3/13/2017

Rozdział X

~Jackob.


-Nie ma mowy. -Stwierdził Jackob i wrócił wzrokiem do Willa.
Chłopak stał za ladą baru, naprzeciwko niego, opierając się całym swoim ciężarem na łokciach.
-Czemu nie? -Mruknął z niezadowoleniem brunet.
-Bo nie. -Jackob podniósł głos. Speszył się i dodał ciszej. -Nie jest w moim typie.
-A, kto jest? -Uśmiechnął się Will i pochylił nad młodszym.
Jackob nie odpowiedział. Odwrócił wzrok i zaczął bawić się słomką, którą dostał w zestawie
do swojej coli.
-Kai? -Szepnął Will i zmarszczył brwi.
Jackob drgnął i spojrzał na niego wrogo. -Nie. -Syknął.
-W takim razie porozmawiaj z nim. -Kiwnął głową i wskazał palcem blondyna stojącego
przy, oklejonych plakatami, drzwiach wejściowych.
-Nie. Przecież to facet. -Skrzywił się Jackob.
Ponad dwie godziny wcześniej przyszedł do "Men Only" i od razu usadowił się przy barze.
Rozmawiali z Willem o mało istotnych tematach, kiedy nagle chłopak zaproponował, żeby
Jackob spróbował się z kimś zaprzyjaźnić. Miał oczywiście na myśli tego rodzaju przyjaźń.
Wskazał barczystego bruneta, pijącego drinka przy jednym ze stolików. Kiedy Jackob odrzucił jego
propozycję, pokazał mu jakiegoś szatyna w rozpiętej czarnej koszuli i podartych dżinsach,
wijącego się na parkiecie. On również nie został mile odebrany przez Jackoba.
W końcu padło na blondyna w okularach, który wchodził właśnie do baru. Will zauważył go
pierwszy i szturchnął młodszego w ramię, aby ten się odwrócił. Jackob musiał przyznać,
że chłopak był przystojny, bardzo. Gdyby był Willem podszedłby do niego i powiedział jeden
z tych zabawnych tekstów na podryw, ale niestety był sobą. Nieśmiałym, zwyczajnym, chuderlawym
licealistą. Nie mógł tak po prostu wstać i zacząć podrywać kogoś z "wyższej ligi".
-Jeśli nie interesują Cię faceci, to umów się z dziewczyną. -Odpowiedział Will.
-Nie znoszę dziewczyn. -Mruknął blondyn i opadł czołem na blat baru.
-To będziesz musiał je polubić, bo zamieniasz się w jedną z nich. -Will wywrócił oczami i podszedł
do mężczyzny, który najwidoczniej chciał zamówić drinka.
"Zabawne" pomyślał Jackob i podniósł gwałtownie głowę. Wyciągnął z kieszeni spodni telefon i zaczął
wpatrywać się w ekran. Chciał pograć w jakąś grę i poczekać, aż jego przyjaciel skończy
obsługiwać klientów. Jackob domyślił się, że nie potrwa krótko. Był piątek wieczór,
więc ruch w barze był duży. W czasie, kiedy jeden mężczyzna wychodził, do środka wchodziło
co najmniej dwóch na jego miejsce. Większość kierowała się od razu w stronę baru. Niektórzy w celu kupienia
jakiegoś alkoholu, ale znajdywali się też tacy, którzy chcieli po prostu porozmawiać
- lub jak uważał Jackob - zacząć podrywać, przystojnego barmana. Poczuł wibrację.
Na ekranie telefonu pojawił się komunikat "nowa wiadomość". Jackob od razu ją wyświetlił.
 "Od: Amber

Hej JB! Pożyczysz mi notatki z matmy? Jestem teraz w pobliżu Twojego domu. Odpisz!
xoxo."

"Xoxo?" Jackob zmarszczył czoło. Nie rozumiał, po co dziewczyna dopisała owe pozdrowienia
pod koniec wiadomości. Przecież nie był żadną z jej przyjaciółek. "Dlatego właśnie nie
lubię dziewczyn" pomyślał i przeczesał palcami włosy. Zatknął kosmyk dłuższej grzywki
za ucho i zabrał się za odpisywanie.
"Do: Amber

Ok. Będę w domu za pół godziny. Możemy spotkać się na stacji metra."

Zastanawiał się przez chwilę, czy nie dopisać na końcu "xoxo", ale szybko skarcił się w myślach,
za ten pomysł. Wstał, założył kurtkę, która wisiała na oparciu jego krzesła, przewiesił przez ramie torbę
i udał się w stronę wyjścia.
-Wychodzisz? -Usłyszał zza pleców znajomy głos.
-Musze iść. -Odpowiedział nie odwracając się.
-Szkoda. -Mruknął w odpowiedzi chłopak i poczochrał Jackoba po włosach.
-Mhm. -Wymamrotał licealista, odwrócił głowę do tyłu i wykrzywił kąciki ust w niezdarny uśmiech.
Will stał za nim, z tacą pełną pustych szklanek w jednej ręce. Przyglądał się Jackobowi z zadziornym
uśmiechem na twarzy.
-To leć. - Mrugnął do niego znacząco i klepnął go w tyłek wolą dłonią.
Jackob wciągnął z sykiem powietrze. Ścisnął usta w wąską linię i uderzył pięścią w pierś Willa.
Chłopak odszedł śmiejąc się pod nosem, zbierając po drodze puste szklanki ze stolików.
Zawsze taki był. Traktował Jackoba jak dziecko, dokuczał mu i prowokował. Przez rok nic się nie
zmieniło, ani Will, ani bar, w którym pracował. Jasnoniebieskie ściany z wiszącymi na nich
neonoami. Kilka stolików w rogu pomieszczenia, dwie skórzane kanapy. Duży parkiet przy
stanowisku Dj'a i najbardziej wyeksponowany bar. Duża kamienna lada, półki z butelkami
alkoholu. Wszystko oświetlone niebieskozielonymi światłami. Jackob poprawił kurtkę i wyszedł
na zewnątrz.


***

Podróże metrem nie należały do jego ulubionych. Tłum ludzi, dziwnych ludzi, ale czego innego
można się spodziewać po Amerykańskich środkach komunikacji miejskiej. Chichoczące dziewczyny
w krótkich spódniczkach, nie zważając na porę roku. Kilka staruszek z torbami zapełnionymi
domowymi zakupami. Chłopak w podartej dżinsowej kurtce z czapką naciągniętą na oczy, grający
na gitarze. Mężczyzna w garniturze głośno rozmawiający przez telefon. Kobieta z dwójką płaczących
dzieci i Jackob oparty o drzwi z słuchawkami w uszach. Wpatrywał się w widok zza okna,
przeklinając w duchu wszystkich ludzi, którzy ocierali się o niego ramionami. Kiedy
metro przystanęło na jego stacji, niemal wyskoczył na zewnątrz i zaczął wypatrywać w tłumie
Amber. Zauważył ją przy bramkach wejściowych. Machała do niego energicznie z szerokim uśmiechem
na twarzy. Miała rumieńce na policzkach. Ubrana w różowy płaszcz sięgający bioder, przepasany
materiałowym paskiem w talii. Brązowe kozaki na niskich koturnach idealnie komponowały się
z jasnymi, dopasowanymi dżinsami. Czarne włosy, sięgające ramion z kosmykami zetkniętymi
za uszami powiewały na wietrze opadając na twarz dziewczyny.
-Zeszyt od matematyki mam w pokoju, więc musimy iść do mnie. -Oznajmił bez wstępów Jackob,
kiedy znalazł się obok niej.
-Nie ma problemu. -Zaśmiała się dziewczyna i położyła w koleżeńskim geście dłoń na ramieniu
blondyna.
Ruszyli w stronę schodów. Jackob szedł z rękami schowanymi w tylnych kieszeniach spodni,
Amber prawie biegła za nim, stukając głośno obcasami.
-Zwolnij trochę. -Wysapała łapiąc go za pasek spodni. -Mam krótsze nogi, nie dam rady tak szybko
iść. -Zaśmiała się, zerkając w dół na swoje stopy.
-Wybacz. -Jackob uśmiechnął się i zaczął iść wolniej, oglądając się przez ramię, sprawdzając
czy dziewczyna dorównuje mu tempa.
Dotarli na miejsce, stanęli przed drzwiami wejściowymi, prowadzącymi na klatkę schodową.
Jackob wystukał kod na domofonie wiszącym na ścianie i machnął ręką do Amber, dając jej
do zrozumienia, aby ta szła przodem. Wjechali windą na odpowiednie piętro.
Chłopak zaczął szukać kluczy w torbie.
-Czarna dziura, co? -Powiedziała Amber pochylając się przy ramieniu Jackoba.
-Co? -Spojrzał na nią pytającym wzrokiem.
-Torba. -Wskazała palcem. -Czarna dziura. Ciężko coś w niej znaleźć.
-O to Ci chodzi. -Mruknął Jackob i uniósł kącik ust.
-Mówią, że tylko dziewczyny maja takie problemy. -Zaśmiała się i klasnęła w dłonie, kiedy
chłopka pomachał jej kluczami przed nosem.
-Mam. -Powiedział z dumą. -Sezamie otwórz się. -Dodał i otworzył szeroko drzwi.
Dziewczyna wślizgnęła się do środka, oboje zdjęli buty.
-Możesz poczekać na mnie w kuchni. Zaraz przyjdę.
-Którędy do kuchni? -Obróciła się na pięcie wokół własnej osi i rozłożyła ręce. Ten gest
wyraźnie oznaczał "nie wiem, gdzie mam iść".
-Prosto i pierwsze drzwi po prawej. -Krzyknął Jackob i zniknął w ciemnym korytarzu.
Wszedł do swojego pokoju, zapalił światło i rzucił torbę na łóżko. Kucnął przy szafce stojącej
przy biurku i zaczął szukać zeszytu od matematyki. Znalazł go za stosem zapisanych i zgniecionych
w kulki kartek papieru. Uśmiechnął się zadowolony z udanych poszukiwań i udał się w stronę kuchni.
-Nie, przyszłam tylko po notatki. -Usłyszał zza drzwi głos Amber.
Wszedł do środka, jego oczom ukazała się dziewczyna siedząca na jednym z krzeseł, a obok
niej stojąca kobieta ubrana w czarną spódnicę sięgającą kolan i beżową bluzkę bez rękawów.
-Nie miałaś być do późna w szpitalu? -Zapytał patrząc jej w oczy.
-Liczyłam na cieplejsze powitanie. -Zaśmiała się i złapała kubek stojący na szafce kuchennej.
-Cześć mamo. -Uśmiechnął się od niechcenia i spojrzał na Amber. -Trzymaj. -Wyciągnął rękę
przez jej ramię i położył zeszyt na stole.
-Dzięki. -Czarnowłosa uniosła głowę i puściła chłopakowi oczko.
Usłyszał stłumiony chichot matki. Kobieta upiła łyk płynu z kubka, złapała teczkę z dokumentami
leżącymi za nią i wyszła z kuchni.
-Będę w gabinecie, gdybyś mnie szukał. -Krzyknęła.
Jackob usiadł na jednym z krzeseł.
-Pytała Cię o coś? -Szturchnął Amber w ramię.
-Pomijając to, czy jestem Twoją dziewczyną, to nie, o nic nie pytała. -Zaśmiała się i odwdzięczyła
Jackobowi uderzeniem pięścią w jego bok.
-Znowu? -Westchnął i potarł dłonią czoło.
-Pyta o to za każdym razem, kiedy przychodzę. Można się przyzwyczaić. -Dziewczyna postawiła
łokieć na stole i oparła brodę na dłoni.
-Wybacz, wiesz, za te przesłuchania. -Odpowiedział nie patrząc w jej stronę.
-Masz zamiar im powiedzieć? -Ściszyła głos i pochyliła się bliżej chłopaka.
-Powiedzieć, o czym? -Odsunął dłoń od twarzy i spojrzał na nią, marszcząc brwi.
Dziewczyna westchnęła teatralnie.
-Wiesz, o czym mówię. -Wywróciła oczami. -Że jesteś... że wolisz... -Znowu westchnęła.
Wpatrywała się w chłopaka matczynym spojrzeniem.
-Kim jestem? Żółwiem ninja? -Zaśmiał się i odwrócił wzrok, który zdradzał, że śmiech nie był
szczery.
-Że wolisz chłopców.  -Wyszeptała.
Jackob podskoczył na krześle.
-Co...
-Proszę Cię! Nie mów mi, że zamierzasz udawać, że coś mi się przyśniło. -Machnęła gwałtownie
ręką. -Jak zawsze masz w zwyczaju. -Dodała widząc, że chłopak ma zamiar coś powiedzieć.
Jackob otworzył usta, ale zaraz je zamknął. Milczał przez chwilę, wpatrując się w nastolatkę.
Przyłożył dłoń do ust i przygryzł paznokieć palca wskazującego.
-Skąd? Skąd wiesz? -Wyszeptał. Nic więcej nie zdołał powiedzieć, bo miał ściśnięte gardło.
Zaschło mu w ustach, w głowie odbijały się echem słowa Amber.
-Jackob. -Położyła mu dłoń na ramieniu. -Ej, nie denerwuj się. -Złapała go za dłoń i odsunęła
ją od jego ust. -Dziewczyny wiedzą takie rzeczy, przynajmniej ja. -Uśmiechnęła się ciepło.
-Nie mam nic przeciwko. Wręcz przeciwnie, uważam, że to słodkie.
-Co?! -Jackob otworzył szerzej oczy. Poczuł, że jego policzki zaczynają płonąć. Gdyby ktoś
postanowił usmażyć jajecznicę, mógłby robić za patelnię.
Amber się zaśmiała.
-W szkole nie krążą żadne plotki, jeśli tego się obawiasz. -Jej głos był niezwykle kojący.
Jackob odetchnął z ulgą. Uspokoiło go to, co powiedziała dziewczyna, ale jeśli ona się
domyśliła, to inni też prędzej, czy później to zrobią.
Spojrzał na nią i uśmiechnął się niezdarnie.
-Masz chłopaka? -Powiedziała z rozbawieniem i ogromnym uśmiechem na ustach. Jej oczy świeciły
z podekscytowania.
-Przestań. -Jackob skarcił ją wzrokiem.
-Oj, no nie wstydź się! -Krzyknęła.
-Ciszej wariatko. -Rzucił blondyn i uderzył czubkiem palca w czoło zielonookiej.
Amber napuściła powietrza w policzki i zacisnęła usta w wąską linię.
- Oddam Ci. -Zagroziła i połaskotała chłopaka po szyi.
-Chyba dobrze się bawicie. -Usłyszeli donośny, zachrypnięty męski głos.
Oboje podskoczyli i odwrócili gwałtownie głowy w stronę drzwi. Zobaczyli jasnowłosego, ubranego
w garnitur mężczyznę w średnim wieku, opierającego się o framugę.
-Cześć tato. -Powiedział Jackob, unikając rozbawionego wzroku ojca.
-Dzień dobry. -Stłumiła śmiech Amber.
-Cześć dzieciaki. -Mężczyzna podszedł i poczochrał syna po włosach.
-Już jesteś kochanie? -Do kuchni weszła matka Jackoba, która musiała się przebrać, bo miała
na sobie zwyczaje dżinsy, fioletową koszulkę z wyeksponowanym dekoltem i włosy związane w
coś na wzór koka opadającego na kark. Podeszła do męża i musnęła wargami jego usta.
Jackob i Amber wymienili spojrzenia i niemal równocześnie wstali.
-My już pójdziemy. -Odchrząknął blondyn, złapał Amber za ramię i popchnął przed siebie.
-Do widzenia. -Dziewczyna ukłoniła się uprzejmie i zakryła dłonią usta, ukrywając uśmiech.
-Nie wróć późno. -Krzyknęła za nimi blond włosa kobieta i oparła głowę o ramię męża.

***

-Masz czadowych rodziców. -Zaśmiała się Amber.
-Zawsze jesteś taka wesoła? -Mruknął Jackob. -Nic, tylko się śmiejesz.
-Zawsze. -Odpowiedziała z dumą w głosie i uniosła głowę. Jackob był od niej tylko o kilka centymetrów
wyższy, ale kiedy chciała spojrzeć mu w oczy, musiała podnosić wzrok.
-Irytujące. -Blondyn wywrócił oczami i ruszył naprzód.
Dziewczyna podbiegła i zrównała ich tempo.
-Musisz się przyzwyczaić.
-Muszę?
-Musisz, bo od teraz się ode mnie nie odpędzisz. -Klepnęła go w ramię.
-A Ty?
-Co ja? -Spojrzał na nią pytającym wzrokiem.
-Umiesz się śmiać? -Uniosła brwi.
-Umiem. -Powiedział stanowczym tonem.
-Trudno w to uwierzyć, bo zawsze narzekasz i masz ponurą minę. -Wycelowała palcem w pierś
chłopaka.
-Nie prawda. Jestem całkiem charyzmatyczny. -Machnął teatralnie ręka i odsunął palec dziewczyny.
-Charyzmatyczny? No prószę Cię, nikt już tak nie mówi. -Amber wywróciła oczami.
-To opowiedz mi jakiś żart.
-Co? -Jackob zmarszczył czoło.
-Żart, dowcip, kawał. -Zaczęła wyliczać na palcach.
-Masz zamiar wymienić mi wszystkie synonimy? -Spojrzał na nią z góry i uniósł kącik ust.
-Jeśli będzie taka potrzeba. -Zaśmiała się Amber.
Oboje usłyszeli dźwięk oznaczający wiadomość. Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni telefon.
Wystukała coś długimi paznokciami na ekranie i wróciła wzrokiem do Jackoba.
-Narka. Dzięki z to. -Pomachała mu zeszytem przed oczami. Wyprzedziła go i zniknęła w jednej
z bocznych uliczek. 
Został sam na środku chodnika. Rozejrzał się. Ulice zapełnione sklepami i blokami mieszkalnymi,
ani jednego domku rodzinnego. Drzewa zasadzone w równej linii, obdzielające chodnik od ruchliwej
ulicy. Wyciągnął telefon z kieszeni i zaczął wystukiwać na klawiaturze treść wiadomości.

"Do: Głupi barman

O której kończysz?"

Na odpowiedź nie musiał długo czekać.

"Od: Głupi barman

Tęsknisz?"

Jackob spojrzał wściekle na ekran, cmoknął z niezadowoleniem. Nie odpisał. Wibracja.

"Od: Głupi barman

Żartuję paskudo. Kończę o dwudziestej."

Jackob spojrzał na godzinę wyświetlająca się na ekranie. Dziewiętnasta czterdzieści.
Przeczesał palcami włosy. Schował telefon do kieszeni i ruszył w stronę stacji metra.

***

Dotarł do "Men Only" pół godziny później.
"Will na pewno już skończył." Pomyślał i wszedł do środka. W oczy od razu rzucił mu się
brunet stojący przy barze. Nie miał na sobie ciuchów roboczych, tylko brązowe spodnie, czarną
lekko obcisłą koszulkę i zarzuconą na ramiona dresową, szarą bluzę. Jackob miał rację, Will
skończył pracę. Kiedy nastolatek przyjrzał mu się uważniej, zauważył, że chłopak nie stał sam.
Rozmawiał z kimś, kto stał blisko niego. Bardzo, bardzo blisko. Jackob zamarł. Mężczyzna
rozmawiający z Willem, był od niego o głowę wyższy. Czarnowłosy, ubrany w elegancki, dopasowany
garnitur. Musiał być starszy, Jackob oszacował go na około trzydzieści lat. Jasnowłosy
zrobił krok do przodu, chciał podejść bliżej, ale szybko się zatrzymał. Mężczyzna ujął
Willa pod brodę, uniósł jego twarz i... pocałował namiętnie. Jackob z zaskoczenia otworzył
usta. Przyglądał się tej scenie jakby przez mgłę. Will objął ramieniem szyje mężczyzny.
"Co?" Przeszło przez myśl Jackoba. Przypomniał sobie, jak na ich pierwszym spotkaniu Will
opowiedział mu o swoim - byłym już - chłopaku. Był biznesmenem, zdradzającym żonę. Kolejny
mężczyzna w życiu Willa, był właścicielem salonu fryzjerskiego. "Lubi starszych?" Jackob
odwrócił wzrok i skupił się na swoich myślach. "Elegancik jest wyższy i starszy, więc w ich
związku to Will jest tym, który...Nie!" Pokręcił głową, odpędzając od siebie dziwne myśli.
Nie mógł się wtrącać w prywatne życie przyjaciela. "Czy on zawsze jest...?" Ponownie spojrzał
na Willa, który stał teraz sam. "Nie, przecież tutaj podrywa zawsze typy uroczych chłopców.
Więc może odgrywać obie role?" Przyłożył rękę do czoła. Zaschło mu w ustach. W gardle czuł
gulę, ciężka, wielkości kuli bilardowej gulę.
-Jesteś. -Will nagle znalazł się przed nim.
-Kto to był? -Wyrwało się Jackobowi. Miał nadzieję, że jego głos brzmiał stanowczo, a nie
żałośnie, tak jak w jego głowie.
-Widziałeś? -Will pomasował dłonią kark. -Mój nowy facet.
-Fajny. -Jackob uśmiechnął się i uniósł głowę, patrząc chłopakowi w oczy.
-Nie przeszkadza Ci to? No wiesz, że widziałeś? -Will położył mu dłoń na ramieniu.
-Nie. -Nastolatek zaprzeczył ruchem głowy. -Cieszę się, że kogoś masz.
Cieszył się, zawsze kibicował Willowi w jego związkach.
-Super. -Brunet objął go ramieniem. -Gdzie idziemy?
-Możesz mnie odprowadzić do domu. -Mruknął Jackob i jak zwykle odsunął się od chłopaka.
-Dopiero, co przyjechałeś. -Zaśmiał się Will.
-Odebrałem Cię po pracy, więc w ramach wdzięczności mnie odprowadzisz.
-Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, wasza wysokość. -Will poczochrał młodszego po włosach
i oboje wyszli z baru.
Mimo pozorów Jackob czuł się nieswojo. Nie z powodu związku Willa. Uświadomił sobie, że
mu zazdrości. Zazdrości mu chłopaka, powodzenia i szczęścia. Nie miał zbyt wielu przyjaciół.
Chłopak z jego dzieciństwa Kai. Szkolny przyjaciel Matt i Amber, ale to Will stał mu się
w ostatnim czasie najbliższy. Jeśli zbytnio pochłonie go jego nowy związek, Jackob zostanie
zepchnięty na boczny tor.

***

3/05/2017

Rozdział IX

 ~Mikito.    
 
Jak znalazła się w tej sytuacji? Była teraz w jakieś kawiarni, której nazwy nie
zapamiętała. Siedziała na kanapie wypełnionej pstrokatymi poduszkami. Wystrój wnętrza był według
klientów kiczowaty, ale Miki bardzo odpowiadał. Ściany pomalowane na morski odcień błękitu
z namalowanymi pawimi piórami. Białe meble połączone z dużą ilością koców i poszewek w różnorodne
wzory. Czuła się tu jak w swoim pokoju i bardzo jej to odpowiadało. Jedynym szczegółem, który
różnił kawiarenkę i jej pokój, byli jej towarzysze - na przeciw Miki siedział czarnowłosy
Hiszpan i jego o wiele mniejsza wersja. Maluch zajadał lody a jego starszy brat wpatrywał się
w dziewczynę.
-Możesz się na mnie nie gapić? -Powiedziała nie patrząc w jego stronę.
-Mogę. -Odpowiedział drwiącym tonem. Skupił swoją uwagę na młodszym bracie.
Spotkali się w parku. Rafael - bo tak miał na imię - zaskoczył ją pocałunkiem, a kiedy miała
go spoliczkować i odejść zatrzymał ją jego młodszy brat. Jako wynagrodzenie zażądała
gorącej czekolady. Jesień nadeszła kilka tygodni temu i dała jej mocno w kość. Ku jej
niezadowoleniu nie mogła odkrywać już swoich atutów dzięki ukochanym szortom i krótkim topom.
Było coraz zimniej, więc wyciągnęła z szafy stylowy czarny płaszcz przewiązywany w pasie z
kapturem, który aktualnie leżał obok niej na jednej z poduszek.
Po dłuższej chwili do stolika podeszła drobna blondynka ubrana w fartuszek kelnerki.
Bujając się na swoich wysokich obcasach postawiła przed nimi dwa kubki. Jeden z czarną kawą
Rafaela i drugi nieco wyższy z gorącą czekoladą i duża ilością bitej śmietany dla Miki.
Dziewczyna nie odeszła. Stała nad nimi, oblana rumieńcem wpatrując się w Rafaela.
-To wszystko. -Upomniała ją Miki, wychylając się nieco żeby złapać jej wzrok.
Dziewczyna potrząsnęła głową, posłała jej kwaśne spojrzenie i odeszła pośpiesznym krokiem.
Miki zauważyła, że Rafael przygląda się jej z szerokim uśmiechem na twarzy.
-Co? -Odwróciła głowę w jego stronę i założyła nogę na nogę oplatając kolano dłońmi.
-Mówił Ci ktoś kiedyś, że jesteś bezczelna? -Rafael ułożył wygodnie ramię na oparciu kanapy.
-A Tobie?
-Zapytałem pierwszy. -Uniósł brwi.
-Zapytałam przed chwilą. - Miki pochyliła się nieco do przodu.
-Przynajmniej trzy razy dziennie. -Odpowiedział. Przymrużył oczy.
-Mi przynajmniej pięć. -Miki przechyliła lekko głowę w wywyższającym geście.
-Nie wiedziałem, że konkurujemy.
-Bo nie konkurujemy. -Wymierzyła palcem w jego pierś i dźgnęła go nim.
Rafael uniósł kącik ust.
-Masz jakieś imię?
-Mikito. -Odpowiedziała łapiąc kubek z upragnioną czekoladą.
-Hiszpańskie? Nie wyglądasz na Hiszpankę.
-Jestem mieszańcem. Moja matka była Latynoską. -Upiła duży łyk czekolady.
-Była? -Zainteresował się chłopak i wrócił do normalnej postawy. Oparł łokcie o stolik.
-Była. -Mruknęła. -Ojciec jest Amerykaninem, z czego wynika to, że jestem mieszań...
Zaskoczona spontanicznym ruchem Rafaela instynktownie odsunęła się w tył.
-Spokojnie. -Zaśmiał się i przetarł kciukiem po górnej wardze dziewczyny. Uniósł go w
górę w poddańczym geście, pokazując plamę z bitej śmietany.
Miki poczuła chropowatą powierzchnię jego dłoni. Ręce miał zimne. Może to, dlatego, że
nie dotykał jeszcze gorącego kubka z kawą?
-Dzięki. -Wymamrotała i zakaszlała cicho. Chciała ukryć zawstydzenie, którym zaskoczyła
samą siebie.
Rafael zaśmiał się cicho.
-Co robicie? -Usłyszała dziecięcy głos.
Kompletnie zapomniała o obecności młodszego brata Rafaela, Remigio.
-Nic. -Powiedziała szybko i uśmiechnęła się do chłopca. -Chcesz trochę? -Podsunęła
mu pod nos swój kubek z czekoladą.
Kasztanowe oczy Remigio otworzyły się szerzej, przez co źrenice wydawały się większe.
-Mogę? -Nie czekając na odpowiedź chwycił łyżkę i zaczął wyjadać bitą śmietanę.
Jakby zapomniał o dużej porcji lodów, które zjadł przed chwilą.
-Będziesz dobrą matką. -Rafael przejechał wzrokiem po bracie i utkwił go w dziewczynie.
Jego twarz zdobiła udawana poważna mina.
-Pewnie. -Miki machnęła ręką z rezygnacją.
-Jakieś plany na wieczór? -Kontynuował chłopak, napierając całym swoim ciężarem na łokcie
oparte na stoliku.
-Na pewno nie ma w nich Ciebie. -Zmrużyła oczy i uśmiechnęła się słodko. -Was. -Poprawiła
się widząc wzrok młodszego z towarzyszy.
-Nie bądź tego taka pewna. -Zamruczał w odpowiedzi.
-No tak. Zapomniałam, że jesteś moim stalkerem i znowu na siebie wpadniemy. Który to już
będzie raz? Trzeci? -Spojrzała na niego z lekkim wyrzutem i przyjęła taką samą pozycję.
Oparła łokcie na stole i naparła na nie całym swoim ciężarem. Ich czoła prawie się stykały.
-Mówiłem. To przeznaczenie...
-Albo Twoje psychopatyczne urojenia. - Weszła mu w słowo.
Rafael westchnął z rezygnacją.
-Nie przekonam Cię?
-Nie. -Odpowiedziała z satysfakcją.
-Ohyda. -Odezwał się Remigio.
-Co? -Rafael nie zmieniając pozycji, odchylił głowę w bok i spojrzał na brata.
-Będziecie się całować. Ohyda. -Skrzywił się czarnulek.
Miki wymieniła spojrzenie z Hiszpanem. Zaśmiali się, nie odsuwając się od siebie.
Miki pokazała młodszemu język, a Rafael zmierzwił ręką jego gęste czarne loki.


***

Wpatrywała się w ekran telefonu. Cisza. Minęły prawie dwa tygodnie, od kiedy pokłócili
się z Simonem. Nie do końca pokłócili. Miki nie pamiętała, kiedy ostatnio tak długo się
do siebie nie odzywali. Przypuszczała, że było to w piątej klasie szkoły podstawowej.
Pokłócili się o to, kogo powinna wybrać główna bohaterka Zmierzchu. Simon zawsze wolał
wilkołaka, Miki natomiast wampira. Teraz na drodze stała Eva, a nie jakieś postacie
nadnaturalne.
-Co robisz? -Zapytał Remigio.
-Nic. -Uśmiechnęła się i odłożyła telefon na stolik.
Siedzieli we dwójkę. Rafael postanowił skorzystać z okazji i porozmawiać z drobną kelnerką.
-Ile masz lat? -Czarnulek przechylił głowę w bok.
-Osiemnaście. -Miki skrzyżowała ręce na piersi. -A Ty?
-Siedem. -Powiedział z dumą w głosie.
-Wyglądasz na starszego. -Miki mrugnęła do niego znacząco.
Chłopiec aż podskoczył z zadowolenia.
-Rafael mówi, że wyglądam na pięć.
-Kłamie. -Zaśmiała się Miki.
-Tere mówi, że nie wolno kłamać. -Siedmiolatek spojrzał jej prosto w oczy.
-Ma rację. -Odpowiedziała szybko. Oparła łokcie o stolik i oparła brodę na dłoniach.
-Kim jest Tere?
-Narzeczoną Ramiro. -Rzucił i zaczął się rozglądać. Prawdopodobnie szukał brata.
A kim jest Ramiro? -Przeciągała samogłoski. Uśmiechnęła się szeroko, kiedy młodszy
wrócił do niej wzrokiem.
-Moim bratem. -Przechylił lekko głowę, zaskoczony dalszymi pytaniami.
-Masz dwóch braci? Super.
-Mam czterech. -Odpowiedział z dumą w głosie. - I siostrę.
-Twoja mama musi kochać tatę, co? -Wyciągnęła rękę i uszczypnęła młodszego w nos.
-Mama jest najlepsza. -Wyszczerzył się, pokazując rząd zębów.
-Nie wątpię. -Mrugnęła do Remigio i spojrzała na ekran telefonu.
Rozwinęła listę kontaktów. "Simon" znalazła poszukiwany numer. Wybrała opcję pisania wiadomości.
-Chłopak? -Usłyszała znajomy głos przy uchu.
-Powtarzasz się wiesz? -Wymamrotała i odłożyła telefon.
Rafael wrócił na wcześniej zajmowane miejsce. 
-O, czym rozmawialiście? -Zapytał zerkając na brata.
-O niczym ciekawym. - Odpowiedziała Miki, wyprzedzając Remigio.
-Mówiłem o was i Rii. -Powiedział młodszy nie zwracając uwagi na odpowiedz dziewczyny.
-No proszę, już chcesz poznać moją rodzinkę? - Wyszczerzył się Rafael. Wrócił do niej wzrokiem.
-Wiesz, nie mam nic przeciwko przedstawienia Cię im. Równie dobrze możemy ustalić datę ślubu.
-Głupek. -Przerwała mu dziewczyna.
-W takim razie oświadczę się April. -Westchnął Rafael machając małą karteczką, którą trzymał w dłoni.
-Kto to? -Zapytał Remigio.
-Podejrzewam, ze to ta pani, która przyniosła Ci lody. -Odpowiedziała Miki zrezygnowanym tonem.
-Bingo. -Zaśmiał się Rafael.
-Szybki jesteś. -Miki skrzyżowała ręce na piersi. -Już zdobyłeś numer?
-Ucz się od mistrza młody. -Odpowiedział nie patrząc na nią i poczochrał brata po włosach.
Miki pokręciła głową, na co Rafael odpowiedział szerokim uśmiechem.
Usłyszała głośną wibrację.
-To Twój. -Powiedział Hiszpan wskazując palcem telefon dziewczyny.
"Simon" pomyślała dziewczyna i złapała urządzenie. Wstała i odeszła kilka kroków od stolika.
Spojrzała na ekran - "Połączenie przychodzące: Simon."
Dziewczyna głośno wciągnęła powietrze. Chciała od razu odebrać. Przyłożyć telefon do ucha
i usłyszeć głos przyjaciela, ale ciało nie słuchało. Nie mogła się ruszyć. Stała jak
wryta z telefonem w dłoni i wpatrywała się w niego.
"Odbierz!" Krzyczała na siebie w myślach. "Odbierz ten cholerny telefon! Na co czekasz?"
Nie odebrała. Telefon ucichł po chwili. Miki westchnęła głośno, w gardle zapiekły ją łzy.
Powstrzymała się przed płaczem. Szybkim ruchem ręki poprawiła włosy i wróciła do stolika.
-Było miło, ale ja już pójdę. -Rzuciła i złapała płaszcz leżący na poduszce.
-Odprowadzimy Cię. -Powiedział szybko Rafael wstając. Machnął ręką, dając do zrozumienia bratu, że
ma zrobić to samo.
-Nie posądziłabym Cię o rycerstwo. -Miki przewróciła oczami.
-Uwielbiam zaskakiwać piękne niewiasty. -Odpowiedział. Kąciki jego ust wygięły się w szeroki
uśmiech.
Miki domyśliła się, że pod jej nieobecność chłopak zdążył zapłacić rachunek. Wyszli na zewnątrz.
Czuła dotyk ramienia chłopaka na swoim ramieniu. Musieli iść bardzo blisko siebie.
Remigio szedł przed nimi kopiąc pojedyncze kamienie i poprawiając wełnianą czapkę, która
co jakiś czas opadała mu na oczy zasłaniając pole widzenia.
-Tutaj będzie okej. -Zatrzymała się i uniosła głowę patrząc na Rafaela.
-Przy dziecku? -Rafael otworzył usta i udał oburzonego.
-Rozstać się tutaj. -Skarciła go wzrokiem.
-Aha. -Mruknął z niezadowoleniem chłopak.
-Mieszkasz tu? -Zapytał Remigio.
-Nie ja. -Uśmiechnęła się i spojrzała na dom przed sobą.
Duży ogród ogrodzony białym płotem, z drewnianą huśtawką na samym środku. Długie schody prowadzące
do drzwi.
-Kto tu mieszka? -Kontynuował Remigio.
-Wystarczy. -Skarcił go Rafael i zacisnął rękę na jego ramieniu. -W tył zwrot.
-Pa pa. -Młodszy zdążył pomachać dziewczynie na pożegnanie i pozwolił Rafaelowi popchnąć
się w drugą stronę ulicy.
-Pamiętaj o przeznaczeniu. -Rafael obejrzał się przez ramię. -Znajdę Cię jeszcze.
Miki nie odpowiedziała. Pokręciła głową i udała się w stronę znajomego domu.

***

Przeszła przez bramę. Weszła po schodach i zatrzymała się przed drzwiami z doczepioną plakietką
i umieszczonym na niej napisem "Holmes". Zapukała. Mogła skorzystać z klucza schowanego pod
brązową doniczką stojącą przy drzwiach. Uznała jednak, że w tej sytuacji wypada zapukać.
Chwilę później w wejściu stanął Simon. Dziewczyna zastanawiała się, czy serce zabiło jej
szybciej ze szczęścia, czy złości.
-Simon. -Wykrztusiła z siebie cicho.
Spodziewała się, że chłopak zacznie na nią krzyczeć. Zamknie jej drzwi przed nosem.
Ewentualnie nie zamieni z nią ani jednego słowa i będzie patrzył na nią zbolałym wzrokiem.
-Miki. -Zamykając drzwi, chwycił ją za nadgarstek. Przyciągnął do siebie i wtulił głowę w
jej szyję.
Dziewczyna objęła jego szyję ramionami. Uniosła głowę i oparła brodę o jego ramię.
Ściskał ją tak mocno, jakby bał się, że zniknie. Odwdzięczyła się tym samym. Stanęła na palcach
i wtuliła się mocniej w jego klatkę piersiową. Czuła szybkie bicie jego serca i wodę kolońską,
która kojarzyła się jej z ojcem Simona.
-Tydzień, cztery dni i dwie godziny. -Powiedział wprost do jej ucha, nie rozluźniając
uścisku. -Sekund nie liczyłem.
-Głupek. -Walnęła go lekko w tył głowy. -Chyba mamy nowy rekord.
Usłyszała jak Simon się zaśmiał.
-Nadal uważam, że powinna wybrać wilkołaka.
Miki nie wytrzymała i roześmiała się głośno. Stali wtuleni jeszcze przez dłuższą chwilę.
-Przepraszam. -Powiedziała w końcu.
-Nie przepraszaj. To moja wina. -Poczuła dotyk Simona na swoich plecach. Delikatnie głaskał
ją po włosach.
-Nie. -Zaprotestowała i odsunęła się od chłopaka. -Tym razem mnie nie usprawiedliwiaj.
-Dzień po wydarzeniach przed parkiem dotarło do mnie jak ja zareagowałem, kiedy zostawiłaś
mnie po rozmowie z tym czarnowłosym chłopakiem.
-Musiałam iść...
-Cicho. -Potarł kciukiem po policzku dziewczyny. -I ja zrobiłem to samo.
-Simon. -Wyszeptała.
-Ja... -Odwrócił wzrok. -Nie wiem, czy to z Evą to tak na poważnie, ale...
-Nie tłumacz się. -Uśmiechnęła się delikatnie. Podeszła bliżej i po raz kolejny wtuliła
się w pierś chłopaka.
-Stęskniłaś się? -Zaśmiał się i pogłaskał ją po karku.
-Zamknij się. -Uderzyła go pięścią w plecy.
-Ja też tęskniłem. -Był od niej wyższy, więc oparł brodę o czubek głowy dziewczyny.
-Chodź. -Odsunął ją od siebie, otworzył drzwi i pociągnął za rękę wciągając ją do środka.
Wziął od niej płaszcz, odwiesił go do szafy stojącej w przedpokoju i zdjął buty.
Złapał ją za rękę i splótł ich palce razem. Pociągnął ją za sobą w stronę schodów. Weszli
na górę i udali się do pokoju chłopaka. Miki uśmiechnęła się widząc charakterystyczny dla
tego pomieszczenia bałagan na biurku.
-Ty... -Zaczęła.
Simon spojrzał na nią pytającym wzrokiem, uśmiechnął się delikatnie i oparł o szafkę nocną.
-Nic. Nieważne. -Odwzajemniła uśmiech i upadła plecami na łóżko. -Masz jakieś słodycze?
-Mam. -Zaśmiał się chłopak i otworzył szafkę, odsłaniając górę cukierków, paczkę chipsów,
kilka batoników i dużą czekoladę.
-Super. Zostaję na noc. - Zaśmiała się i zmieniła pozycję z leżącej na siedzącą.
-Nie ma problemu. -Simon podszedł do szafy, wyciągnął z niej czarną koszulkę i rzucił nią
 w dziewczynę. -Pidżama. -Powiedział widząc pytający wzrok przyjaciółki.
-Uwielbiam Cię. -Odpowiedziała i po raz kolejny się położyła.
-Mam nowa mangę. Szykuj się, będziemy czytać. -Powiedział dumnym głosem i usiadł obok niej.
-Mamo! -Zasłoniła oczy dłońmi. -Za jakie grzechy?
Simon uderzył ją w bok i cmoknął z oburzeniem.
-Żartuję. -Zaśmiała się nie odsłaniając twarzy. -Dawaj ją tu.
Była szczęśliwa. Rzadko się kłócili, ale kiedy już to robili, bardzo szybko się godzili.
Tak jak teraz. Pogodzili się i zapomnieli o bezsensownej kłótni, która według Miki nie
była kłótnią. Siedziała oparta plecami o ścianę ze skrzyżowanymi nogami i poduszką między
nimi. Wpatrywała się w przyjaciela z uśmiechem na twarzy. Simon czytał z przejęciem dialogi
wymachując rękami. Kochała obserwować go, kiedy jest szczęśliwy. Uwielbiała ten błysk w jego
oczach i to, że kiedy się uśmiecha zawsze odsłania przednie zęby. Tak jakby jego uśmiech
był najpiękniejszą rzeczą na świecie, której za żadne skarby nie chciała oddać.
-Patrzysz się. -Simon uderzył lekko dziewczynę w czoło.
-Nie zabronisz mi. -Zaśmiała się i rzuciła w jego stronę. Runęła na plecy lądując głową
na jego udzie.
-Nie zabronię. -Przytaknął i zaczął głaskać ją po włosach.

Obudziła się leżąc na brzuchu z twarzą schowaną w poduszce.
-Dzień dobry. -Usłyszała głos przyjaciela.
Odwróciła się i zobaczyła go leżącego obok siebie.
-Cześć. Która godzina?
-Chyba po dziesiątej.
-Musze się zbierać, ojciec zaraz wraca.
-Skoro musisz. -Wzruszył ramionami chłopak i podniósł się wstając z łóżka.
Miki ziewnęła i również wstała. Odnalazła wzrokiem swoje spodnie i wełniany sweter, który
 miała na sobie dzień wcześniej. Zabrała je i udała się w stronę łazienki.
Na drodze stanęła jej drobna postać. Dziewczyna u krótkiej, różowej koszuli nocnej z włosami
zaplecionymi w warkocz opadający na ramię.
-O, cześć. -Powiedziała rudowłosa na widok dziewczyny.
-Cześć. -Odpowiedziała Miki.
-Zostałaś na noc? -Zapytała Victoria.
-Bingo mała. -Uśmiechnęła się Miki.

***

Poranek w domu przyjaciela wyglądał jak zawsze. Śniadanie w kuchni, krótkie przesłuchanie
Christine. Głośne krzątanie się Vici po domu. Kilka głupich kawałów Simona i leżenie
na podłodze w jego pokoju. Teraz szła wzdłuż chodnika. Z rękami w kieszeniach płaszcza.
Uśmiechała się myśląc o wczorajszym przytulaniu się do przyjaciela. Brakowało go jej.
Byłą dumna z siebie, za to, że przyszła wczoraj prosto do jego domu, za to, że przeprosiła.
Szła zamyślona, kiedy poczuła, że jej kostka nagle się wygina a ona traci równowagę.
Złamała obcas.
-Świetnie. -Westchnęła głośno i przeklęła pod nosem.
-Szkoda butów. -Usłyszała męski głos. -Dziwię się, jak wy dziewczyny dajecie radę w nich
chodzić. Ja nie dałbym rady stać mając je na nogach, nie mówiąc już o normalnych ruchach.
Boję się nawet pomyśleć o bieganiu. -Zaśmiał się.
Miki podniosła wzrok. Tuż przed nią stał wysoki chłopak. Szeroki w ramionach z wąską talią
i wąskimi biodrami. Włosy miał krótko ścięte, lekko wygolone po bokach. Ubrany u czarne
spodnie podarte na kolanach, białą koszulkę i markową, dżinsową kurtkę zapiętą na dwa ostatnie guziki.
Na nosie spoczywały okulary z grubymi czarnymi oprawkami, zakrywające błękitnie oczy.
Ręką, na której widniał złoty (wyglądający na drogi) zegarek, przytrzymywał pasek brązowej
torby, którą miał zawieszoną na ramieniu.
-Cześć. -Uśmiechnął się i złapał dziewczynę za ramiona, przytrzymując ją, aby nie straciła
równowagi.
Miki czuła jak jej policzki płoną. Speszona odskoczyła od chłopaka, ale szybko pożałowała
swojego czynu. Przez złamany obcas po raz kolejny strąciła równowagę. Chłopak objął ją
ramieniem, ratując przed upadkiem.
-Spokojnie. -Zaśmiał się i odsunął. Poprawił palcem okulary i spojrzał na Miki rozbawionym
wzrokiem.
-Po raz kolejny uratowałem świat.
Miki parsknęła.
-Hej, nie śmiej się. -Szturchnął ją lekko w ramię.
-Cześć. -Powiedziała tłumiąc śmiech. -Miki. -Wyciągnęła rękę.
-Milo. -Odpowiedział i przyłożył usta do dłoni dziewczyny.
Miki wstrzymała oddech. Chłopak nie zmieniając pozycji uniósł wzrok i zaśmiał się cicho.
Pocałował delikatnie jej dłoń. -Uwielbiam ratować damy w opałach.
Miki po raz kolejny się zaśmiała.
-Miki i Milo. Brzmi fajnie, co? -Poprawił torbę, podciągając jej pasek wyżej.
-Załóżmy zespół. Porwiemy tłumy. -Odpowiedziała i pokręciła głową.
-Wielkie umysły myślą podobnie. -Milo szczerzył się pokazując rząd białych zębów z małą
przerwą pomiędzy jedynkami. -Przykro mi z powodu obcasa. -Wskazał palcem but dziewczyny.
-Gdybym miał jakąś nadprzyrodzoną moc, przywołałbym Ci nowe buty. -Podrapał się po głowie,
spoglądając z ukosa na twarz Miki.
-Co powiesz na kawę? -Zaśmiała się. Wciąż czuła, że się czerwieni.
-Och. -Powiedział podekscytowanym głosem. Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
-Widzę, że Ty już takową posiadasz. Umiesz czytać w myślach! - Klasnął w dłonie.
-O nie! Zdemaskowałeś mnie!
Milo zaśmiał się głośno.
-Co powiem na kawę? Bardzo chętnie. -Odpowiedział normalnym już głosem. -Później zacznę Cię
podrywać, a Ty dasz mi swój numer. Co Ty na to?
-Chętnie. -Uśmiechnęła się zadziornie i odwróciła.
Chłopak poszedł za nią. Miki trochę kulała przez złamany obcas. Szli ramię w ramię. Milo
szedł raz po prawej stronie, raz po lewej. Przez chwile szedł tyłem tuż przed nią.
Oboje zaśmiali się głośno. Widocznie Milo musiał powiedzieć coś zabawnego.
Miki czuła motyle w brzuchu. Zarumieniła się i wciągnęła z sykiem powietrze, kiedy chłopak
odgarnął długi kosmyk jej włosów i zahaczył go jej za uchem.
"Śmiały ruch" pomyślała. Milo miał w sobie coś, co intrygowało dziewczynę. Coś, co sprawiało,
że chciała go poznać. Coś, co powodowało pojawienia się rumieńców na jej twarzy. Coś "innego".
Coś, co bardzo się jej spodobało.



***