nikim. -Wymruczała, postawiła łokcie na stole i ukryła twarz w dłoniach.
-Faceci to idioci. -Dodała.
-Będziemy rozmawiać o chłopcach? Gdybym wiedział przyniósłbym mój ulubiony lakier do
paznokci i pudełko lodów czekoladowych. -Rafael wywrócił oczami i udał się do wyjścia.
Uskoczył w bok, dzięki czemu uniknął uderzenia kluczy, które Ria rzuciła w jego stronę.
Wyszedł z kuchni. Przez chwilę myślał o tym, żeby wyjść z domu, ale szybko z tego
zrezygnował, widząc Tere stojącą w przedpokoju.
-Wybierasz się gdzieś? -Mruknęła dziewczyna, opierając się o ścianę.
-Nie. -Spojrzał na nią wrogo.
-Co się stało z Rią? -Tere kiwnęła brodą w stronę kuchni. -Wpadła do domu i trzasnęła
drzwiami. Nie ściągnęła nawet butów -skarżyła się Tere, wymachując teatralnie rękami.
-Oczywiście później będzie musiała po sobie posprzątać, ale teraz nie wygląda najlepiej.
-Nie wiem. Mówiła coś o jakimś chłopaku. Joe? -Wymamrotał Rafael w odpowiedzi.
Z jego tonu wynikało, że mało interesuje go życie uczuciowe siostry.
-Joe? -Tere spojrzała na niego pytająco i odrzuciła włosy do tyłu. -Ostatnio mówiła coś
o Adamie. -Dodała z nutą rozbawienia w głosie.
"Adam" to imię rozbrzmiało echem w głowie chłopaka.
-Aha. -Rzucił, zmarszczył czoło i spojrzał na dziewczynę. Jego wzrok mówił "mogę już iść?",
ale Tere to zignorowała.
-Martwię się o Was. -Jej głos złagodniał i lekko przycichł.
-"Nas"? -Rafael sprawiał wrażenie, jakby dopiero przed chwilą zdał sobie sprawę z obecności
dziewczyny. Spojrzał jej prosto w oczy. -Wzięła Cię ochota na matkowanie?
-Bądź poważny. -Tere skarciła go wzrokiem.
-Wybacz. -Mruknął i machnął ręką.
-Wiesz coś o Rajmundzie? -Jej głos stał się ledwo słyszalny. Widocznie posmutniała.
-A, co miałbym wiedzieć? Nie wychodzę z domu, bo postanowiłyście z matką bawić się w
domowy areszt. Tere błagam Cię! Nie mam pięciu lat. -Rzucił oskarżycielskim tonem.
Schował ręce do kieszeni dżinsów i przygarbił się.
-To zacznij się zachowywać tak, jak przystało na Twój wiek. -Odbiła piłeczkę. -Miałeś
się dowiedzieć, czy coś mu nie grodzi! To, że nie jest Twoim bratem...
-Jest moim bratem. -Syknął Rafael, przerywając dziewczynie w połowie zdania. -
Pani wybaczy, "pani starsza", ale niczego się nie dowiedziałem. -Zgrywał się tonem małego
dziecka, zaznaczając w powietrzu cudzysłów.
Tere zacisnęła usta w wąską linię, chcąc ukryć uśmiech, który mimowolnie pojawił się na
jej twarzy.
-Przestań.
-To Ty przestań przesadzać Tere. Wyjdę, ale wrócę. Ria w końcu znajdzie miłość swojego
życia i przestanie narzekać na chłopców. -Rafael wyciągnął jedną rękę z kieszeni spodni i
podszedł bliżej dziewczyny. -Jeśli tak Cię to martwi, to sprawdzę, w co wpakował się
Raimundo. -Objął dziewczynę ramieniem i pomasował delikatnie po plecach.
-Dziękuje. -Brunetka uśmiechnęła się smutno, odsunęła od młodszego i weszła do kuchni.
"Babskie pogaduchy, co?" zaśmiał się pod nosem Rafael. Założył ulubiony komplet - glany
i skórzana kurtkę i zniknął za drzwiami.
***
Zatrzymał się przy szklanych drzwiach wejściowych do jednego z osiedlowych sklepów.
Chwile wcześniej wyciągnął paczkę papierosów z kurtki. Chciał zapalić jednego z nich, ale na
jego nieszczęście nie miał przy sobie nic, czym mógłby go podpalić. Odnalazł w kieszeni
spodni kilka monet, przeliczył je i z zadowoleniem stwierdził, że starczy mu na zakup
nowej zapalniczki. Obejrzał się przez ramię. Kilku ludzi w garniturach - lub eleganckich
garsonkach w przypadku kobiet - spacerowało wzdłuż chodnika.
Niektórzy głośno rozmawiali przez telefon, inni pośpiesznie popijali kawę z papierowych kubków.
Rafael nigdy nie mógł zrozumieć, gdzie ci ludzie się spieszą. Po co wybrali sobie pracę,
w której nie mają czasu napić się spokojnie kawy i z kim tak głośno dyskutują.
Wszedł do sklepu. Miał zamiar udać się prosto do kasy i tam poszukać zapalniczki, ale
w oczy rzuciły mu się długie blond włosy. Uśmiechnął się szeroko, przyspieszył kroku i
podszedł do dziewczyny.
-Dawno się nie widzieliśmy. -Powiedział wprost do jej ucha, pochylając się tak, że mógł
położyć brodę na jej ramieniu.
Poczuł, że mięśnie dziewczyny lekko się napięły, ale nie odwróciła się.
-Boisz się? -Zniżył głos, wciąż mówiąc wprost do jej prawego ucha, nurkując nosem w
jej długich rozpuszczonych włosach.
-Nie. -Odpowiedziała niemal automatycznie, tonem pozbawionym emocji. Odwróciła się twarzą
do chłopaka i odsunęła kilka kroków.
-To dobrze. -Uśmiechnął się szeroko i oparł ramieniem o jedną z półek. -Gdzie Twój chłopaczek?
-Pytasz o Adama? -Mruknęła. Wzięła butelkę z lemoniadą z półki i powędrowała w stronę kasy.
Rafael przeczesał włosy i podbiegł, żeby ją dogonić.
-Nie uciekaj. -Zrównał jej kroku.
-Nie uciekam. -Odpowiedziała. -Nie wiem, czy zauważyłeś bystrzaku, ale jesteśmy w miejscu,
do którego przychodzi się, żeby coś kupić. Sklepie. -Kontynuowała nie patrząc na chłopaka.
-Jak się pewnie już domyślasz, przyszłam tu coś kupić. Prościej mówiąc, to. -Pomachała
mu butelką przed nosem.
Rafael roześmiał się głośno. Spróbował zabrać jej przedmiot, ale ona była szybsza. Zabrała
rękę.
-Powiedziałam coś śmiesznego? - Zmarszczyła czoło.
-Nie. -Rafael zacisnął usta w wąską linię.
-Śmiejesz się. -Wskazała palcem jego twarz. Położyła butelkę przed sprzedawczynią.
-Wcale nie. -Drażnił się z nią Rafael.
Blondynka zapłaciła za lemoniadę i nie zwracając uwagi na chłopaka udała się do wyjścia.
Rafael już miał poprosić o zapalniczkę, ale szybko z tego zrezygnował i pobiegł za dziewczyną.
Było w niej coś, co go do niej ciągnęło. Jak magnez.
-Nie tak szybko. -Zatrzymał się przed drzwiami i przepuścił w nich blondynę.
-Śledzisz mnie? Jeśli tak, to słabo Ci to wychodzi, bo Cię widzę.
-Zabawna jesteś.
-Jestem? -Dziewczyna spojrzała na niego swoimi dużymi granatowymi oczami i uniosła kącik
ust.
Rafael skamieniał. Przez moment poczuł jak jego serce przyśpiesza. Jego rytm wrócił, co prawda
do normy, ale wydawało mu się, że jego policzki poczerwieniały. Te oczy sprawiały wrażenie,
jakby zaglądały w głąb jego. Bardzo głęboko. Jakby potrafiły wyczytać wszystko z jego umysłu
i duszy. Dziwne uczucie.
Potrząsnął głową, przez co włosy zakryły mu pole widzenia. Poprawił je szybko.
-Jesteś. -Wykrztusił z siebie, starając się brzmieć naturalnie.
Szli chwilę ramię w ramię w ciszy, którą dziewczyna przerwała.
-Słuchaj. Nie narzekam, bo zawsze miło mieć przy sobie kogoś tak zabójczo przystojnego,
ale powiesz mi, czego ode mnie oczekujesz? Nie wiem, kim jesteś i dlaczego tak się mnie
uczepiłeś.
"Zabójczo przystojny" od tego określenia Rafael obrósł w piórka. Uśmiechnął się szeroko i
złapał dziewczynę za ramię. Zatrzymali się.
-Nie uczepiłem. Po prostu wydajesz się być interesująca, no i znasz kogoś, kogo znam ja.
Mamy ze sobą coś wspólnego. -Puścił jej rękę i odwrócił się do niej ramieniem, blokując
drogę.
-Adama? On jest naszą wspólna rzeczą? -Spojrzała na niego pytająco i skrzyżowała ręce, w taki
sposób, że jej piersi uniosły się lekko. Pod czarnym płaszczykiem, ubrana była w granatową
bokserkę z wyciętym dekoltem. Rafael przeklinał się w duchu i walczył sam ze sobą, aby
utrzymać wzrok na poziomie jej oczu.
-Dokładnie. -Odchrząknął.
-Już Ci mówiłam, nie mieszam się w Wasze sprawy. -Syknęła przez zaciśnięte zęby.
-Nie musisz, się mieszać. Wręcz nie powinnaś. -Zaśmiał się, ale w jego śmiechu nie było ani
krzty rozbawienia.
-Więc, o co Ci do cholery chodzi? -Próbowała go wyminąć, ale Rafael szybko jej przeszkodził.
-O ni... już nieważne. Adam mi już teraz nie pomoże. -Odpowiedział.
-Nie rozumiem. -Blond włosa wywróciła oczami.
-Trudno. -Hiszpan wzruszył ramionami. Odsunął się, pozwalając dziewczynie zmienić pozycję.
-Widziałem Cię ostatnio. -Wymamrotał.
-Aha. -Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni telefon i zaczęła stukać długimi paznokciami w
ekran.
-Może to przeznaczenie, że tak często na siebie wpadamy? -Przysunął się bliżej, uśmiechając
się szeroko.
-Albo jesteś psychopatą, który nie daje mi spokoju. -Odpowiedziała i spojrzała na niego
prowokująco.
-Wolę wersję z przeznaczeniem. -Westchnął i odsłonił oczy, zaczesując grzywkę do tyłu.
-Tylko się nie zakochaj. -Wpatrywała się w niego tym samym prowokującym wzrokiem.
Rafael odsłonił rząd białych zębów i pochylił głowę. Przysunął powoli swoją twarz do
twarzy niebieskookiej.
-Nawet nie próbuj. -Zatrzymała go, kładąc dłoń na jego ustach. -Miło było, ale musze lecieć.
-Pomachała mu przed nosem jasnym ekranem telefonu.
-Chłopak? -Zaciekawił się Rafael i odsunął od dziewczyny.
-Blisko. Siostra. -Zaśmiała się cicho. Nie czekając na odpowiedź wyminęła go z gracją i
powędrowała wzdłuż chodnika. Rafael wpatrywał się w jej znikającą sylwetkę. Odgłos jej
stukających obcasów ucichł. Przetarł dłonią po twarzy, zaklął po hiszpańsku i z uśmiechem
na twarzy wrócił do sklepu.
***
-Może być czerwona. -Odpowiedział na pytanie sprzedawczyni, odnośnie koloru zapalniczki.
Mówił tak niskim tonem, że prawie mruczał.
Dziewczyna za ladą oblała się rumieńcem i szybko podała mu czerwony przedmiot.
-Dzięki. -Zapłacił i po raz kolejny wyszedł na zewnątrz.
"Deja vu?" podrapał się po głowie. Rozejrzał się dookoła. Nic ciekawego nie przykuło jego
wzroku. Przez moment zastanawiał się, czy nie podejść do krótkowłosej dziewczyny siedzącej na
ławce po drugiej stronie ulicy. Zrezygnował z tego i udał się w stronę ulicy zabudowanej
starymi kamienicami.
Szedł wolno, kopiąc, co jakiś czas pojedyncze kamienie. Zatrzymał się. Nie dotarł, co prawda
na miejsce, ale zauważył coś dziwnego.
Na przeciwko stał znajomy chłopak. Ubrany w przetarte dżinsy i czarną bluzę z kapturem.
Raimundo. Rozpoznał go od razu. Szesnastolatek nie był jednak sam. Po jego prawej stronie
stał wysoki, barczysty mężczyzna.
Rozmawiali, po czym wyższy poklepał Rajmunda po ramieniu i odwrócił się na
pięcie. Rafael zwrócił szczególną uwagę na plecy mężczyzny. Na kurtce wyszyty był duży
smok, wijący się wzdłuż litery "A".
"Alonzo" pomyślał Rafael i ruszył w stronę brata.
-Kto to? -Zapytał nie witając się.
-Kumpel. -Odpowiedział młodszy i uśmiechnął się delikatnie.
-Dziwny. -Rafael wpatrywał się w brata podejrzliwie.
-Sam jesteś dziwny. -Zaśmiał się nerwowo Raimundo i pobiegł schodami przed siebie.
Kiedy Rafael dotarł na górę, młodszy zniknął za drzwiami swojego pokoju.
Podrapał się po głowie i westchnął głośno. Czego Alonzo mógł chcieć od jego młodszego brata?
"Głupie pytanie" skarcił się w duchu. To oczywiste, że chciał przez Raimunda dotrzeć do
Ramira. Zdjął buty i wszedł do kuchni. Otworzył lodówkę i wyciągnął z niej butelkę z wodą.
-Szybko wróciłeś. -Usłyszał zza pleców.
Odwrócił się. Jego oczom ukazała się szczupła kobieta z lekko kręconymi, długimi, kruczoczarnymi
włosami. Uśmiechała się do niego ciepło.
-Madre. -Powiedział na powitanie. -Miło Cię widzieć w domu. -Dodał i upił łyk wody.
-Ciebie również. -Zachichotała cicho.
Rafael oparł się o szafkę kuchenną. Matka podeszła bliżej. Odrzuciła włosy do tyłu i oparła
się tyłkiem o szafkę, stała ramię w ramię z synem.
Stali w ciszy. Rafael zdał sobie sprawę z tego, że dawno tego nie robili. Nie potrzebował
rozmowy. Cieszył się z obecności matki. Przypomniał sobie, jak razem z starszym bratem
pomagali jej gotować. Biegali po kuchni, tucząc naczynia. Idoya nigdy się nie złościła,
uśmiechała się smutno i spoglądała na nich karcącym wzrokiem, ale nigdy nie krzyczała.
Kiedy do domu wracał ojciec, nigdy nie wydała dzieci. Mówiła, że talerz, czy szklanka
wypadły jej z rąk podczas sprzątania.
Rozmyślania przerwał mu radosny okrzyk dziecka. Do kuchni wpadł mały czarnulek - Remigio.
Maluch podbiegł do brata z szerokim uśmiechem.
-Rafael! - Krzyknął i uczepił się nogawki jego spodni.
-Cześć łobuzie. -Rafael poczochrał go po włosach. Pochylił się i wziął brata na ręce.
Chłopiec złapał się mocno jego ramion, zaciskając piąstki na skórzanej kurtce.
-Cóż za radość. -Zaśmiała się Idoya.
Rafael uśmiechnął się do niej ciepło i spojrzał w stronę drzwi.
-Cześć. -Powiedział widząc szczupłego bruneta stojącego w progu.
Chłopak kiwnął głową i uśmiechnął się nieśmiało.
-Renato. -Zwróciła się do niego matka. -To już wiem, skąd wziął się tu Remigio.
-Usłyszał, że wrócił Rafael i nie dałem rady zatrzymać go w pokoju. -Powiedział cicho
Renato, odwracając wzrok. Zaczął bawić się łańcuchem przyczepionym do spodni.
-Nic się nie stało. -Rafael wrócił wzrokiem do najmłodszego. -Dzięki za miłe powitanie,
ale idę do pokoju. -Odstawił brata na podłogę. Zabrał swoją butelkę i udał się w stronę drzwi.
Poklepał Renata po ramieniu.
***
Siedział na ławce w parku i przyglądał się biegającemu młodszemu bratu. Remigio wymachiwał
patykiem i straszył ptaki dziobiące w ziemi. Rafael od kilku dni był grzecznym i przykładnym
synem i bratem. Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i zapalniczkę. Zapalił jednego.
Przeszkadzał mu wiatr, więc postanowił zmienić miejsce. Wstał i podszedł do dużego drzewa.
Oparł się ramieniem o jego korę. Nagle poczuł, że coś wbija mu się w plecy.
-Banda. -Usłyszał zachrypnięty męski głos zza pleców. -Dawno się nie widzieliśmy.
Rafael nie musiał się odwracać, żeby dowiedzieć się, kto do niego mówił.
Manuel Alonzo.
-Jestem z dzieciakiem. -Syknął przez zęby Rafael. -Odłóż, chociaż klamkę. -Dodał czując
broń, która coraz mocniej wbijała się w jego plecy.
-Starszy braciszek, co? -Zaśmiał się, rechocząc Alonzo.
Rafael odwrócił się. Jego oczom ukazał się niższy o pół głowy mężczyzna. Ubrany w czarne
spodnie i rozpiętą elegancką marynarkę. Jego szpakowate włosy opadały na twarz, na której
malował się okropny, szeroki uśmiech.
-Czekam na kogoś. -Skłamał Rafael.
-Na nas? -Manuel wskazał brodą dwóch mężczyzn stojących po jego lewej stronie.
Rafael rozpoznał w nich mężczyznę z wczoraj. Miał rację, wokół jego brata kręcił się Alonzo.
-Czego chcesz? -Banda spojrzał na niego wściekle. Jego mięśnie mimowolnie się napięły.
-Spokojnie. -Zaśmiał się Alonzo.
Rafael przeklął po hiszpańsku.
-Nie będziemy tu rozmawiać. -Odpowiedział Manuel, chowając broń za kamizelkę. -Masz.
-Cisnął w chłopaka kartką z adresem. -Przyjdź tu, to porozmawiamy. Sam.
Rafael rozejrzał się, szukając wzrokiem brata.
-Chyba, że pójdziesz z nami teraz. -Alonzo uśmiechnął się nieszczerze.
Kątem oka Rafael zauważył zarys dobrze znanej mu sylwetki.
-Wybaczcie panowie, ale teraz nie mogę. -Odwrócił się szybko i pobiegł przed siebie.
Podszedł od tyłu do dziewczyny, chwycił ją mocno za ramię powyżej łokcia i odwrócił
twarzą w swoją stronę.
-Ja prowadzę. -Rzucił i uśmiechnął się szeroko.
-Co? -Zapytała zdziwiona blondyna, ale nie zdążyła nic więcej powiedzieć, bo Rafael ujął jej wargi
w swoje i pocałował namiętnie.
Chłopak objął ją w tali i przyciągnął bliżej siebie. Chciał, żeby wyglądali realistycznie.
Nie przerywając pocałunku spojrzał w stronę drzewa, pod którym stał chwilę wcześniej.
Alonza i jego towarzyszy już nie było. "Kochani" pomyślał. "Dali mi na chwilę
prywatności."
Odsunął się od dziewczyny.
-Nieźle pogrywasz. – Niebieskooka prawie krzyczała.
Uniosła rękę, chciała spoliczkować Rafaela, ale ten uchylił się w porę.
Blond włosa odwróciła głowę i spojrzała w dół. Rafael powtórzył jej czyn.
Zobaczył Remigio stojącego tuż za nią i trzymającego kawałek materiału jej płaszcza w
rączce.
-Jesteś dziewczyną Rafaela? -Zapytał piskliwym głosem.
-Rafael? -Dziewczyna wróciła wzrokiem do czarnowłosego. Uniosła brew. -Grabisz sobie Rafael.
Remigio spoglądał to na nią, to na brata. Starszy nie wiedział, co odpowiedzieć, więc wpatrywał się
w blondynkę w ciszy.
***
Ten tydzień na pewno nie należał do jego najlepszych. Alonzo i jego banda pojawili się
w mieście, a Adam go o tym nie poinformował, chciał wyciągnąć informacje od, jak przypuszczał
jego dziewczyny, ale nie poszło to po jego myśli. Dziewczyna przerwała rozmowę i uciekła.
Kiedy spotkał ją tydzień temu w knajpce rodziców, nie mógł z nią porozmawiać, bo nie była
sama, a Rafael nie miał zamiaru wdawać się w kłótnie z jej towarzyszem. Tere od paru dni
nie dawała mu spokoju w sprawie Raimunda. Bała się, że jego młodszy brat wpadł w złe
towarzystwo, co oczywiście miał sprawdzić Rafael i zdawać jej relacje ze śledztwa.
Niezbyt podobała mu się wizja biegania za bratem i z powrotem do "Banda lunch". Do tego
wszystkiego dochodził fakt, że rodzice i Tere pilnowali go na każdym kroku, żeby ten nie
zniknął na kolejne kilka dni.
"Męczące" pomyślał i oparł się o szafkę kuchenną. Stał tak w bezruchu przez kilka minut
kiedy do kuchni weszła Ria, rzucając torbę na stół i siadając wściekle na jednym z
krzeseł.
-Co za kretyn! -Wrzasnęła i skrzyżowała ręce na piersi.
-Oho. -Rafael odsunął się od szafki i stanął bliżej siostry. -Kto?
-Joe! -Syknęła Ria nie patrząc na brata.
-Kim jest Joe? -Rafael zmarszczył czoło i przeczesał palcami włosy.
-Teraz już nikim. -Wymruczała, postawiła łokcie na stole i ukryła twarz w dłoniach.
-Faceci to idioci. -Dodała.
-Będziemy rozmawiać o chłopcach? Gdybym wiedział przyniósłbym mój ulubiony lakier do
paznokci i pudełko lodów czekoladowych. -Rafael wywrócił oczami i udał się do wyjścia.
Uskoczył w bok, dzięki czemu uniknął uderzenia kluczy, które Ria rzuciła w jego stronę.
Wyszedł z kuchni. Przez chwilę myślał o tym, żeby wyjść z domu, ale szybko z tego
zrezygnował, widząc Tere stojącą w przedpokoju.
-Wybierasz się gdzieś? -Mruknęła dziewczyna, opierając się o ścianę.
-Nie. -Spojrzał na nią wrogo.
-Co się stało z Rią? -Tere kiwnęła brodą w stronę kuchni. -Wpadła do domu i trzasnęła
drzwiami. Nie ściągnęła nawet butów -skarżyła się Tere, wymachując teatralnie rękami.
-Oczywiście później będzie musiała po sobie posprzątać, ale teraz nie wygląda najlepiej.
-Nie wiem. Mówiła coś o jakimś chłopaku. Joe? -Wymamrotał Rafael w odpowiedzi.
Z jego tonu wynikało, że mało interesuje go życie uczuciowe siostry.
-Joe? -Tere spojrzała na niego pytająco i odrzuciła włosy do tyłu. -Ostatnio mówiła coś
o Adamie. -Dodała z nutą rozbawienia w głosie.
"Adam" to imię rozbrzmiało echem w głowie chłopaka.
-Aha. -Rzucił, zmarszczył czoło i spojrzał na dziewczynę. Jego wzrok mówił "mogę już iść?",
ale Tere to zignorowała.
-Martwię się o Was. -Jej głos złagodniał i lekko przycichł.
-"Nas"? -Rafael sprawiał wrażenie, jakby dopiero przed chwilą zdał sobie sprawę z obecności
dziewczyny. Spojrzał jej prosto w oczy. -Wzięła Cię ochota na matkowanie?
-Bądź poważny. -Tere skarciła go wzrokiem.
-Wybacz. -Mruknął i machnął ręką.
-Wiesz coś o Rajmundzie? -Jej głos stał się ledwo słyszalny. Widocznie posmutniała.
-A, co miałbym wiedzieć? Nie wychodzę z domu, bo postanowiłyście z matką bawić się w
domowy areszt. Tere błagam Cię! Nie mam pięciu lat. -Rzucił oskarżycielskim tonem.
Schował ręce do kieszeni dżinsów i przygarbił się.
-To zacznij się zachowywać tak, jak przystało na Twój wiek. -Odbiła piłeczkę. -Miałeś
się dowiedzieć, czy coś mu nie grodzi! To, że nie jest Twoim bratem...
-Jest moim bratem. -Syknął Rafael, przerywając dziewczynie w połowie zdania. -
Pani wybaczy, "pani starsza", ale niczego się nie dowiedziałem. -Zgrywał się tonem małego
dziecka, zaznaczając w powietrzu cudzysłów.
Tere zacisnęła usta w wąską linię, chcąc ukryć uśmiech, który mimowolnie pojawił się na
jej twarzy.
-Przestań.
-To Ty przestań przesadzać Tere. Wyjdę, ale wrócę. Ria w końcu znajdzie miłość swojego
życia i przestanie narzekać na chłopców. -Rafael wyciągnął jedną rękę z kieszeni spodni i
podszedł bliżej dziewczyny. -Jeśli tak Cię to martwi, to sprawdzę, w co wpakował się
Raimundo. -Objął dziewczynę ramieniem i pomasował delikatnie po plecach.
-Dziękuje. -Brunetka uśmiechnęła się smutno, odsunęła od młodszego i weszła do kuchni.
"Babskie pogaduchy, co?" zaśmiał się pod nosem Rafael. Założył ulubiony komplet - glany
i skórzana kurtkę i zniknął za drzwiami.
***
Zatrzymał się przy szklanych drzwiach wejściowych do jednego z osiedlowych sklepów.
Chwile wcześniej wyciągnął paczkę papierosów z kurtki. Chciał zapalić jednego z nich, ale na
jego nieszczęście nie miał przy sobie nic, czym mógłby go podpalić. Odnalazł w kieszeni
spodni kilka monet, przeliczył je i z zadowoleniem stwierdził, że starczy mu na zakup
nowej zapalniczki. Obejrzał się przez ramię. Kilku ludzi w garniturach - lub eleganckich
garsonkach w przypadku kobiet - spacerowało wzdłuż chodnika.
Niektórzy głośno rozmawiali przez telefon, inni pośpiesznie popijali kawę z papierowych kubków.
Rafael nigdy nie mógł zrozumieć, gdzie ci ludzie się spieszą. Po co wybrali sobie pracę,
w której nie mają czasu napić się spokojnie kawy i z kim tak głośno dyskutują.
Wszedł do sklepu. Miał zamiar udać się prosto do kasy i tam poszukać zapalniczki, ale
w oczy rzuciły mu się długie blond włosy. Uśmiechnął się szeroko, przyspieszył kroku i
podszedł do dziewczyny.
-Dawno się nie widzieliśmy. -Powiedział wprost do jej ucha, pochylając się tak, że mógł
położyć brodę na jej ramieniu.
Poczuł, że mięśnie dziewczyny lekko się napięły, ale nie odwróciła się.
-Boisz się? -Zniżył głos, wciąż mówiąc wprost do jej prawego ucha, nurkując nosem w
jej długich rozpuszczonych włosach.
-Nie. -Odpowiedziała niemal automatycznie, tonem pozbawionym emocji. Odwróciła się twarzą
do chłopaka i odsunęła kilka kroków.
-To dobrze. -Uśmiechnął się szeroko i oparł ramieniem o jedną z półek. -Gdzie Twój chłopaczek?
-Pytasz o Adama? -Mruknęła. Wzięła butelkę z lemoniadą z półki i powędrowała w stronę kasy.
Rafael przeczesał włosy i podbiegł, żeby ją dogonić.
-Nie uciekaj. -Zrównał jej kroku.
-Nie uciekam. -Odpowiedziała. -Nie wiem, czy zauważyłeś bystrzaku, ale jesteśmy w miejscu,
do którego przychodzi się, żeby coś kupić. Sklepie. -Kontynuowała nie patrząc na chłopaka.
-Jak się pewnie już domyślasz, przyszłam tu coś kupić. Prościej mówiąc, to. -Pomachała
mu butelką przed nosem.
Rafael roześmiał się głośno. Spróbował zabrać jej przedmiot, ale ona była szybsza. Zabrała
rękę.
-Powiedziałam coś śmiesznego? - Zmarszczyła czoło.
-Nie. -Rafael zacisnął usta w wąską linię.
-Śmiejesz się. -Wskazała palcem jego twarz. Położyła butelkę przed sprzedawczynią.
-Wcale nie. -Drażnił się z nią Rafael.
Blondynka zapłaciła za lemoniadę i nie zwracając uwagi na chłopaka udała się do wyjścia.
Rafael już miał poprosić o zapalniczkę, ale szybko z tego zrezygnował i pobiegł za dziewczyną.
Było w niej coś, co go do niej ciągnęło. Jak magnez.
-Nie tak szybko. -Zatrzymał się przed drzwiami i przepuścił w nich blondynę.
-Śledzisz mnie? Jeśli tak, to słabo Ci to wychodzi, bo Cię widzę.
-Zabawna jesteś.
-Jestem? -Dziewczyna spojrzała na niego swoimi dużymi granatowymi oczami i uniosła kącik
ust.
Rafael skamieniał. Przez moment poczuł jak jego serce przyśpiesza. Jego rytm wrócił, co prawda
do normy, ale wydawało mu się, że jego policzki poczerwieniały. Te oczy sprawiały wrażenie,
jakby zaglądały w głąb jego. Bardzo głęboko. Jakby potrafiły wyczytać wszystko z jego umysłu
i duszy. Dziwne uczucie.
Potrząsnął głową, przez co włosy zakryły mu pole widzenia. Poprawił je szybko.
-Jesteś. -Wykrztusił z siebie, starając się brzmieć naturalnie.
Szli chwilę ramię w ramię w ciszy, którą dziewczyna przerwała.
-Słuchaj. Nie narzekam, bo zawsze miło mieć przy sobie kogoś tak zabójczo przystojnego,
ale powiesz mi, czego ode mnie oczekujesz? Nie wiem, kim jesteś i dlaczego tak się mnie
uczepiłeś.
"Zabójczo przystojny" od tego określenia Rafael obrósł w piórka. Uśmiechnął się szeroko i
złapał dziewczynę za ramię. Zatrzymali się.
-Nie uczepiłem. Po prostu wydajesz się być interesująca, no i znasz kogoś, kogo znam ja.
Mamy ze sobą coś wspólnego. -Puścił jej rękę i odwrócił się do niej ramieniem, blokując
drogę.
-Adama? On jest naszą wspólna rzeczą? -Spojrzała na niego pytająco i skrzyżowała ręce, w taki
sposób, że jej piersi uniosły się lekko. Pod czarnym płaszczykiem, ubrana była w granatową
bokserkę z wyciętym dekoltem. Rafael przeklinał się w duchu i walczył sam ze sobą, aby
utrzymać wzrok na poziomie jej oczu.
-Dokładnie. -Odchrząknął.
-Już Ci mówiłam, nie mieszam się w Wasze sprawy. -Syknęła przez zaciśnięte zęby.
-Nie musisz, się mieszać. Wręcz nie powinnaś. -Zaśmiał się, ale w jego śmiechu nie było ani
krzty rozbawienia.
-Więc, o co Ci do cholery chodzi? -Próbowała go wyminąć, ale Rafael szybko jej przeszkodził.
-O ni... już nieważne. Adam mi już teraz nie pomoże. -Odpowiedział.
-Nie rozumiem. -Blond włosa wywróciła oczami.
-Trudno. -Hiszpan wzruszył ramionami. Odsunął się, pozwalając dziewczynie zmienić pozycję.
-Widziałem Cię ostatnio. -Wymamrotał.
-Aha. -Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni telefon i zaczęła stukać długimi paznokciami w
ekran.
-Może to przeznaczenie, że tak często na siebie wpadamy? -Przysunął się bliżej, uśmiechając
się szeroko.
-Albo jesteś psychopatą, który nie daje mi spokoju. -Odpowiedziała i spojrzała na niego
prowokująco.
-Wolę wersję z przeznaczeniem. -Westchnął i odsłonił oczy, zaczesując grzywkę do tyłu.
-Tylko się nie zakochaj. -Wpatrywała się w niego tym samym prowokującym wzrokiem.
Rafael odsłonił rząd białych zębów i pochylił głowę. Przysunął powoli swoją twarz do
twarzy niebieskookiej.
-Nawet nie próbuj. -Zatrzymała go, kładąc dłoń na jego ustach. -Miło było, ale musze lecieć.
-Pomachała mu przed nosem jasnym ekranem telefonu.
-Chłopak? -Zaciekawił się Rafael i odsunął od dziewczyny.
-Blisko. Siostra. -Zaśmiała się cicho. Nie czekając na odpowiedź wyminęła go z gracją i
powędrowała wzdłuż chodnika. Rafael wpatrywał się w jej znikającą sylwetkę. Odgłos jej
stukających obcasów ucichł. Przetarł dłonią po twarzy, zaklął po hiszpańsku i z uśmiechem
na twarzy wrócił do sklepu.
***
-Może być czerwona. -Odpowiedział na pytanie sprzedawczyni, odnośnie koloru zapalniczki.
Mówił tak niskim tonem, że prawie mruczał.
Dziewczyna za ladą oblała się rumieńcem i szybko podała mu czerwony przedmiot.
-Dzięki. -Zapłacił i po raz kolejny wyszedł na zewnątrz.
"Deja vu?" podrapał się po głowie. Rozejrzał się dookoła. Nic ciekawego nie przykuło jego
wzroku. Przez moment zastanawiał się, czy nie podejść do krótkowłosej dziewczyny siedzącej na
ławce po drugiej stronie ulicy. Zrezygnował z tego i udał się w stronę ulicy zabudowanej
starymi kamienicami.
Szedł wolno, kopiąc, co jakiś czas pojedyncze kamienie. Zatrzymał się. Nie dotarł, co prawda
na miejsce, ale zauważył coś dziwnego.
Na przeciwko stał znajomy chłopak. Ubrany w przetarte dżinsy i czarną bluzę z kapturem.
Raimundo. Rozpoznał go od razu. Szesnastolatek nie był jednak sam. Po jego prawej stronie
stał wysoki, barczysty mężczyzna.
Rozmawiali, po czym wyższy poklepał Rajmunda po ramieniu i odwrócił się na
pięcie. Rafael zwrócił szczególną uwagę na plecy mężczyzny. Na kurtce wyszyty był duży
smok, wijący się wzdłuż litery "A".
"Alonzo" pomyślał Rafael i ruszył w stronę brata.
-Kto to? -Zapytał nie witając się.
-Kumpel. -Odpowiedział młodszy i uśmiechnął się delikatnie.
-Dziwny. -Rafael wpatrywał się w brata podejrzliwie.
-Sam jesteś dziwny. -Zaśmiał się nerwowo Raimundo i pobiegł schodami przed siebie.
Kiedy Rafael dotarł na górę, młodszy zniknął za drzwiami swojego pokoju.
Podrapał się po głowie i westchnął głośno. Czego Alonzo mógł chcieć od jego młodszego brata?
"Głupie pytanie" skarcił się w duchu. To oczywiste, że chciał przez Raimunda dotrzeć do
Ramira. Zdjął buty i wszedł do kuchni. Otworzył lodówkę i wyciągnął z niej butelkę z wodą.
-Szybko wróciłeś. -Usłyszał zza pleców.
Odwrócił się. Jego oczom ukazała się szczupła kobieta z lekko kręconymi, długimi, kruczoczarnymi
włosami. Uśmiechała się do niego ciepło.
-Madre. -Powiedział na powitanie. -Miło Cię widzieć w domu. -Dodał i upił łyk wody.
-Ciebie również. -Zachichotała cicho.
Rafael oparł się o szafkę kuchenną. Matka podeszła bliżej. Odrzuciła włosy do tyłu i oparła
się tyłkiem o szafkę, stała ramię w ramię z synem.
Stali w ciszy. Rafael zdał sobie sprawę z tego, że dawno tego nie robili. Nie potrzebował
rozmowy. Cieszył się z obecności matki. Przypomniał sobie, jak razem z starszym bratem
pomagali jej gotować. Biegali po kuchni, tucząc naczynia. Idoya nigdy się nie złościła,
uśmiechała się smutno i spoglądała na nich karcącym wzrokiem, ale nigdy nie krzyczała.
Kiedy do domu wracał ojciec, nigdy nie wydała dzieci. Mówiła, że talerz, czy szklanka
wypadły jej z rąk podczas sprzątania.
Rozmyślania przerwał mu radosny okrzyk dziecka. Do kuchni wpadł mały czarnulek - Remigio.
Maluch podbiegł do brata z szerokim uśmiechem.
-Rafael! - Krzyknął i uczepił się nogawki jego spodni.
-Cześć łobuzie. -Rafael poczochrał go po włosach. Pochylił się i wziął brata na ręce.
Chłopiec złapał się mocno jego ramion, zaciskając piąstki na skórzanej kurtce.
-Cóż za radość. -Zaśmiała się Idoya.
Rafael uśmiechnął się do niej ciepło i spojrzał w stronę drzwi.
-Cześć. -Powiedział widząc szczupłego bruneta stojącego w progu.
Chłopak kiwnął głową i uśmiechnął się nieśmiało.
-Renato. -Zwróciła się do niego matka. -To już wiem, skąd wziął się tu Remigio.
-Usłyszał, że wrócił Rafael i nie dałem rady zatrzymać go w pokoju. -Powiedział cicho
Renato, odwracając wzrok. Zaczął bawić się łańcuchem przyczepionym do spodni.
-Nic się nie stało. -Rafael wrócił wzrokiem do najmłodszego. -Dzięki za miłe powitanie,
ale idę do pokoju. -Odstawił brata na podłogę. Zabrał swoją butelkę i udał się w stronę drzwi.
Poklepał Renata po ramieniu.
***
Siedział na ławce w parku i przyglądał się biegającemu młodszemu bratu. Remigio wymachiwał
patykiem i straszył ptaki dziobiące w ziemi. Rafael od kilku dni był grzecznym i przykładnym
synem i bratem. Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i zapalniczkę. Zapalił jednego.
Przeszkadzał mu wiatr, więc postanowił zmienić miejsce. Wstał i podszedł do dużego drzewa.
Oparł się ramieniem o jego korę. Nagle poczuł, że coś wbija mu się w plecy.
-Banda. -Usłyszał zachrypnięty męski głos zza pleców. -Dawno się nie widzieliśmy.
Rafael nie musiał się odwracać, żeby dowiedzieć się, kto do niego mówił.
Manuel Alonzo.
-Jestem z dzieciakiem. -Syknął przez zęby Rafael. -Odłóż, chociaż klamkę. -Dodał czując
broń, która coraz mocniej wbijała się w jego plecy.
-Starszy braciszek, co? -Zaśmiał się, rechocząc Alonzo.
Rafael odwrócił się. Jego oczom ukazał się niższy o pół głowy mężczyzna. Ubrany w czarne
spodnie i rozpiętą elegancką marynarkę. Jego szpakowate włosy opadały na twarz, na której
malował się okropny, szeroki uśmiech.
-Czekam na kogoś. -Skłamał Rafael.
-Na nas? -Manuel wskazał brodą dwóch mężczyzn stojących po jego lewej stronie.
Rafael rozpoznał w nich mężczyznę z wczoraj. Miał rację, wokół jego brata kręcił się Alonzo.
-Czego chcesz? -Banda spojrzał na niego wściekle. Jego mięśnie mimowolnie się napięły.
-Spokojnie. -Zaśmiał się Alonzo.
Rafael przeklął po hiszpańsku.
-Nie będziemy tu rozmawiać. -Odpowiedział Manuel, chowając broń za kamizelkę. -Masz.
-Cisnął w chłopaka kartką z adresem. -Przyjdź tu, to porozmawiamy. Sam.
Rafael rozejrzał się, szukając wzrokiem brata.
-Chyba, że pójdziesz z nami teraz. -Alonzo uśmiechnął się nieszczerze.
Kątem oka Rafael zauważył zarys dobrze znanej mu sylwetki.
-Wybaczcie panowie, ale teraz nie mogę. -Odwrócił się szybko i pobiegł przed siebie.
Podszedł od tyłu do dziewczyny, chwycił ją mocno za ramię powyżej łokcia i odwrócił
twarzą w swoją stronę.
-Ja prowadzę. -Rzucił i uśmiechnął się szeroko.
-Co? -Zapytała zdziwiona blondyna, ale nie zdążyła nic więcej powiedzieć, bo Rafael ujął jej wargi
w swoje i pocałował namiętnie.
Chłopak objął ją w tali i przyciągnął bliżej siebie. Chciał, żeby wyglądali realistycznie.
Nie przerywając pocałunku spojrzał w stronę drzewa, pod którym stał chwilę wcześniej.
Alonza i jego towarzyszy już nie było. "Kochani" pomyślał. "Dali mi na chwilę
prywatności."
Odsunął się od dziewczyny.
-Nieźle pogrywasz. – Niebieskooka prawie krzyczała.
Uniosła rękę, chciała spoliczkować Rafaela, ale ten uchylił się w porę.
Blond włosa odwróciła głowę i spojrzała w dół. Rafael powtórzył jej czyn.
Zobaczył Remigio stojącego tuż za nią i trzymającego kawałek materiału jej płaszcza w
rączce.
-Jesteś dziewczyną Rafaela? -Zapytał piskliwym głosem.
-Rafael? -Dziewczyna wróciła wzrokiem do czarnowłosego. Uniosła brew. -Grabisz sobie Rafael.
Remigio spoglądał to na nią, to na brata. Starszy nie wiedział, co odpowiedzieć, więc wpatrywał się
w blondynkę w ciszy.
***
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)